Filmowa ekranizacja mangi Yu Koyamy. Przyznaję, że nie było mi dane zapoznać się z mangą, czego – po obejrzeniu filmu – żałuję. „Azumi” to samurajska siekanina z gatunku chanbara, tyle że z ładną dziewczyną w roli głównej.
Rzecz dzieje się w feudalnej Japonii. Akcja rozgrywa się kilkanaście lat po bitwie pod Sekigaharą (1600), która to otworzyła nowy rozdział w historii Kraju Kwitnącej Wiśni. Shōgunem został wtedy Ieyasu Tokugawa. Bohaterami filmu jest grupka morderców szkolonych do „zawodu” od dziecka. Ich mistrz przyrzekł kiedyś na polu walki, że zabije każdego, kto będzie chciał wszcząć wojnę. Teraz nadchodzi taki czas, ponieważ nie każdy zadowolony jest z obecnego porządku. Azumi i pozostałym zabójcom przyjdzie zgładzić tych, którzy chcą doprowadzić do wojny. Jednak aby tego dokonać, będą musieli najpierw wygrać małą wojnę ze samym sobą.
Ogólnie można powiedzieć, że fabuła jest tutaj pretekstem do ukazania wszelkiego rodzaju walk i masakry. Doszukiwanie się tu czegoś więcej niż rzeźni jest moim zdaniem zbędne, w końcu mamy do czynienia z chanbarą. Można powiedzieć, że to taki japoński odpowiednik „Szybkich i wściekłych” – niewiele fabuły, za to mnóstwo akcji i dobrej zabawy. Mimo że lubię kino ambitne, lubię też po ciężkim dniu siąść i obejrzeć sobie taki odprężacz – czasami naprawdę dobrze to robi.
Na pochwałę zasługuje przede wszystkim strona techniczna i szeroko pojęte wykonanie filmu. Nie chodzi mi teraz o przepiękne krajobrazy czy temu podobne rzeczy, ale sceny walk i inne sceny akcji – naprawdę świetna robota. Miejscami może trochę przesadzone (na myśl przychodzi „Hero”), nawet jak na tego typu kino, ale przyjemne. Dodatkowym atutem scen akcji jest bardzo dobra praca kamery, zwłaszcza finałowa walka Azumi, kiedy to kamera wykonuje obroty o trzysta sześćdziesiąt stopni. Moim zdaniem minusem niektórych walk był zbyt wielki ich patos i niemalże gloryfikacja umierających – trąciło trochę „Pieśnią o Rolandzie” czy antycznymi herosami. Jeżeli chodzi o same walki, to są pierwszorzędne i w klasycznym stylu: jeden samuraj sam pokonuje kilkunastu. Oglądając walki Azumi oko zbielałoby nawet Zatōichiemu (no, może Zatōichi to nienajlepszy przykład, bo teoretycznie on już ma zbielałe oko) czy Sanjūrōwi. Jak powiedziałem wyżej, w filmie oglądać możemy przepiękne krajobrazy i scenografie. Widząc takie rzeczy czasami nachodzi człowieka chęć, żeby samemu się tam znaleźć!
To by było tyle. Wydaje mi się, że nad tego typu produkcją nie trzeba się więcej rozwodzić – to, co najważniejsze, zostało już chyba powiedziane.
Jeżeli chcesz jedynie dobrej rozrywki w samurajskim stylu, to gorąco zachęcam do obejrzenia „Azumi”! Miło jest czasem zobaczyć kawaii dziewczynę z mieczem, szlachtującą mężczyzn niczym niejeden znany nam z filmu, literatury i komiksu samuraj. Widząc Azumi, trudno jest powiedzieć, że kobiety to słaba płeć! Polecam obejrzeć reżyserską wersją, dłuższą od podstawowej o kilkanaście minut. Jest to tylko chwila dłużej, ale mimo to pozwala obejrzeć dodatkowo kilka niezłych scen.
Daję tak wysoką ocenę, bo to jedna z najlepszych chanbar, jakie dotychczas widziałem. Nie bez znaczenia jest tutaj także mój młody wiek – takie rzeczy po prostu się wtedy podobają. Starsi widzowie, zaznajomieni na z samurajskim kinem Kurosawy, cyklem o Zatōichim oraz całym kinem samurajskim lat 50., 60. i 70. ubiegłego wieku, uznają „Azumi” za słabeusza w porównaniu z tymi klasykami. Tak na pewno jest, jednak mimo to młodzież niechętnie ogląda dziś starsze filmy, nawet jeśli naprawdę warto je obejrzeć, dlatego sądzę, że „Azumi” to dobra dla nich alternatywa – podana jest w akceptowalnej dla nich formie, spodobać może się więc także osobom, które na co dzień nie mają do czynienia z kinem japońskim, tym bardziej samurajskim.
„Azumi” oraz „Azumi II: Miłość albo śmierć” obejrzeć można było w Polsce na kanale HBO. Kilka miesięcy później pierwszy film wydany został na DVD przez Anime-Gate. Należy przyznać, że dwupłytowe wydanie warte jest tych trzydziestu kilku złotych, które trzeba na nie przeznaczyć. Na pierwszej płycie oprócz filmu w wersji z napisami lub lektorem (5.1; nie warto jednak sięgać po tę ścieżkę, ponieważ brak emocji w czytaniu pana Gudowskiego znacznie obniża przyjemność z oglądania) znajdziemy zwiastun filmu, sylwetki aktorów i twórców oraz kilka zbędnych dodatków – zwiastuny innych filmów Anime-Gate (większość z lektorem) oraz próbki muzyki. Druga płyta to natomiast dokumentalny raj – trzydziestodwuminutowy wywiad z Ayą Ueto, podczas którego opowiada o swojej postaci, pracy na planie oraz innych aktorach (pojawią się także krótkie wypowiedzi innych osób), oraz prawie półtoragodzinny film „Battle on the Wild Side”, opowiadający o powstawaniu filmu. Wypowiedzą się w nim aktorzy, reżyser, scenarzyści, twórca oryginalnej mangi i inne osoby współpracujące przy filmie. Poza tym znajdziemy tutaj jeszcze trzy zwiastuny filmu oraz kilka spotów telewizyjnych. Wszystko po polsku, ale niestety tylko z lektorem.