"Wyznania gejszy"
"Wyznania Gejszy" widziałam dwa razy. Na temat fabuły nie będę się rozpisywać, gdyż nie jest ona szczególnie wybitna. Ot, mała dziewczynka zakochuje się w przystojnym, dość bogatym mężczyźnie i robi wszystko by go jeszcze spotkać. W filmie robią wrażenie przede wszystkim piękne ujęcia. Moim zdaniem nie ma ani jednego, które nie było by odpowiednio dopracowane. Ruchy tancerek, padający deszcz, pocieranie krzemienia za plecami gejszy na szczęście, wystrój wnętrz i przede wszystkim dobre oświetlenie, wszystkie szczegóły składają się na wyjątkowo udany obraz. "Wyznania gejszy" to uczta dla oka. Niestety, jest kilka drobiazgów, które przez cały film mnie raziły. Makijaż gejsz wyglądał zupełnie inaczej - nie szminkowały ust, by wyglądały na większe. Wręcz przeciwnie, miały być malutkie, jak u lalki. Często makijażu brakowało w ogóle, Sayuri wygląda wtedy bardzo... zachodnio, nie jak gejsza. Osobowość Hatsumomo została lepiej pokazana w książce, chociaż tam może była trochę zbyt podkoloryzowana. Autor pokazał jednak, że z biegiem czasu robiła się coraz mniej sprytna, pod koniec wręcz nie panowała nad sobą i cierpieli już nie tylko jej wrogowie, ale wszyscy w jej otoczeniu. Filmowa Hatsumomo jest trochę zbyt statyczna. Szkoda też, że skupiono się tak bardzo na wątku miłosnym. Chyba nie do każdego widza dotrze, że gejsze ciężko pracowały, by rozwijać swoje talenty. Często nie miały na nić siły z wyczerpania. Tutaj gejsza ma delikatne rączki, jakby nigdy nie ździerała do krwi palców grając godzinami na shamisenie, nauka tańca jest radosnym bieganiem w kółko a nie powtarzaniem tych samych ruchów, by doprowadzić je do perfekcji, a z darem konwersacji filmowe gejsze chyba się urodziły, mimo iż dawniej w Japonii była to wielka sztuka, kobieta musiała być cicha i posłuszna a nie tak wygadana jak gejsza. Generalnie filmem jestem zachwycona, sam w sobie jest dobry, czytając jednak dużo o świecie przedstawionym w nim, widzę jak niektóre rzeczy zostały potraktowane dość umownie.