Nie wiem, czemu ale zawsze jakaś siła wyższa przyciągała mnie do anime. Zaczęło się skromnie, bo od hitów na Poloni 1, gdzie zacząłem oglądać kilka fajnych serii. Mam na myśli "Generała Daimosa" czy "Kapitana Jastrzębia" (bardziej znane jako Kapitan Tsubasa). Potem dałem się wciągnąć w wir i szał związany z emisją "Sailor Moon" w Polsacie. Przez pewien czas był to mój ulubiony serial TV. Nawet "Dragon Ball", który świętował triumfy nie potrafił mnie zrazić do "Czarodziejki z Księżyca". Wszystko się jednak zmieniło w momencie, gdy po raz pierwszy w życiu od rodziców dostałem stałe łącze. Zaczęło się masowe ściąganie anime. Wtedy wszystko się zaczęło, wiedziałem już, że istnieją fajniejsze i ciekawsze pozycję niż "Sailor Moon". I tak na początek był kultowy "Ruroni Kenshin", a potem jak mówią, wszystko dalej poszło jak z procy strzelił. To chyba tyle.