Kolejny azjatycki dramat o miłości – tak sobie pomyślałem, gdy przeczytałem streszczenie „Sūzhōu” (jeśli wierzyć polskiemu lektorowi, czyta się to suczou). Mówiąc szczerze za bardzo się w tym twierdzeniu nie pomyliłem, ale przynajmniej film okazał się romansem nieco innym niż te, które dotychczas dane mi było oglądać. I mimo że nie jest to film wybitny, a do romansu na miarę „Fucking Åmål” sporo mu brakuje, oglądało się go nawet przyjemnie.
Film rozpoczyna się od sceny rejsu po tytułowej rzece, która przepływa przez Szanghaj. O niej i o swoim życiu opowiada nam bezimienny bohater na co dzień zajmujący się kręceniem filmów na video, w tym momencie znajdujący się na statku płynącym po Sūzhōu. Z jego relacji dowiadujemy się, jak poznał Meimei – dziewczynę, która w nocnym klubie pracuje jako syrena pływająca w akwarium. Bohater miał ją nakręcić, aby zrobić klubowi reklamę; oboje szybko przypadli sobie do gustu i zaczęli się ze sobą spotykać. Meimei pytała bohatera: Jeśli kiedyś zniknę, to czy będziesz mnie szukał, tak jak Mardar? Będziesz mnie szukał bez końca? Przez całe życie? On odpowiadał, że tak, ale dziewczyna twierdziła, że nie mówi on prawdy.
Także z relacji owego bohatera dowiadujemy się, kim był wspominany przez Meimei Mardar. Otóż dawniej zajmował się on rozwożeniem przesyłek na swoim motocyklu. Od pewnego czasu jego pracą było również wożenie Moudan do jej ciotki, kiedy ojciec dziewczyny sprowadzał do domu nową kobietę. Mardar i Moudan bardzo się polubili, chociaż chłopak nie chciał się tego przyznać. Gdy któregoś dnia zwierzchnicy kazali mu „porwać” Moudan, po chwili zgodził się na to. Dziewczyna, dowiadując się, jak niska jest za nią cena, zaczęła uciekać. Obiecując, że kiedyś powróci jako syrena, rzuciła się z mostu w odmęty Sūzhōu. Jej ciała nigdy nie odnaleziono, toteż Mardar – po kilku latach spędzonych w więzieniu i poza Szanghajem – nadal wierzy, że dziewczyna żyje i nie odpuszcza poszukiwań.
Losy bezimiennego bohatera i Mardara któregoś dnia krzyżują się – połączyła ich Meimei, którą Mardar uważa za Moudan. Czy naprawdę jest to ta sama dziewczyna? Czy narrator naprawdę byłby w stanie szukać Meimei, gdyby ta znikła? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w filmie.
Fabuła jest dość standardowa, można powiedzieć, że pod tym względem jest to typowe love story, tyle że z dwiema krzyżującymi się prostymi historyjkami. Inna jest natomiast forma przedstawienia tych opowieści – na początku poznajemy losy bezimiennego bohatera, który opowiada o sobie, Meimei i Mardarze, później natomiast widzimy wydarzenia z perspektywy samego Mardara, przeplatające się z opowieściami bohatera. Obracają się one wokół dwóch – a może jednej? – dziewcząt, w których zakochani są obaj panowie. W odróżnieniu od multum produkcji amerykańskich i europejskich, nie można powiedzieć, że film kończy się happy endem, co automatycznie trochę podnosi ocenę za całokształt. Całość nie jest też przedstawiona w jasnej i miłej otoczce jak cukierkowate romanse made in America; tej opowieści towarzyszą zaniedbane budynki, brud, zdjęcia w ciemniejszej tonacji, kręcone nad przypominającym śmietnik nabrzeżem rzeki czy drugorzędnych klasowo barach i mieszkaniach – ładnie udało się to wszystko uchwycić Yu Wangowi odpowiedzialnemu za zdjęcia. W „Sūzhōu” znaleźć można elementy takich gatunków jak chociażby film noir czy neorealizm, ale są one naprawdę drobne.
Bohaterowie nie są postaciami dobrze zarysowanymi pod względem psychologicznym, ale widzowi mogą za to łatwo udzielić się towarzyszące im uczucia, co pozwala wczuć się w klimat tego filmu. Klimatu tego dopełniają surowe zdjęcia, o których już wspomniałem, oraz spokojna i stonowana muzyka autorstwa Jörga Lemberga – jeden z niewielu elementów wskazujący, że jest to koprodukcja chińsko-niemiecka. Akcja filmu jest umiarkowana, a chociaż – jak w wielu filmach z kontynentu azjatyckiego – pojawiły się tutaj wstawki, które właściwie nic nie dają, a jedynie opóźniają rozwijanie się akcji, to ograniczono się do kilku, bodajże dwóch takich wstawek, w dodatku dość krótkich. Co ciekawe, ani razu nie pada imię narratora, a on sam nie pojawia się przed kamerą ani na sekundę – gdy jest on obecny w jakiejś scenie, słyszymy jedynie jego głos dobiegający zza kadru, a to, co się dzieje, zostaje nam pokazane z jego perspektywy – wygląda to tak, jakby właśnie kręcił swoją kamerą mające miejsce wydarzenia. Cały film został nakręcony w taki właśnie sposób, co może miejscami skłonić widza do stwierdzenia, że mamy do czynienia z czymś w rodzaju paradokumentu.
Miłym akcentem dla polskiego widza może być pojawiająca się kilkakrotnie, zwłaszcza pod koniec filmu... żubrówka! Tak właśnie – nasza polska poczciwa żubrówka. A żeby było jeszcze ciekawiej, miała ona niemałe znaczenie dla losów dwójki bohaterów – zawdzięczają jej oni szczęście, ale być może i wydarzenie w konsekwencji bardzo smutne. Przyznam szczerze, że ciekawym doświadczeniem było dla mnie zobaczyć w chińskim filmie butelkę ze złocistym płynem i słomką w środku – gdy bohaterowie pociągali z butelki, miało się bardzo dziwne skojarzenie z polskim produktem, a gdy po chwili butelka owej wódki została zaprezentowana widzowi w pełnej krasie, przeczucie okazywało się słuszne.
Podsumowując, „Sūzhōu” to love story, które polecić mógłbym chyba troszkę bardziej wymagającym widzom, chociaż sama opowieść jest dość prosta i trąci kiczem. Jak sądzę film może spodobać się przede wszystkim kobietom, ale pewnie i wśród mężczyzn nie zabraknie pozytywnych głosów. Mnie osobiście, mimo paru wad, się spodobał, więc być może kiedyś – z butelką żubrówki w ręku – do niego powrócę, raz jeszcze oddając się poszukiwaniu dziewczyny mającej być syreną.