W filmie polskim to jest tak: nuda. Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Dialogi niedobre, bardzo niedobre dialogi są, proszę pana. W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje. Siedzę se w kinie, proszę pana, normalnie patrzę, patrzę na to... No i aż mi się chce wyjść z kina, proszę pana. I wychodzę. No i, panie, i kto za to płaci? Pan płaci, pani płaci, my płacimy.
Nie lubię „Rejsu”, film ten wcale nie był śmieszny, o czym przez lata przekonywali mnie rodzice i media. Nie moje pokolenie. Muszę jednak przyznać, iż monolog inżyniera Mamonia dość trafnie opisuje moje uczucia związane z japońsko-polską koprodukcją, której nadano nazwę „Avalon”. Przyznaję: ogromnym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że Japończycy zdecydowali się na stworzenie filmu w Polsce, z polskimi aktorami i po polsku. Jeszcze bardziej zdziwiło mnie to, że reżyserował go Mamoru Oshii, u nas znany głównie z anime „Ghost in the Shell”. Okropnie napaliłem się na ten film, ale jego obejrzenie skutecznie ostudziło mój zapał.
W niedalekiej przyszłości młodzi ludzie, chcąc uciec od nudy, dają się w ciągnąć w nielegalną grę wojenną o nazwie „Avalon” – podłączają się oni do gry za pomocą specjalnych hełmów. Gra jest niebezpieczna, ponieważ w ekstremalnych przypadkach – jeśli polegnie się w świecie wirtualnym – może zakończyć się ona trwałym porażeniem mózgu lub śmiercią.
Ash jest jednym z najlepszych graczy, udzielającym się na poziomie A, przeznaczonym dla zaawansowanych. W przeciwieństwie do innych, działających w grupach, Ash gra samotnie.
Gdy kończy jedną z rozgrywek, na hologramie widzi mężczyznę, który ją prowokuje. Chce się czegoś o nim dowiedzieć, jednak nie udaje się jej znaleźć żadnych informacji. Niemalże w tym samym czasie w życiu Ash pojawia się Stunner – kompan z jej dawnej drużyny Wizard, która stała się już legendą „Avalonu”. Od Stunnera Ash dowiaduje się, że Murphy’emu – jej dawnemu chłopakowi i członkowi ich drużyny – nie powiodło się w grze. Stunner opowiada jej również o specjalnym poziomie w „Avalonie” oraz o Ghost – widmowej dziewczynce, mającej stanowić przejście do tego poziomu. Ash postanawia odnaleźć Ghost i przejść na ów poziom, dostępny jedynie dla naprawdę wytrawnych graczy.
Warstwa fabularna jest dobra, jest to dobry materiał na film, jednak wszystko zepsuła ogromna nuda. Nie mogę znaleźć dla niej innej nazwy jak spleen. Reżyser raczy nas ujęciami długiego korytarza, pokazuje z detalami, co robi Ash – jak wchodzi po schodach, przygotowuje jedzenie, jedzie tramwajem itd... Nie lubię tego w filmach, dlatego uważam to za ewidentny minus, chociaż niewątpliwie miało to nadać filmowi klimatu i go wzbogacić. Oderwaniem od tego jest świat gry – dynamiczny i niebezpieczny – i to właśnie rzeczywistość wirtualna najbardziej mi się spodobała. Zresztą, rzeczywistość wirtualna i rzeczywistość to w tym filmie pojęcia względne, ponieważ do końca nie wiadomo, który z tych światów tak naprawdę jest prawdziwy, no ale to już polecam sprawdzić oglądając film.
Kiedy oglądałem „Avalon”, miałem dwa skojarzenia. Pierwszym z nich jest „Matrix”: dwa światy – wirtualny i prawdziwy – pomiędzy którymi zacierają się granice, do których dostać można się za pomocą hełmu (cóż, wtyczki z tyłu głowy chyba już wyszły z mody). Jeden świat – uznawany za prawdziwy – jest szary i nudny, natomiast ten pozorny jest dynamiczny i kolorowy. Drugie skojarzenie to gry „Unreal” i „Quake”, ewentualnie „Medal of Honor”. Może nie ma tutaj trybu capture the flag i innych, a jedynym, który pozostał, jest deathmatch (i team deathmatch), ale owa rozgrywka ewidentnie kojarzy mi się z tymi grami.
Jeżeli widz jest choć trochę obeznany w anime, może zauważyć, że „Avalon” czasami stara się w pewien sposób naśladować ten właśnie typ filmów.
Porażką są aktorzy. Nie wiem, co tak zachwyciło Oshiiego w Małgorzacie Foremniak. Nie oglądam polskich filmów, bo przeważnie są przygłupawe i wtórne (sensacyjne, komedie sensacyjne, kiepskie dramaty albo komedie o miłości – wszystkie „Psy”, „Długi”, „Kilery”, „Komorniki”, „Pręgi”, „Nigdy w życiu!” czy „Tylko mnie kochaj” są robione na krzyż), dlatego nie mogę porównać kreacji Ash do żadnej innej zagranej przez nią postaci, ale tutaj wypada słabo – jest mało naturalna i niezbyt przekonywująca. Science-fiction i kino akcji raczej nie są jej pisane. Reszta aktorów gra na podobnym poziomie, a najgorzej z nich wypada Jerzy Gudejko.
Naganne są dialogi. O ile się nie mylę, scenariusz powstał po japońsku, a później przetłumaczono go na język polski i kwestie te wsadzono w usta aktorom. Osoba tworząca polską wersję nie była jednak zbyt wprawna w posługiwaniu się językiem polskim: dialogi są sztywne i proste, a w dodatku mało gramatyczne. Krótko mówiąc, były irytujące. Cieszy mnie niezmiernie fakt, że nie było ich zbyt wiele – gdyby było ich więcej, mógłbym nie dotrwać do końca.
Na pochwałę zasługuje oczywiście oprawa techniczna. Utrzymany w kolorach sepii nudny świat rzeczywisty (na potrzeby recenzji umówmy się, że jest to ten prawdziwy świat) filmu jest zasługą speców od techniki. Spisali się na medal, ponieważ świat ten jest mroczny i ma swój niepowtarzalny klimat. Świetnym klimatem charakteryzuje się także świat gry – ten jest utrzymany jest w zupełnie innych barwach, jest też całkowicie inny od rzeczywistego: bardzo dynamiczny. Jeszcze inne jest środowisko klasy special A: najbardziej kolorowe i urozmaicone – jest to świat, w którym my żyjemy. Efekty specjalne to też klasa sama w sobie. Japończycy bardzo się postarali, zwracając uwagę nawet na najmniejsze detale. Bombardowane miasto to tak naprawdę wrocławskie kamienice poddane obróbce komputerowej, wyglądające jednak jak te prawdziwe. Efekty wybuchów nie zostały wygenerowane komputerowo – to prawdziwe wybuchy zarejestrowane na polskim poligonie wojskowym, później jednak odpowiednio obrobione i nałożone. Brawa należą się także Grzegorzowi Kędzierskiemu, który jest autorem fenomenalnych zdjęć.
Kenji Kawai – kompozytor – także nie zawiódł. Muzyka w filmie została rozgraniczona: grze towarzyszą „sztuczne” dźwięki, a w prawdziwym świecie usłyszymy polski chór i Filharmonię Warszawską. Zatrudnienie do filmu chóru i orkiestry było świetnym posunięciem, ponieważ muzyka jest fenomenalna, stanowi dla mnie największy atut filmu. Może jestem dziwny, bo słucham rocka i metalu, ale jeżeli ktoś w filmie umieści orkiestrę lub (zwłaszcza) chór, automatycznie ma u mnie plus. Plus ten może być większy lub mniejszy, w zależności od wykonania. Tutaj jednak plus jest ogromny, ponieważ słuchając (śpiewanych po polsku) partii chóralnych, z wrażenia ciarki przechodziły po plecach, co oznacza u mnie najwyższą muzyczną ekstazę.
Polskie wydanie DVD zawiera naszą ścieżkę językową i kilka wersji napisów. Zabrakło mi tutaj innych ścieżek i większej ilości dodatków. Prawie czterdzieści minut materiałów dodatkowych poświęconych powstawaniu efektów specjalnych to ciekawy dodatek, ale zabrakło mi tutaj przede wszystkim szczegółowych wypowiedzi reżysera (dlaczego zdecydował się na Polskę itd.) oraz wypowiedzi innych członków ekipy, niekoniecznie odpowiedzialnych za efekty specjalne.
Względem „Avalonu” mam mieszane uczucia – film sam w sobie nie jest taki zły, ale odstraszają mnie od niego te przydługie nudnawe momenty, w których nic się nie dzieje, a reżyser pokazuje nam każdy ruch bohaterki – brakowało jeszcze tylko tego, żeby pokazywał, jak wychodzi do toalety... Takich nudnych momentów było niestety sporo. Rekompensują je co prawda sceny z gry, ale nie zawsze wystarczają. Scenariusz jest dobry, należało tylko dodać filmowi więcej dynamizmu. Niewiele mogę zarzucić stronie technicznej i wykonaniu, ale to jednak nie wszystko. Rozumiem, że taka miała być specyfika tego filmu, ale tak już jakoś się złożyło, że nie przypadło mi to do gustu. Trudno jest mi wydać jednoznaczną opinię o „Avalonie”. Oshii powiedział, że chciał stworzyć film, którego akcja rozgrywała będzie się w „orientalnej” dla Japończyków rzeczywistości (chodzi o Polskę, a nie o dystopijny świat rzeczywisty filmu i ten generowany komputerowo) i że obawia się odbioru filmów przez Polaków. Obawiał się całkiem słusznie, ponieważ Polacy podzielili się na tych, którzy „Avalon” lubią (lub wręcz kochają) i tych, którym się nie spodobał (i tutaj mamy ortodoksów, którzy go nienawidzą). Odgrodzeni są oni od siebie murem, na którym siedzę ja, nie mogący zdecydować się, w którą stronę zwrócić głowę – raz zwracam ją ku zwolennikom, raz ku przeciwnikom, i tak w koło Macieju...