Na początku była manga, a manga była u Japończyków. Wszystko przez nią się stało, a bez niej nic się nie stało, co się stało. A na dobrą sprawę stało się sporo – kilka serii telewizyjnych, OAV, gry komputerowe, rzesza sympatyków... Skoro „Initial D”, bo o nim właśnie mowa, zdobyło sobie sporą popularność, nie mogło zabraknąć i filmu aktorskiego. Z tym, że za realizację filmu z aktorami zabrali się Chińczycy, a nie Japończycy. Czy nasi skośnoocy bracia stworzyli coś na miarę „Szybkich i wściekłych”? Trudno jednoznacznie powiedzieć...
Film luźno bazuje na pierwszym sezonie serialu, Chińczycy przechrzcili jednak bohaterów – w recenzji będę używał nazwisk chińskich. Głównym bohaterem jest Tuò-hǎi Téng-yuán, który każdej nocy rozwozi tofu ze sklepu swojego ojca – starą toyotą trueno przemierza górskie szlaki, wykorzystując przy tym różne driftingowe sztuczki. Od roku ma prawo jazdy, ale jakoś nie specjalnie afiszuje się ze swoimi zdolnościami kierowcy; właściwie rzecz biorąc prawie każdy myśli, że od tego czasu w ogóle nie dotykał kierownicy. Zdecydowanym przeciwieństwem Tuò-hǎia jest jego przyjaciel Shù Wŭ-nèi, któremu wydaje się, że jest wyśmienitym kierowcą rajdowym. Któregoś wieczoru bierze on udział w wyścigu, co jednak kończy się wypadkiem. Tymczasem w okolicy pojawiają się ludzie zainteresowani plotkami o „bogu szos” rzekomo mieszkającym w okolicach. W tych okolicznościach ujawniają się zdolności Tuò-hǎia – poniekąd zmuszony przez ojca staje do wyścigu i wygrywa z profesjonalnym kierowcą. W ten sposób rozpoczyna się seria niebezpiecznych i ekscytujących wyścigów...
Pierwszym, co rzuca się w oczy osobom zaznajomionym z serią telewizyjną, poza oczywiście zmianą imion i nazwisk własnych, jest „przerobienie” niektórych postaci. Na przykład ojciec głównego bohatera, który w anime był jakby jego kumplem, tutaj zamienia się w tłukącego go od czasu do czasu alkoholika, a ojciec Itsukiego (tutaj Shù) jest natomiast właścicielem stacji, na której pracują oba młodziki. Takich zmian jest więcej, ale nie ma sensu ich wymieniać – kto widział serial, na pewno je wyłapie, a innych zapewne niewiele to interesuje.
Film jest jakby skondensowaną wersją serialu, zdecydowanie krótszą, dlatego bardziej wyraźny wydaje się być tutaj wątek romansowy. Nie taki jak w większości amerykańskich filmów tego typu, gdzie główny bohater – zazwyczaj jakiś przystojniak – znajduje sobie superlaskę, z którą zdaje się go łączyć jedynie to, że chodzi z nią do łóżka. Tuò-hǎi na poważnie zakochuje się w swojej koleżance Xià-Shù Máo-mú, co twórcy wyraźnie zaakcentowali przez jego zachowanie (wyszło to nawet dość komicznie), ale finału tego zauroczenia oczywiście nie zdradzę. Pominięto także wiele wątków pobocznych, czemu trudno się dziwić. Ogólnie jednak pod tym względem film wydaje mi się nieco lepszy od serialu.
Bohaterowie, podobnie jak w anime oraz innych filmach tego typu, nie odznaczają się niczym szczególnym. Ot, większości w głowie tylko samochody, chociaż i tak – moim zdaniem – azjatyccy bohaterowie są bogatsi uczuciowo i psychicznie od tych z amerykańskich filmów. Twórcy postarali się także, aby główny bohater wyszedł na jeszcze większego wafla niż w serialu, co im się nawet udało – przez większość filmu chodzi „przymulony”, nie wiedząc dokładnie, czego tak naprawdę chce.
Dobrze sprawują się aktorzy, swoją drogą wyglądający zdecydowanie lepiej niż postaci w serialu. Grają oni na przyzwoitym poziomie, i nawet – poniekąd nowemu w zawodzie – Jayowi Chou, wcielającemu się w głównego bohatera, nie mogę nic zarzucić. A jeśli zaś chodzi o Jaya, to wręcz przeciwnie – moim zdaniem należy mu się pochwała za dobre oddanie postaci, jaką jest Takumi Fujiwara. I chociaż za bardzo nie przepadam za tym bohaterem, to i tak pochwała powinna być. Z ciekawostek warto wspomnieć o tym, że – poza Jayem Chou – prawie każdy z obsady ma na swoim koncie już sporo ról. Jeśli prześledzi się filmografię wszystkich aktorów (i twórców) występujących w tym filmie, można zobaczyć, że sporo z nich spotkało się już wcześniej na planie trzech filmów z serii „Infernal Affairs: Piekielna gra”.
W takim filmie nie mogło oczywiście zabraknąć scen z samochodami. Epizody z wyścigami są bardzo dobre, chociaż nie zaprezentowano żadnych superbryk – ograniczono się do tych, które wykorzystano w serialu. Mimo to sceny wyścigów mogą się spodobać, bo robią nawet dobre wrażenie. Mnie przede wszystkim spodobała się scenografia do nich – opuszczona, kręta górska droga. Nie zabrakło również użycia komputerów, np. do przedstawienia pracy silnika czy dodania różnym scenom większego dynamizmu. W moim odczuciu wyszło to dobrze, chociaż zaryzykuję stwierdzenie, że jednak Amerykanie tworząc „Szybkich i wściekłych” bardziej na tym polu się popisali. Mimo to wyścigi uważam za zdecydowanie lepsze, bardziej emocjonujące i lepiej przedstawione niż w serialu. Jako ciekawostkę można dodać, że zakończenie jednego z wyścigów w „Initial D” oraz powstałym rok później „Szybcy i wściekli: Tokio drift” jest niemalże identyczne.
Ważnym elementem w takich filmach, podkreślającym sceny akcji i nadającym im odpowiedniego klimatu, jest oczywiście muzyka. W „Initial D” usłyszymy przede wszystkim rock, hip-hop (śpiewany po angielsku) oraz techno, co jest praktycznie niezastąpione w tego typu produkcjach. Tutaj postanowiono jednak rozgraniczyć muzykę – w scenach wyścigowych usłyszymy wyżej wymienione gatunki, w innych natomiast, np. przedstawiających jakieś wydarzenia pomiędzy bohaterami, zdecydowano się na pop, czy nawet flet, skrzypce albo fortepian. Czasami może się to kłócić z klimatem filmu, ale ogólnie nie uważam tego za błąd.
Pod względem technicznym „Initial D” można chyba uznać za chiński odpowiednik amerykańskich filmów w stylu „Szybkich i wściekłych”. W moim odczuciu film jednak dominuje nad nimi jeśli chodzi o bohaterów i ogólną fabułę. I chociaż nadal elementy te prezentują się co najwyżej na średnim poziomie, chiński film zbiera pod tym względem więcej punktów niż amerykański. Miłośnikom filmów samochodowych polecam, chociaż radzę się chwilę zastanowić przed sięgnięciem po tę produkcję – szybkość akcji jest tutaj trochę słabsza niż w amerykańskich masówkach, a blisko dwie godziny seansu poświęcono nie tylko na wyścigi, więc osobom przyzwyczajonym do produkcji amerykańskich może się w pewnym momencie znudzić. Osobiście uważam wersję aktorską za odrobinę lepszą od anime – jest zdecydowanie lepiej zrealizowana, a mimo że krótsza, to moim zdaniem w niczym nie ustępuje temu, co widzieliśmy w serialu.