Takashi Miike znany jest z dość dziwnych i oryginalnych filmów – bardzo brutalnych, ale zarazem przepełnionych specyficznym czarnym humorem. W 2007 roku światło dzienne ujrzał „Sukiyaki Western Django”, kolejny dziwny film Miikego, pod wieloma względami znacznie jednak różniący się od poprzednich jego dokonań. Oto bowiem dożyliśmy czasów powtórnego recyclingu filmów, zaś Miike w roli „przetwórcy” poradził sobie znakomicie.
Nevada, kilkaset lat po bitwie pod Dan-no-Urą – ostatnim epizodzie wojny Gempei, kiedy to starły się ze sobą wojska rodzin Heike (Taira, czerwoni) i Genjich (Minamoto, biali), a ci drudzy ponieśli sromotną klęskę. Chociaż od owego wydarzenia minęło około siedmiu wieków, w jednym z miasteczek na pustyni ciągle trwa wojna pomiędzy potomkami obu klanów. Walczące ze sobą strony nie przejmują się losem rdzennych mieszkańców miasta – część z nich została wymordowana, kilkoro przyłączyło się do którejś ze stron konfliktu, reszta opuściła osadę. Pewnego dnia do wioski przybywa samotny rewolwerowiec. Początkowo chce, za odpowiednią opłatą, przyłączyć się do któregoś z klanów, ostatecznie postanawia jednak stanąć w obronie uciśnionych mieszkańców. Będzie krwawo, dramatycznie, romantycznie i śmiesznie.
Powyższy opis uważnemu czytelnikowi i średnio wyrobionemu widzowi może nasunąć skojarzenia z co najmniej dwoma filmami. Określenia „powtórny recycling” użyłem nie przez przypadek, „Sukiyaki Western Django” jest bowiem remakiem „Za garść dolarów” Sergia Leonego, który to z kolei był remakiem „Straży przybocznej” Akiry Kurosawy. Przynajmniej pod względem fabularnym, jako że film Miikego zarazem stanowi bezpośrednią przeróbkę „Django”, jednego z remake’ów „Za garść dolarów”. „Straż przyboczna” i „Za garść dolarów” przerabiane były przez Amerykanów i Japończyków kilkakrotnie, jednak bodajże dopiero w 2007 roku doczekaliśmy filmu, który jednocześnie nawiązuje do obu z nich (aczkolwiek już w roku 1971 powstał film „Samuraje i kowboje” z Toshirem Mifune i Charlsem Bronsonem, łączący ze sobą elementy chanbary i westernu). Dla osób, które widziały któryś z powyższych filmów, fabuła nie będzie zbyt oryginalna, aczkolwiek nawet dla zaznajomionych z nimi widzów może znaleźć się w „Sukiyaki Western Django” kilka niespodzianek, w końcu po reżyserze takim jak Takashi Miike można spodziewać się wszystkiego. Sam tytuł zresztą dobrze oddaje to, z czym mamy do czynienia – Django to odniesienie do filmu, zaś sukiyaki (znana japońska potrawa, spożywana w filmie przez Quentina Tarantino) western to nawiązanie do gatunku spaghetti westernu.
Akcja rozgrywa się, można by rzec, na Dzikim Zachodzie, w miasteczku zamieszkiwanym przez mówiących po angielsku Japończyków, ulokowanych w hybrydach amerykańsko-japońskiego budownictwa. Trudno zresztą jednoznacznie orzec, w jakim kraju mieszkają bohaterowie – miasteczko pod względem wizualnym przywodzi na myśl znany z westernów Dziki Zachód, aczkolwiek nie pasują do niego torii stojące przy wjeździe oraz bujna roślinność i góry dookoła. No i warunki pogodowe, często bowiem pada tam deszcz i śnieg. Bohaterowie dobrze radzą sobie zarówno z katanami, jak i bronią palną – rewolwerami czy minigunem. Chociaż są potomkami klanów Heike i Genjich, nie przeszkadza im to w oddawaniu się westernowej gorączce złota, która to jest przyczyną prowadzonej przez nich wojny. Ciekawe wrażenie robi również architektura – chociaż miasteczko na pierwszy rzut oka wygląda jakby żywcem wyjęte z westernu, nie brak w nim budynków zbudowanych w stylu japońskim, a to, co z zewnątrz wygląda jak saloon, w środku może być japońskim pałacykiem, przywodzącym na myśl chociażby chanbary i jidaigeki Kurosawy (i odwrotnie).
Film przedstawia się dość ciekawie od strony formalnej. Elementy japońskie i amerykańskie mieszają się ze sobą nawzajem, tworząc dość przyjemny i nie rażący widza collage. Reżyser co chwilę wystawia oglądającemu język, żonglując stylami i konwencjami – to pokaże coś w zwolnionym tempie, aby wywołać humorystyczny efekt, to umieści kilkusekundową wstawkę animowaną. Co prawda „Sukiyaki Western Django” nie jest aż tak ekstremalnie brutalne i wynaturzone jak chociażby „Koroshiya 1” czy „Visitor Q”, w porównaniu z nimi wypada nawet jak bajka dla dzieci, bliżej mu raczej do komercyjnego „Nieodebranego połączenia”, jednak mimo wszystko nie obeznanego z twórczością reżysera widza kilkakrotnie może solidnie zaskoczyć. Może nawet oburzyć, bowiem wyczuwalny jest tutaj klimat twórczości Miikego. To, że film jest mniej brutalny, nie oznacza, że został całkowicie pozbawiony przemocy – jest krwawo, miejscami nawet niesmacznie i obrazoburczo (ot, chociażby profanacja chrześcijańskiego cmentarza czy ludzie wieszani na torii). Nie brak tutaj też czarnego humoru oraz, jak to w filmie owego reżysera bywa, pokręconych postaci. Co prawda nie są one szaleńcami na miarę Ichiego, a raczej osobami po prostu dość głupawymi. Kiyomori, herszt klanu Genjich, zawiedziony porażką jego rodu sprzed kilkuset lat, pokrzepia ducha swoich ludzi czytając im „Opowieści Genjich”, w pewnym momencie rezygnuje jednak z tej lektury na rzecz „Henryka VI” Shakespeare’a, w którym to czerwoni wygrywają. Wierząc, że tym razem zwyciężą, każe tytułować się Henryk, a wszystkich, którzy zwrócą się do niego starym imieniem, ruga, kopie i okłada pięściami. Tej postaci wyraźnie brakuje paru klepek, ale nie sposób jej nie polubić. Podobnie jak miejscowego szeryfa, który kojarzyć może się z Tolkienowym Gollumem, a wszystko przez... rozdwojenie jaźni. Z tym, że szeryf, w odróżnieniu od Golluma, wypada naprawdę komicznie. Nie brak tu oczywiście bohaterów bardziej typowych i w miarę normalnych, jak chociażby dzielny rewolwerowiec czy dziewczyna, w której się zakochuje. Na szczególną uwagę zasługuje drobna rola Quentina Tarantino, którą być może zawdzięcza temu, iż w swoim „Kill Billu” kilkakrotnie nawiązał do filmów Miikego. Zagrał tutaj rewolwerowca imieniem Ringo, zaś w jednej ze scen będziemy mogli zobaczyć go jako zgrzybiałego, posiwiałego staruszka poruszającego się na wózku inwalidzkim. Dla samej tej kreacji warto zapoznać się z „Sukiyaki Western Django”.
Również pod względem czysto technicznym film trzyma odpowiednio wysoki poziom. Scenografie dobrano naprawdę rewelacyjnie, kulturowy mariaż cieszy oko. Większość filmów nagrywana jest w plenerze, chociaż jedna z sekwencji, ta z udziałem Quentina Tarantino, nagrana została w studiu – sceneria jest kiczowata i tandetna, wyraźnie widać, że słońce i niebo to narysowana plansza, zaś wulkan w tle pomalowany kawał tektury bądź drewna. Aktorzy grają dobrze, tutaj największe pochwały należą się Hideakiemu Ito, Kōichiemu Satō, Teruyukiemu Kagawie i Quentinowi Tarantino. Spisał się także kompozytor, Kōji Endō, który stworzył ścieżkę dźwiękową idealnie dopasowaną do klimatu filmu. Jakby tego było mało, na potrzeby tej produkcji zakupiono prawa do motywu przewodniego z „Django”, który, wykonywany w języku japońskim, towarzyszy napisom końcowym. Pojedynki, niekoniecznie jeden na jednego w samo południe, pełne są akcji, aczkolwiek nierzadko komiczne.
Na dobrą sprawę największą bolączką „Sukiyaki Western Django” jest to, że Miike zdecydował się nagrać film po angielsku. Engrish, którym posługują się aktorzy, jest naprawdę nieznośny, zaś część rodowitych Amerykanów i Anglików ma problemy ze zrozumieniem dialogów, nie mają wsparcia w postaci napisów w ich rodzimym języku. Decyzja (podyktowana chęcią jeszcze większego udziwnienia filmu? mająca być kolejnym ukłonem dla kultury Zachodu?) reżysera była dość karkołomna i, w moim odczuciu, nie wyszła filmowi na dobre. Osobiście o wiele ciekawszym rozwiązaniem byłby język japoński, tym bardziej, że jest to pierwszy western z prawdziwego zdarzenia wyprodukowany w Kraju Kwitnącej Wiśni (wcześniej były oczywiście produkcje ze znamionami westernu, chociażby anime „Trigun”, nie są to jednak „czyści” przedstawiciele tego gatunku).
„Sukiyaki Western Django” to ciekawy film, któremu warto dać szansę. Naprawdę ciekawie prezentuje się połączenie elementów chanbary, jidaigeki i westernu, podlane przemocą, przesadą i czarnym humorem. Ta produkcja może stanowić ciekawostkę dla osób zainteresowanych tymi gatunkami, jak i miłośników kina ogólnie – jest dość oryginalna, a w ogólnym rozrachunku lekka i zjadliwa. Może zapoczątkuje erę sukiyaki westernów, jak onegdaj Sergio Leone zapoczątkował złoty okres spaghetti westernów?