BanneryWebmasterFAQRedakcja
Anime i kino azjatyckieAnimeZajawkiKino azjatyckieSłowniczek pojęćLinkownia
GaleriaForumCzat

Menu

Przyjaciele

Tanuki
Aleja Komiksu
Anime Heaven
Vegepic Anime
Dragon Ball Nao
Kage
VWORLD
GTW
Anime Dream
Rei Official Website
Japonia Dream
bleachHEART
Ghibli
Banzai!

Kochankowie roku tygrysa

Komentowany artykuł

Pierwszą obejrzaną przeze mnie polsko-azjatycką koprodukcją był „Avalon” świetnego skądinąd Mamoru Oshiiego. Niestety, po obejrzeniu owego filmu okazało się, że reżyser ten bardzo dobrze radzi sobie z animacją, ale zdecydowanie gorzej wychodzi mu praca z aktorami na planie. Po „Kochankach roku tygrysa” spodziewałem się jednak czegoś lepszego – może to i melodramat, ale za to reżyser, Jacek Bromski, z aktorami pracować potrafi; na swoim koncie ma kilka znośnych filmów („To ja, złodziej”, „Zabij mnie, glino” i „1968 – szczęśliwego Nowego Roku”). Jak widać po wystawionej ocenie, moje oczekiwania względem jego najnowszego filmu były jednak na wyrost...

Film rozpoczyna się w czasach współczesnych. Stary Chińczyk schodzi z gór, w których zamieszkuje przez całe życie, aby udać się do polskiej ambasady w Pekinie. Starzec chce przed śmiercią odwiedzić Polskę. Konsulowi i jego sekretarce przedstawia historię, która rozegrała się w roku tygrysa (w chińskim kalendarzu powtarza się on co dwanaście lat, tym konkretnym był rok 1914). Chińczyk imieniem Guo w wykopanym na zwierzynę dole znajduje nie jedzenie, a ledwie żywego człowieka (to jeszcze w roku bawoła, czyli 1913). Zabiera go do domu, nakazując żonie i córce opiekować się rannym. Ów człowiek jest Polakiem, który wraz z towarzyszem uciekł z rosyjskiego więzienia na Syberii. Jego kompan nie miał jednak tyle szczęścia co on, zginął w trakcie pościgu. Ocalały Polak powoli zaczyna odzyskiwać siły, a wyraźnie zafascynowana jest nim córka Chińczyka, Song. Guo, obawiając się, że obcy człowiek może uwieść dziewczynę, obcina córce włosy i każe udawać chłopaka. Czy Polak zwęszy podstęp i połączy go miłość z młodą Chinką? Na to pytanie odpowiedzcie sobie sami – znając polskie kino, nad odpowiedzią nie musicie się nawet zastanawiać.

„Kochankowie roku tygrysa” to film mający dwie poważne wady, które rzutują na jego odbiór. Pierwszą z nich jest brak ciekawego pomysłu. Przedstawiona historia jest prosta jak kij od miotły, ani razu nie dzieje się tu nic niespodziewanego czy szalenie ekscytującego, a od samego początku wiemy, jak to wszystko się skończy. Nie rozumiem, dlaczego Bromski zdecydował się pojechać aż do Chin, aby nakręcić ten film, skoro mógł zmienić jakiś fabularny szczegół i przenieść jego akcję w jakieś bliższe miejsce – wyszedłby z tego ten sam gniot, tyle że tańszy. Moim zdaniem wygląda to trochę tak, jakby reżyser wymarzył sobie, że w Chinach nakręci melodramat o polskim uciekinierze i młodej Chince, ale dopiero na miejscu zastanowi się nad tym, jak to wszystko będzie miało wyglądać.

Druga wada: film jest, mówiąc kolokwialnie, cholernie nudny Przychodzi staruszek do ambasady i zaczyna swoją opowieść. Dwójka Polaków ucieka przez Syberię, jeden ginie, drugiego ledwie żywego znajduje Chińczyk. Do tego czasu idzie to jeszcze jakoś znieść, ale później zaczyna się nuda. Obserwujemy jak Polak wraca do zdrowia, wraz z Guo bądź Song jako chłopcem chodzi na polowania, rozmawia z Chińczykami (po rosyjsku). Dziewięćdziesiąt procent tych rozmów jest o niczym, w tym sensie, że niczego one do filmu nie wnoszą. Dla przykładu podam jeden z bardziej „odkrywczych” tekstów, które pojawiły się w filmie: Żebrowski oddaje mocz na śniegu (nie krępując się przed Song, myśląc, że ta jest chłopcem) i z błogością na twarzy stwierdza: Jak się leje takim łukiem, to znaczy, że siły wracają! Tak ma się sprawa gdzieś do osiemdziesiątej minuty, bo Żebrowski nagle przypomina sobie, że musi się jeszcze zakochać, żeby nie zawieść widzów, którzy oczekują romansu. Temu właśnie poświęcono około dziesięciu minut. Później znów wracamy do konsulatu, po czym film się kończy. Tak właśnie wygląda cała ta produkcja. Przykro mi to mówić, ale to jeden z najnudniejszych filmów, jakie w ostatnim czasie widziałem.
Jakby tego było mało, czasami można odnieść wrażenie, że reżyser za wszelką cenę chciał czegoś Chińczyków nauczyć o polskiej historii, co najbardziej widoczne było w scenie, kiedy kobieta w konsulacie opowiada staremu Chińczykowi bodajże o rozbiorach Polski.

Plusem przeniesienia akcji do Chin są przepiękne krajobrazy, którymi podczas seansu raczeni są widzowie. Czasem zamiast pokazać kolejną bezsensowną pogawędkę, operator koncentruje się na widokach, co zdecydowanie lepiej wpływa na widza niż owe rozmowy. Bardzo ładne scenerie i świetna robota operatora to jednak jedyna rzecz, którą w tym filmie mogę pochwalić.

Aktorzy... Oczywiście Żebrowski, który jest chyba najważniejszym elementem tego filmu jeśli wziąć pod uwagę to, czym chciano zachęcić widzów do obejrzenia „Kochanków...”. Pan Michał zagrał w wielu filmach, wcielając się w przeróżne postaci, ale bez względu na to, czy jest szlachcicem z Soplicowa, wiedźminem, traumatycznie doświadczonym w dzieciństwie człowiekiem czy polskim skazańcem, któremu udało się przeżyć piekło Syberii, zawsze gra sztucznie, nienaturalnie i mało przekonująco. Odgrywane przez niego postaci zawsze są takie same, nie potrafi tchnąć w nie ducha, spróbować ich poznać... Zwłaszcza fatalnie wypadł w „Pręgach”, gdzie Magdalena Piekorz chciała jego postaci nadać jakiejś psychologicznej głębi. Żebrowski teoretycznie jest gwarantem sukcesu filmu, bo ściągnąć może na niego wiele kobiet, ale niestety nie przekłada się to na jego grę – nadaje się raczej do reklamowania bielizny, nie do filmów. Tutaj Żebrowski miejscami wypadał po prostu śmiesznie – niektóre jego zachowania przyprawiały widza o wredny rechot, a sceny, w których chodził w jakimś wieśniackim kapeluszu, sprawiały, że turlałem się po podłodze...
Reszta aktorów to przy nim właściwie tylko przystawki, które jednak – moim zdaniem – są znacznie bardziej zjadliwe niż on. Chociaż nie zawsze, jak chociażby w scenie w konsulacie, gdzie Chinka mówi po polsku: To stary człowiek, wygląda jak mój dziadek. Słychać, że uczyła się tej kwestii na kilka chwil przed nakręceniem ujęcia, ponieważ niemiłosiernie kaleczy. Mam też mieszane uczucia co do „pięknej Chinki”, która zarówno z warkoczem, jak i bez niego, wyglądała jak chłopak (nie licząc sceny, w której pokazała piersi).

Muzyka często utrzymana jest w klimacie Chin, czasami może przywodzić na myśl jakąś chińską baśń, jednak rzadko kiedy dobrze wpasowuje się w scenę, którą uzupełnia. Jeśli chodzi o dźwięk, to nagana należy się za wersję lektorską – wyciszono oryginalną ścieżkę, na kwestie Chińczyków i Rosjan nakładając Gudowskiego, przez co jednak często nie słychać dialogów w filmie wypowiadanych po polsku. Trudno jest mi również pojąć rozgardiasz w napisach. Na początku filmu pojawiają się one po angielsku (director, music itd., bez polskich znaków) i chińsku, tytuł podano po chińsku, polsku i angielsku (czyta go także lektor, którego w tym momencie prawie nie słychać). Później jednak pojawia się już polski napis – Syberia, rok 1913 – zamiast angielskiego (Siberia, 1913), a napisy końcowe w całości podane zostały po polsku, już z polskimi znakami. Dlaczego całość nie została wykonana w dwóch językach, a trzech?

„Kochankowie roku tygrysa” to film, który trudno komukolwiek polecić. Krytycy wypowiadają się o nim raczej chłodno, co w ogóle mnie nie dziwi. Jeśli nie jesteś miłośnikiem melodramatów i Żebrowskiego, zdecydowanie odradzam. Miłośniczki polskiego aktora pewnie i tak obejrzą, chociaż przypuszczam, że potwornie się wynudzą. Powiem bez ogródek, że ten film to pomyłka pana Bromskiego, z którą nie warto się nawet zapoznawać – dla samych krajobrazów szkoda marnować prawie dwie godziny życia. Mówię to Polakom, Chińczykom, Amerykanom i wszystkim innym, którzy chcieli by ten film obejrzeć.

Napisz komentarz

Twój nick lub imię i nazwisko:



Temat komentarza:



Na głowie u diabła?


Musisz odpowiedzieć na pytanie lub uzupełnić zdanie, pomożesz nam w ten sposób walczyć ze spamem.

:smile::kawaii::bgrin::polzart::cool::jezor::readman::ziew::sad::sceptyk::cry::bad::angry::zabije::cross::zmiesz::shock::niewzrusz::niepowiem::uhoh::azu:


Regulamin

Jeśli chcesz napisać komentarz, musisz przestrzegać pewnych zasad:
  • Komentarz musi dotyczyć opisywanego tytułu lub recenzji i musi być w miarę sensownie napisany (nic nie wnoszące jednolinijkowce lecą od razu do kosza).
  • Oceniamy tytuł lub recenzję, a nie recenzenta i komentujących.
  • Nie obrażamy użytkowników, recenzentów, ani twórców.
  • Nie używamy słów powszechnie uznanych za wulgarne lub obraźliwe.
  • Nie nadużywamy emoticon i piszemy czytelnie.
  • Zabronione jest zamieszczanie linków nie związanych z opisywanym tytułem lub recenzją.
  • Zabronione jest podawanie linków p2p umożliwiających ściąganie plików muzycznych, skanlacji lub fansubów.
  • Jeśli zdradzamy w komentarzu zdarzenia psujące oglądanie widzom nie znającym opisywanego tytułu (tzw. spoilery), należy ukryć je korzystając z przycisku "OZNACZ SPOILER".
  • Pamiętajmy, że komentarze mają służyć przede wszystkim jako pomoc w podjęciu decyzji przez ogół użytkowników, czy warto po opisywany tytuł sięgnąć. Dogłębne dyskusje i analizy powinny znaleźć się na forum dyskusyjnym.
  • Redakcja ma prawo poprawić komentarze, w których jedna z powyższych zasad została złamana.
  • Redakcja ma prawo usunąć komentarz, który nie dotyczy opisywanego tytułu, recenzji lub innego komentarza.
  • Moderacja bezdyskusyjnie będzie usuwać komentarze dotyczące kwestii odmiany japońskich nazw własnych.
Dodając komentarz akceptujesz automatycznie powyższe zasady.
Jeśli uznasz, że Twój tekst został potraktowany ostrzej, niż wynika to z wymienionych zasad, prosimy zgłosić ten fakt na forum.
Zapraszamy do rejestracji i logowania
(C) 2004-2008 Azunime.net  •  Wszelkie prawa zastrzeżone
Teksty zamieszczone w serwisie należą do ich autorów i są chronione prawem autorskim. Wykorzystywanie ich, w całości lub we fragmentach, bez zgody właścicieli jest zabronione, o ile regulacje w FAQ nie stanowią inaczej.
Zarejestruj