Siadając do napisania recenzji tego filmu, miałam nie mały kłopot jak go scharakteryzować. „Windstruck” bowiem łączy w sobie elementy charakterystyczne dla romantycznej komedyjki, jaką jest choćby „My Sassy Girl”, z tkliwą melodramą. Połączenie takie dla jednych może być idealnym, dla innych natomiast dość ciężkostrawnym miksem.
Film opowiada nam historię miłości dwojga ludzi, od momentu poznania w dość nietypowych okolicznościach, aż do... no, powiedzmy, że końca. Na samym początku reżyser serwuje nam scenę samobójstwa dziewczyny, która zapłakana skacze z dachu wieżowca. Już sam ten wstęp daje nam do myślenia i zapowiada nadciągającą nieuchronnie katastrofę. Za chwilę mamy przeskok, bo przecież trzeba zacząć od początku. Widzimy mężczyznę biegnącego zatłoczoną ulicą i goniącą go kobietę, krzyczącą „Złodziej!”. Tutaj do akcji wkracza nasza główna bohaterka – Kyung-jin, która po wyjściu ze sklepu trafia na ową scenkę i niewiele myśląc rusza w pościg za złoczyńcą. Po krótkim maratonie nieszczęśnik zostaje dopadnięty i skutecznie obezwładniony tym, co akurat było pod ręką – czyli zakupami Kyung-jin. Następnie przenosimy się na komisariat, gdzie dowiadujemy się, iż Kyung-jin jest policjantką, dodatkowo policjantką o ogromnym temperamencie, która najczęściej działa zanim zdąży pomyśleć. Myung-woo natomiast nauczycielem fizyki, który nieszczęśliwie wplątał się w całą sytuację próbując pomóc obrabowanej kobiecie. Co więcej, biedaczysko nie doczekał się nawet słowa przeprosin za wszystko co przeszedł z powodu nieporozumienia, słysząc jedynie na odchodnym, że jeżeli chce usłyszeć „przepraszam”, to musi zmienić imię na „przepraszam”.
Wszystko przeszłoby bez większego echa gdyby nie to, że przeznaczenie znowu styka tych dwoje w momencie, gdy Myung-woo ma odbyć patrol uliczny, mający na celu nawracanie zdemoralizowanej młodzieży koreańskiej. Nie trudno się domyśleć na jakiego partnera trafi, prawda? Od tego momentu obserwujemy serię zabawnych i uroczych wydarzeń, w które wplątują się nasi bohaterowie. Akcja rozwija się dość szybkim tempem, dowiadujemy się coraz więcej o szalonej bohaterce i widzimy rodzące się uczucie. Niestety, a może ‘stety’, mniej więcej w połowie filmu komedia przechodzi transformację w dramat... Odkrycie dlaczego i za sprawą jakich wydarzeń pozostawiam wszystkim tym, którzy jeszcze po „Windstrucka” nie sięgali.
Film może nie zachwyca specjalnie przebojowym scenariuszem, do tego nie jest też wcale zaskakujący, po pierwszej scenie wszyscy spodziewamy się jak będzie wyglądało zakończenie i patrząc na komedię, podświadomie oczekujemy tragedii. Nie sprawia też wiele kłopotu poskładanie wszystkich elementów układanki i wydedukowanie co właściwie będzie miało miejsce. Mimo to, za sprawą wspaniałej Ji-hyun Jun i genialnej, wpadającej w ucho muzyki, film ogląda się wyjątkowo przyjemnie. Myślę, że każdy kto ma ochotę na trochę śmiechu i wzruszenia, bez przygniatającego ładunku intelektualnego, powinien poświęcić dwie godzinki na zapoznanie się z „Windstruckiem”.
Ciekawą sprawą jest sposób w jaki „Windstruck” wiąże się z „My Sassy Girl”. Żaden z tych filmów nie jest kontynuacją drugiego, mamy tu całkowicie inne postacie, wydawać by się mogło, że nic te dwa filmy nie łączy, poza osobą odtwórczyni głównej roli i reżyserem. A jednak ten właśnie reżyser, na sam koniec filmu zaserwował nam pewien kunsztowny smaczek. „Windstruck” ustępuje miejsca „My Sassy Girl” prawie na każdym polu, jednak jeśli nie będziecie tym zniechęceni i wytrwacie do samego końca, cierpliwość wasza będzie nagrodzona. Bo zakończenie pozostawia człowieka z ogromnym bananem na twarzy i łezką wzruszenia w oku.