King Kong – wytwór Amerykanów, którzy kilkanaście lat wcześniej zniszczyli Hiroshimę i Nagasaki, zmierzy się w filmie z rodowitym japońskim potworem – Godzillą... Paradoks? Raczej komercja, ale przynajmniej przyzwoicie podana. Pierwotnie małpolud zmierzyć miał się z Frankensteinem, do którego Japończycy również zakupili prawa, ostatecznie jednak stanął do walki z Godzillą, a Frankenstein wystąpił w osobnych filmach. W ten oto sposób dwa wielkie monstra stanęły w szranki, a Godzilla powrócił po siedmiu latach przerwy, które Toho poświęciło innym swoim potworom (jak dziś wiemy, niepotrzebnie, ponieważ to właśnie jaszczur przeszedł do historii).
Niejaki Tako potrzebuje rewelacji, aby podnieść oglądalność swojego programu naukowego, ponieważ ma on bardzo marne wyniki oglądalności. Gdy dowiaduje się o potworze rzekomo mieszkającym gdzieś w pobliżu Wysp Salomona, postanawia wysłać tam swoich ludzi, aby ci zbadali sprawę – liczy na nie lada rewelację. Jego podwładni są do tego bardzo sceptycznie nastawieni, ale jak mus, to mus – wyruszają na wyprawę.
Tymczasem amerykańska łódź podwodna Seahawk zderza się z bryłą lodową, emitującą dziwne światło. Załoga łodzi zostaje uwięziona, a po chwili unicestwiona przez przebudzonego Godzillę, który wydostaje się z lodowca. Wielki potwór od razu rozpoczyna dzieło zniszczenia, powoli kierując się w głąb Japonii.
Osamu Sakurai i Kinasuburo Furue, wysłani przez Taka, docierają na wyspę Farō. Tubylcy początkowo nie życzą sobie ich obecności na wyspie i żądają, aby ją opuścili, jednak dają się przekonać radiem i papierosami. Pozwalają im zostać, zastrzegają jednak, że nie biorą odpowiedzialności za swojego boga. Po chwili rozpętuje się wielka burza, a tubylcy przystępują do rytuałów... Niedługo później wioskę miejscowej ludności atakuje wielka ośmiornica, Ōdako, którą pokonuje przybyły nagle gigantyczny małpolud, przez miejscowych nazywanych King Kongiem. Spożywa on pewien środek, który go usypia – wykorzystują to Japończycy, którzy ładują kolosa na wielką tratwę i mają zamiar przetransportować go do Nipponu.
W przeciwieństwie do dwóch poprzednich filmów, „King Kong kontra Godzilla” jest produkcją stricte rozrywkową, poniekąd próbą wytwórni Toho. Próbą bardzo udaną – jest to najbardziej dochodowy z dotychczasowych filmów o Godzilli, a w dodatku wykorzystaną w nim koncepcję walki jaszczura z innymi potworami wykorzystuje się w filmach z tej serii po dziś dzień. Nie zabrakło także elementów komediowych, które ostatecznie dowodzą, że nawet nie starano się zachować poważnego i mrocznego klimatu. Nie jest to jednak wadą tego filmu, ponieważ i tak dobrze się go ogląda.
Lepsza jest część efektów specjalnych, ale mimo wszystko nadal nie stanowią one nic rewelacyjnego, a niektóre z nich nadal wręcz porażają swoją sztucznością. O ile sporo pojazdów czy łodzi wygląda już bardziej naturalnie, to problem z takimi chociażby czołgami nadal pozostał nierozwiązany. Czasami da się również zauważyć wykorzystanie marionetek czy lalek, np. w scenie, w której Kong trzyma swoją japońską Ann Darrow. Czego by jednak nie mówić, w moim odczuciu film jednak ogląda się lepiej w kolorze i nowym formacie, niż poprzednie w czerni i bieli oraz pełnoekranowej rozdzielczości.
O bohaterach nie będę się rozpisywał, ponieważ niewiele się oni zmieniają przez całą serię, najciekawszymi z nich chyba zawsze pozostaną potwory. Tutaj mamy je trzy: oprócz Godzilli i Konga pojawia się także wspomniana wcześniej wielka ośmiornica nazwana Ōdako. Warto wspomnieć, że w 1954 roku Japończycy mogli obejrzeć właśnie gigantyczną ośmiornicę (marzenie reżysera efektów specjalnych) zamiast jaszczura, ale ostatecznie – na szczęście – zdecydowano się na Godzillę. Ōdako pojawił się w kilku filmach kaijū wytwórni Toho, ale później przepadł w mrokach dziejów, nie „zaangażowano” go nawet do filmu „Godzilla: Ostatnia wojna”, chociaż rozważano taką ewentualność.
Aktorzy wypadają przyzwoicie, chociaż muszę przyznać, że mieszane uczucia mam do tubylców, którzy przywitali Japończyków na wyspie – przypomina to raczej jakichś Indian, a w dodatku wypadło sztucznie i mało przekonująco. Tańce odprawiane na wyspie przypominały raczej jakiś dyskotekowy połamaniec albo macarenę, niż taniec rytualny. Ogólnie uważam, że za dużo w tym filmie jest scen rozgrywających się na wyspie. A wracając do aktorstwa... Szczególne brawa należą się Ichirōwi Arishimie, wcielającemu się w rolę pana Tako, który to jest głównym elementem komediowym tego filmu. Ale nie także „rozśmieszaczy” w wykonaniu... Godzilli. Tak właśnie, czasami Godzilla bardzo mnie śmieszył – wykonywane przez niego ruchy przywodziły na myśl taniec, a walka z King Kongiem przypominała trochę zapasy. Wykopywane przez Konga jak piłka do nogi kamienie również wypadały co najmniej dziwnie. Jeśli chodzi o zastrzeżenia co do aktorów, to nie mogę przepuścić również amerykańskiej załodze łodzi podwodnej – aktorstwo troszkę kiepskie, a angielski nienajlepszy...
Największe uznanie należy się chyba Akirze Ifakubemu, czyli kompozytorowi muzyki, który stworzył pierwszą ścieżkę do filmu o Godzilli, która naprawdę mi się spodobała. Jest najbardziej klimatyczna ze wszystkich dotychczasowych części, a zastosowany na samym początku (i często wykorzystywany później w filmie) utwór z bębnami i śpiewem jest po prostu fenomenalny. Nie zabrakło także częstego użycia znanego motywu muzycznego z pierwszej części, ale zdarzyło się też kilka utworów, które – w moim odczuciu – trochę tutaj nie pasowały.
Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że w filmie znalazła się scena podobna do tej z amerykańskiego „King Konga” – małpolud bierze w olbrzymie łapsko dziewczynę, po czym wchodzi z nią na budynek. Ponieważ nie było pod ręką Empire State Building, wlazł na coś mniejszego, ale miłe skojarzenie i tak pozostaje.
Nowa, rozrywkowa, formuła „Godzilli” sprawdza się, czego dowodem jest dwadzieścia kilka części utrzymanych właśnie w takiej konwencji. Za reżyserię ponownie odpowiada Ishirō Honda, więc film pozbawiony został niedoskonałości poprzedniej części. Oczywiście ma on swoje wady, ale jak najbardziej wart jest obejrzenia. To dobrze spędzony czas, i chociaż osobiście zmieniłbym w nim to i owo, polecam.
P.S. Amerykańska wersja tego filmu jest jedną z najgorszych rzeczy, jakie spotkały „Godzillę”. Wycięto w niej muzykę Ifakubego i wklejono amerykańską, obcięto około dwudziestu minut filmu oraz poczyniono jeszcze kilka innych głupich zmian. Ale wbrew temu, co przeczytać można w Internecie, oba filmy kończą się tak samo.