Sequele z reguły są gorsze od pierwowzoru, jednak nie spodziewałem się, że druga część „Battle Royale”, zwłaszcza w reżyserii Kinjiego Fukasaku (reżyser zmarł w czasie kręcenia filmu, dokończony on został przez jego syna, Kentę), okaże się taką porażką. Niech samo za siebie mówi to, że po siedemdziesięciu minutach seansu film mi się znudził i musiałem przerwać oglądanie. Do pozostałych sześćdziesięciu paru minut wróciłem dopiero nazajutrz.
Będę szczery: druga część przeznaczona jest jedynie dla fanów „Battle Royale”, ale i tych może znudzić. Wyczuwalna jest zmiana klimatu – film stał się czymś w rodzaju political fiction: traktuje między innymi o terroryzmie, jest antyamerykański. Oglądając początkowe sceny, kiedy to walą się dwa tokijskie wieżowce, od razu wiemy, że jest to aluzją do zamachów z 11 września 2001 roku na nowojorskie World Trade Center.
Minęły trzy lata, odkąd bohaterowie pierwszej części uciekli z wyspy. Założyli oni organizację terrorystyczną Wild Seven, która skupia zwycięzców innych edycji Battle Royale oraz wszelaką młodzież. Wild Seven wypowiada wojnę dorosłym, chroniąc się na jednej z japońskich wysp. Dorośli modyfikują zasady BR. W BRII ponownie udział biorą uczniowie jednej z japońskich szkół średnich, jednak teraz ich głównym zadaniem jest wyeliminowanie przywódcy Wild Seven. Młodziakom ponownie założono obroże, teraz walczą jednak w parach – jeżeli ktoś z pary zginie lub oddali się na więcej niż pięćdziesiąt metrów, jego kompan poniesie śmierć (teraz to już naprawdę jest żywcem wyjęte z filmu Lewisa Teaguego). Nastolatki rzucone zostają na wyspę, na której ukrywają się członkowie Wild Seven. Rozpoczyna się walka, ale...
Oglądając „Battle Royale II” często zastanawiałem się, czy ten film nie jest aby parodią... Scena desantu na wyspę przypomina tę z filmów w stylu „Szeregowca Ryana”: D-Day, desant na Omahę... Jako że akcja filmu rozgrywa się w okresie świąt Bożego Narodzenia, zdarzały się sceny, w których jako tło dla wydarzeń zastosowano... melodię z kolęd! Gdy opiekun gry podawał pierwszą oficjalną listę ofiar, w tle zabrzmiała znajoma mi muzyka. Nie jestem zbyt religijny, ale po chwili namysłu doszedłem do tego, że jest to „Cicha noc”.
Nie chcę się rozwodzić zbyt długo nad tym filmem. Technicznie stoi on na podobnym poziomie jak część pierwsza. Tyczy się to scenografii i muzyki: także tutaj jako tło muzyczne ponownie pojawia się klasyka. Zmieniono za to klimat filmu i założenia scenariusza, przez co wyszedł przynudnawy pseudofilozoficzny film będący połączeniem filmu wojennego, dramatu i political fiction. Zawodzą w nim także bohaterowie i aktorzy. Powtórzę to, co napisałem wcześniej: pozycja tylko dla fanów „Battle Royale”, bo inni – nie oglądający pierwszej części – uważają „Requiem” za stek bzdur. Popełnili oni błąd, ponieważ automatycznie przekreślili część pierwszą – o wiele lepszą, godną polecenia.