Rok 1955, legenda Godzilli właśnie się rozpoczyna. Gdy zaledwie sześć miesięcy wcześniej do kin wchodził pierwszy film z potworem, twórcy zapewne nie przypuszczali, że odniesie on ogromny sukces. Idąc za ciosem postanowiono na szybko nakręcić kolejną część, co stało się zaczątkiem jednej z najdłuższych filmowych serii w historii kina. Drugi film z Godzillą sprzedał się gorzej od poprzednika, ale i tak otworzył potworowi drzwi do nieśmiertelności. Niestety, część druga nie ma już tego wydźwięku co „jedynka”, chociaż nadal jest filmem w miarę poważnym i mrocznym – w produkcję czysto rozrywkową Godzilla zamieni się za trzecim podejściem, w latach 60., gdy na ekrany kin wejdzie „King Kong kontra Godzilla”.
Jak wiemy z poprzedniego filmu, Godzilla poległ gdzieś w wodach Zatoki Tokijskiej. Wydawać by się mogło, że będzie to koniec terroru olbrzymiego potwora. Niestety, spokój nie trwał długo. Dwójka pilotów znajduje się na małej wysepce, gdzie są świadkami pojedynku toczonego pomiędzy kolejnym Godzillą a gigantycznym kolczastym stworem. Naukowcy identyfikują monstrum jako anguirusa – zmutowanego ankylozaura. Mając bardzo nieprzyjemne wspomnienia z ostatniego ataku Godzilli, rząd japoński postanawia zrobić wszystko, aby unicestwić oba gady. Jak jednak pamiętamy, tajemnicę jedynej broni mogącej pokonać potwora zabrał ze sobą do grobu doktor Serizawa, trzeba więc opracować nowy sposób na pokonanie jaszczura. Tymczasem Godzilla i anguirus docierają do Ōsaki, gdzie stają ze sobą do walki, niszcząc przy okazji miasto...
Warto wspomnieć o tym, że jest to pierwszy film, w którym Godzilla walczy z innym potworem – później motyw ten będzie wykorzystywany bezustannie. Nie jest to też to samo monstrum, które zaatakowało Japonię w poprzednim filmie. Potwór, który zaatakował w „Godzilla kontratakuje”, pojawi się jeszcze w trzynastu filmach, a wraz z początkiem serii Heisei zastąpi go inny.
Fabuła nie jest już metaforyczna jak w części pierwszej, wygląda bardziej jak typowa opowieść o wielkim potworze i ludziach starających się go pokonać, której to opowieści towarzyszy mnóstwo patosu i poświęceń. Trochę obniża to wartość filmu, ale mimo wszystko dobrze się go ogląda. Zresztą, trudno byłoby po raz drugi stosować tutaj tę samą metaforykę co w pierwszym filmie, ponieważ obraz stałby się wtórny (czego niestety nie uniknęło wiele późniejszych części, które powstawały praktycznie na krzyż).
Podobnie jak w pierwszej części, bohaterowie są na przeciętnym poziomie. Wydaje mi się jednak, że w porównaniu z prequelem stracili na wartości – są jak typowe postaci z filmów poświęconych potworom: sztampowate, zagubione, zakochane, gotowe do poświęceń, oddane przyjaciołom itd., czyli ogólnie niczym się nie wyróżniające.
Gra aktorska również stoi na niższym poziomie, zwłaszcza jeśli chodzi o aktorów drugoplanowych. Czasami praca kamery lub ilość wyświetlanych klatek powodowały, że postaci poruszały się jak Flip i Flap w produkcjach z lat dwudziestych i trzydziestych. Film powstawał naprędce, więc nie trudno się domyślić, dlaczego aktorstwo przedstawia taki poziom. Można odnieść wrażenie, że nawet Takashi Shimura, wcielający się w profesora Yamanego, potraktował swoją rolę bardzo, że tak powiem, olewczo.
Skoro film powstawał w ekspresowym tempie, ucierpiała także strona techniczna. Metody tworzenia efektów specjalnych absolutnie się nie zmieniły, ale spadł poziom ich wykonania. Nadal wyglądają sztucznie (w dzisiejszych czasach), ale dopisać mogę kilka nowych mankamentów, np. zbyt ludzkie ruchy Godzilli (w czasie walki z anguirusem w Ōsace wyglądało to niemal jak zapasy wrestlerów), niepotrzebnie przyspieszone sceny (także w oczy rzuca się to najbardziej przy owej walce), lawinę stworzoną z brył lodu, czy – jeśli się dobrze przypatrzeć – brak cienia potwora w scenach na lodowcu. Gorsze są także efekty dźwiękowe, chociażby wystrzały z pistoletów. Zmienił się również kompozytor – Akirę Ifukubego zastąpił Masaru Satō, co zaowocowało zmianą muzyki. Postawiono na kompozycje lżejsze, które mnie czasem głupio kojarzyły się z... animowanymi „Asteriksami” z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.
Wciśnięto w ten film kilka scen, które z powodzeniem można było skrócić albo całkowicie pominąć. Chodzi przede wszystkim o przydługie sceny z wykonywaniem lotów, scenę balową czy chociażby fragmenty poprzedniego filmu. Doktor Yamane prezentował materiał filmowy z ataku Godzilli na Tokio, twórcy poszli jednak na łatwiznę, wrzucając wycięte fragmenty poprzednika, przez co nie wygląda to jak dokument, który doktor miał prezentować, przede wszystkim ze względu na niemożliwe dla przeciętnego obserwatora owych wydarzeń umiejscowienie kamery. Jednak to jeszcze nic w porównaniu z wersją amerykańską, gdzie do filmu Yamanego wpleciono fragmenty jeszcze kilku zupełnie innych filmów.
Ogólnie rzecz biorąc, film zdecydowanie słabszy od poprzednika, ale nadal dający się oglądać. Szkoda, że zdecydowano się go stworzyć „na kolanie”, przez co znacznie ucierpiało wiele jego elementów, w tym fabuła i bohaterowie. Brak tu również tego klimatu z pierwszej części. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło – Amerykanie w 1959 roku obejrzeli mocno przerobioną wersję filmu, niczym nie różniącą się od bzdetnych produkcji o potworach klasy B, więc Japończycy i tak byli w zdecydowanie bardziej komfortowej sytuacji. Dla zapalonych miłośników Godzilli jak najbardziej, innym pozostawiam to pod rozwagę.