Dobry, choć przygnębiający zarazem, obraz współczesnego Pekinu, uhonorowany na festiwalu filmowym w Berlinie (nagrody dla reżysera i dwójki młodych aktorów). Film porównywany do włoskich „Złodziei rowerów” Vittoria de Sicy z 1948 roku.
Dziewiętnastoletni Guo Liangui przybył do stolicy Chin z prowincji. Udaje mu się znaleźć pracę – zostaje kurierem. Jego firma daje przybyłym ze wsi pracownikom ubrania oraz nowe rowery, na które muszą jednak zapracować. Gdy dostarczą odpowiednią ilość przesyłek, a tym samym spłacą rower, pojazd staje się ich własnością. Guo ciężko pracuje przez miesiąc, a gdy od dostania roweru na własność dzielą go zaledwie godziny, zostaje on skradziony. Rozpacz chłopaka jest zrozumiała – bez roweru trudno dostarczyć przesyłkę, co kończy się zwolnieniem. Guo udaje się udobruchać swojego przełożonego: jeśli odnajdzie rower, ten przywróci go do pracy. Traktując bicykl jako swój skarb, młodzieniec naznaczył go i po owym śladzie ma zamiar do niego dotrzeć. Nowym właścicielem okazuje się być ubogi uczeń jednego z liceów, który roweru nie zamierza jednak oddać. Guo nie może sobie pozwolić na utratę roweru, dlatego stanie się on podstawą sporu i bójek.
Kto by pomyślał, że głównym bohaterem prawie dwugodzinnego filmu może zostać tak stary i – zdawałoby się – niemodny już pojazd jak rower. Kradzież mustanga, ferrari czy porsche (wspomnijmy chociażby o „60 sekundach”) da się jeszcze zrozumieć, ale rower? A jednak, kradzież roweru może stać się motywem przewodnim filmu, i to nawet znośnego. „Rower z Pekinu” to taki filmowy pop-art – najważniejszy w nim przedmiot, tytułowy pojazd. Dla Guo jest on niezwykle ważny, ponieważ to dzięki rowerowi może zarabiać, co pozwala mu utrzymać się w miejskiej dżungli Pekinu – miasta niezwykle szybko rozwijającego się, gdzie przepych i elegancja łączą się z ubóstwem i poniżeniem. Można chyba zaryzykować stwierdzenie, że „Rower z Pekinu” to film... o niczym.
„Rower z Pekinu” to mój pierwszy film Xiaoshuai Wanga, ale muszę przyznać, że chyba wybrałem dobry obraz na początek – berlińska nagroda mówi chyba sama za siebie? Wangowi udało się stworzyć film prosty, ale poruszający zarazem. Obraz podzielony został na dwie płaszczyzny – życie Guo i życie Jiana, który wszedł w posiadanie roweru. Dla każdego rower ma jakieś znaczenie i dlatego żaden z nich nie chce go odpuścić. Osobną płaszczyzną zdają się być... dzieje roweru, który przechodzi z rąk do rąk.
Dodatkowym atutem filmu są aktorzy. Jeśli zainteresujemy się filmografiami Lin Cuia i Bin Lia, to zobaczymy, że zagrali oni raptem w kilku filmach, tak więc nie mają wielkiego doświadczenia aktorskiego. Jakby tego było mało, „Rower z Pekinu” był ich debiutem, dlatego uważam, że należą im się jeszcze większe brawa za stworzenie tych kreacji. Także oni zostali docenieni w Berlinie, zdobywając nagrodę najlepiej zapowiadających się aktorów.
Niedoceniona została moim zdaniem muzyka. Jest bardzo ładna, chociaż nie słyszymy jej zbyt często.
Oto jest kolejny film, który trudno mi ocenić. No bo w jaki sposób ocenić sprawiedliwie film opowiadający o wydarzeniach, które w każdej chwili rozgrywać mogą się koło nas? Muszę to zawsze rozgraniczyć i inaczej ocenić film będący fikcją, a inaczej ten, którego akcja jest możliwa.
Zachęcam do obejrzenia „Roweru z Pekinu” – albo Ci się spodoba, albo po prostu będzie dla Ciebie nużącą opowieścią, ale moim zdaniem warto sprawdzić, z czym mamy do czynienia.