Od zawsze byłem zafascynowany Japonią. Anime oglądam od 1997 roku, kiedy na C+ wyemitowano Akirę a kilka tygodni później GitS'a. Pamiętam czasy Kronik Wojny o Lodoss przegrywanych z VHS'u, z rozjechanymi kolorami i rozmazanym angielskim subem, po które jechało się przez pół Polski do takich samych szaleńców jak ja.
Zanim wystawię notę serialowi, który właśnie zniknął z ekranu telewizora, zastanawiam się, czy opowiedziana historia mnie poruszyła? Czy zanurzając się w fikcyjny świat, z bohaterami filmu przeżyłem coś nowego? Czy reżyser i scenarzysta stanęli na wysokości zadania i nie zmarnowali ani sekundy?
Najlepszy pomysł można sprowadzić do bezsensownego pokazu slajdów, nawet jeśli są przepięknie narysowane, gdzie kolejne sceny nie łączą się ze sobą i nie opowiadają żadnej historii. Oklepany schemat można także zmienić w coś co przykuje nas przed srebrnym ekranem na długie godziny, pozbawiając nas snu i tłumiąc potrzebę jedzenia.
Niestety, coraz częściej tonę w masie popkulturowej sieczki, komercyjnym trzęsawisku, gdzie bylejakość jest stawiana na równi z przyzwoitym rzemiosłem, a poprawna produkcja jest wychwalana bezkrytycznie niczym objawienie sezonu. Cenię sobie kino inteligentne, w znaczeniu wykorzystywania wszystkich dostępnych środków wyrazu artystycznego celem opowiedzenia historii, która zatrzyma mnie przed telewizorem i sprawi, że mam ochotę na więcej. Nie boję się twardo wyrażać swoich ocen, nie zwykłem przyjmować bezkrytycznie opinii innych na temat konkretnych tytułów. Nie uwierzę, póki sam nie zobaczę i nie usłyszę. Bo miałem to szczęście, że przygodę z anime zacząłem od produkcji naprawdę dobrych, kameralnych, pozbawionych blichtru, opartych o dobry scenariusz, z rewelacyjną ścieżką dźwiękową.