Film fabularny luźno bazujący na serialu anime „Shinzō ningen Kyashān” z lat 70. ubiegłego wieku, a przy okazji pierwszy film aktorski z oferty polskiego wydawnictwa Anime-Gate.
Dobiega końca pięćdziesięcioletnia wojna, w której zwycięstwo odnosi Wielka Federacja Wschodu, pokonując Europejczyków. Koniec wojny nie oznacza jednak końca trosk, ponieważ dziesiątki lat używania wszelkiego rodzaju broni chemicznej przyczyniły się do zatrucia planety i powstawania dziwnych chorób oraz mutacji genetycznych. Nadzieją na powstrzymanie choroby zdają się być neokomórki, nad którymi prace prowadzi profesor Azuma. Na badania potrzeba jednak funduszy, których nie chce przyznać Ministerstwo Zdrowia. Niespodziewanie dotacje przychodzą od wojska. W międzyczasie syn Azumy, Tetsuya, na przekór rodzicom i narzeczonej Lunie, wstępuje do wojska. Rok później z frontu przychodzi wiadomość o śmierci Tetsuyi. Dostarczenie wiadomości zbiega się w czasie z dziwnym wypadkiem w laboratorium Azumy, gdzie wskutek awarii do życia powołane zostają frankensteiny – mutanty powstałe z ludzkich szczątków. Naukowcy, nie wiedząc z czym mają do czynienia, rozkazują strzelać do mutantów, co je rozjusza. Garstce odmieńców udaje się przeżyć i uciec, zabierając ze sobą Midori, żonę Azumy. Profesor natomiast decyduje się na ożywienie swojego syna.
Grupie mutantów udaje się znaleźć schronienie. Ich przywódca, Barashin, nadaje nowemu gatunkowi nazwę neosapiens i wypowiada wojnę ludziom, aby zapobiec wojnom i stworzyć nowy, lepszy świat. Nadzieją dla ludzkości okazuje się być Tetsuya, uzbrojony w specjalny pancerz i posiadający niezwykłe moce, przyjmujący przydomek Kyashān (tudzież Casshern, ja będę się jednak trzymał oryginalnej japońskiej formy).
Można powiedzieć, że streściłem większość filmu. Nie bójcie się – trudno jest go streścić, ponieważ znajduje się w nim wiele wątków filozoficznych, przemyśleń bohaterów, pytań o sens egzystencji, o naturę człowieczeństwa i temu podobnych. Niestety, wszystko to podane jest w takiej formie, że w pewnym momencie można się w tym wszystkim po prostu zagubić, a z całości robi się stek bzdur. Scenariusz jest raczej dość miałki, trudno mi powiedzieć, na co postawili twórcy: na filozoficzne dywagacje, czy na supergrafikę i kino akcji. Chcąc zmieścić to wszystko w jednym filmie, sami chyba zapomnieli, co postanowili na początku.
Okraszając film mnóstwem świetnych zdjęć, scen walk wręcz czy scen batalistycznych, dobrą muzyką i kreacjami aktorskimi, zrobiono ponad stuczterdziestominutowe przedstawienie z zaskakująco płytkimi morałami, np.: wojna jest zła, a przemoc zawsze rodzi przemoc. Jeżeli mam być szczery, powstały już o wiele lepsze filmy z takim przesłaniem, chociażby „Pianista” czy „Grobowiec świetlików”.
Na uwagę zasługuje oprawa wizualna filmu. Większość, o ile nie całość, scenografii wykonano na komputerach. Należy przyznać, że wykorzystujący je graficy spisali się na medal, tworząc ciekawy, choć nie zawsze do końca realistyczny i udany, świat. Oglądając „Cassherna” miałem w pamięci inny film, który stworzony został w podobny sposób – „Sin City: Miasto Grzechu”. Różnica pomiędzy nimi jest jednak taka, że „Sin City” miało zdecydowanie lepszy klimat aniżeli „Casshern”.
Nie tylko scenografie zasługują na brawa. Animacje i efekty specjalne także są pierwszorzędne. Mamy tutaj mnóstwo wybuchów, armie robotów, samoloty, różnego rodzaju broń – wszystko to rozgrywa się w różnych sceneriach i robi świetne wrażenie.
Podobne wrażenie robiły sceny walk, zwłaszcza pojedynki sam na sam. Przyjemność ich oglądania często mąciła praca kamery, która pokazywała rozmyte obrazy, poruszała się bardzo szybko, przeskakując z przeciwnika na przeciwnika, czasami pokazując to, co dzieje się wokół nich – wszystko to składało się na bardzo chaotyczny obraz walki, z którego trudno było cokolwiek zrozumieć. O wyniku pojedynku dowiadujemy się dopiero wtedy, gdy któryś z przeciwników leży już na ziemi i umiera.
Twórcy położyli spory nacisk na bohaterów, koncentrując się przeważnie na ich odczuciach odnośnie wojny i wynikłej sytuacji; jesteśmy więc świadkami ich filozoficznych dialogów i monologów, które rozbudowują daną postać. Podobało mi się to, co nie zmienia jednak faktu, że ogólnie postaci przedstawione zostały średnio.
Jak można się domyślić, najwięcej miejsca poświęcono Kyashānowi, jednak nie spowodowało to, że najbardziej polubiłem tę właśnie postać. Dla mnie była ona zbyt przesadzona, niczym połączenie Batmana, Supermana, Spidermana i innych superherosów wyniesionych na wyżyny popkultury – czasami wyglądało to tak, że w zamierzeniu twórców Kyashān także miał zostać takim właśnie bohaterem.
Spodobała mi się muzyka, dość zróżnicowana. Mamy tutaj spokojne kompozycje, czasami z partiami chóralnymi, które znienacka potrafią przejść w ostry rock lub techno. Najbardziej spodobały mi się właśnie partie „z wyjcem” oraz te rockowe, stanowiące tło do jatki, jaka miała miejsce na ekranie. Nie obyło się jednak bez wpadek: denerwowały mnie momenty, w których muzyka po prostu milkła; szczytem wszystkiego było natomiast powtarzanie tych samych motywów muzycznych przez większość filmu.
O aktorach mogę powiedzieć tyle, że dobrano ich bardzo dobrze. Dobrze oddali charaktery swoich postaci czy ich uczucia, sprawdzali się także w trudnych scenach, na przykład w czasie walki (ten motyw przewijał się przez tę recenzję i nadal będzie się przewijał). Tak od siebie dodam, że najbardziej spodobała mi się Kumiko Aso – nie tylko ze względu na grę aktorską, ale przede wszystkim ze względów „estetycznych” i „wizualnych” :).
„Casshern”, podobnie jak „Appleseed”, nie sprawdził się moim zdaniem jako „film startowy” dla Anime-Gate’u: ponownie wybrano film, w którym większy nacisk położono na elementy techniczne niż na fabułę. Co prawda „Casshern” fabułę ma, ale niestety w pewnym momencie wszystko się poplątało. Trudno jest mi polecić komuś ten film: z jednej strony jest to w miarę dobre kino akcji, ale większość czasu zajmują tu filozofia i realia wojny. Dla osób lubiących filozoficzne dywagacje może to być film nudnawy, ze względu na wspomnianą przeze mnie wcześniej zagmatwaną fabułę – niektórym być może potrzebne będzie kilka seansów, aby „połapać” się w całości. Pytanie tylko: komu będzie się chciało oglądać po kilka razy ten sam przydługi film, skoro za pierwszym razem zrobił średnie albo słabe wrażenie?
Na zakończenie określenie odbiorców względem wieku: na pudełku znajduje się informacja, że film dozwolony jest dla widzów od 16. roku życia. Informacja umieszczona została całkiem słusznie, ponieważ film miejscami jest dość brutalny, szczególnie kiedy chodzi o przedstawienie okrucieństwa wojny – zawsze znajdzie się ktoś, komu radość sprawia mordowanie niewinnych ludzi... Mamy tutaj także dużo krwi i drastycznych scen z walk.
Polskie wydanie DVD jest w miarę przyzwoite. Do dyspozycji mamy polską ścieżkę dolby digital 5.1 oraz japońską z 5.1 lub z DTS-em. Wszystkie ścieżki prezentują się bardzo dobrze, polecam oglądanie przy zestawie kilku głośników. Kwestie lektora miejscami „rozjeżdżają” się względem napisów i oryginalnych dialogów, co może trochę dekoncentrować widza. Dla osób nie lubiących lektorów dostępne są polskie napisy (parę drobnych błędów i trochę „sztywnych” dialogów). Oprócz filmu na płycie znajduje się kilka skromnych dodatków: „Jak narodził się Casshern” (króciutka prezentacja wspomnianego przeze mnie na początku anime), krótka notka o reżyserze Kazuakim Kiriyi, zwiastuny innych wydawnictw Anime-Gate i Visionu. Standardowo mamy także menu wyboru scen oraz zwiastun filmu. Cena 39,90 zł za to wydanie wydaje mi się troszeczkę wygórowana (obniżył bym ją o dziesięć), zwłaszcza biorąc pod uwagę ponadtrzyminutowy blok reklam przed filmem, którego oczywiście nie można ominąć na większości odtwarzaczy DVD. Denerwujące reklamy przed filmem są właściwe dla wydań gazetowych, teraz powoli stają się niechlubną wizytówką Anime-Gate.