Hanzō „Brzytwa” Itami, samuraj-policjant, wpada na trop intrygi, w którą zamieszani są jego przełożeni, pewna zamożna rodzina oraz banita Kanbei Zabójca. Mając do dyspozycji trójkę pomocników i dość niekonwencjonalne metody działania, postanawia na własną rękę rozpocząć śledztwo.
A niechaj narodowie widy postronni znają ,iż Japończycy nie gęsi, iż swoje pomysły na filmy mają – ta parafraza znanego cytatu z wiersza „Do tego, co czytał” Reja zdaje się być doskonałym podsumowaniem japońskiej kinematografii, a w tym konkretnym przypadku – „Goyōkiby”. Ten film to trochę jakby pomost między tym, co przed „Goyōkibą” było w Japonii popularne, a tym, co popularność właśnie wtedy zaczęło zdobywać. Oto bowiem dostajemy znakomite połączenie jidaigeki i exploitation. Niewtajemniczonym spieszę wyjaśnić, że jidaigeki to gatunek filmów samurajskich, których akcja przeważnie rozgrywa się w epoce Edo, zaś exploitation oznacza produkcje niskobudżetowe, kiczowate, niezwykle wulgarne, ociekające krwią i seksem. Takie kino było popularne w Stanach Zjednoczonych w latach 70. i 80. ubiegłego wieku. W kinematografii japońskiej przez jakiś czas królował topos samurajski, jednak z czasem coś zaczęło się zmieniać. Początek lat 70. był okresem dość trudnym dla Japończyków – w kraju zaczęły dokonywać się zmiany, które nie ominęły także tamtejszej kinematografii. Do Japonii dotarły produkcje z podgatunku sexploitation, co zaowocowało wzrostem popularności pinku eiga – softcore’owych filmów porno. Niemniej samo exploitation również nie było zaniedbywane, czego świetnym przykładem jest właśnie „Goyōkiba”, przez wielu uważany jest za jeden z najlepszych filmów z tego gatunku powstałych w Kraju Kwitnącej Wiśni.
Fabuła, jak to zwykle bywa w przypadku exploitation, nie należy do najoryginalniejszych. Bohaterem filmu jest Hanzō „Brzytwa” Itami – samuraj (z epoki Edo, rzecz jasna), a zarazem policjant. Nie jest to jednak taki samuraj, jakiego od lat przedstawia nam popkultura. Ma co prawda pewne cechy „japońskiego rycerza”, na przykład chce bronić zwykłych ludzi i pomagać im, jak na wojownika przystało, odmawia więc podpisania uroczystej przysięgi, twierdząc, że policja to organizacja skorumpowana, która dba jedynie o interesy możnowładców. Wszystko to mówi na głos, w obecności swego przełożonego i innych policjantów. Któregoś dnia Hanzō wpada na trop intrygi, w którą zamieszani są jego przełożeni, pewna wpływowa rodzina oraz banita Kanbei Zabójca. Prawy i sprawiedliwy samuraj postanawia na własną rękę zająć się sprawą, do dyspozycji mając trójkę pomocników oraz kilka sprawdzonych sposobów na przeprowadzanie śledztw, a najskuteczniejszym z nich jest... jego olbrzymi penis.
Tak, olbrzymi penis, dobrze przeczytaliście. W takim tonie utrzymany jest cały omawiany film, zaś gatunek exploitation operuje podobnym, chociaż często o wiele bardziej wulgarnym, poczuciem humoru. Niektórych może zdziwić fakt, że scenariusz filmu wyszedł spod ręki Kazua Koikego, twórcy między innymi mangi „Samotny Wilk i Szczenię” oraz autora scenariuszy do ekranizacji rzeczonego komiksu. W „Goyōkibie” czuć klimat „Samotnego Wilka”, ale mimo to oba tytuły znacząco się od siebie różnią. Opowieść o Hanzie jest lekka, nieskomplikowana, przyjemna i dobrze się ją ogląda. Nie jest to nic nadzwyczajnego, jednak w połączeniu z pomysłowością i wykonaniem niektórych scen, całość prezentuje się całkiem przyzwoicie, rzecz jasna jeśli ma się odpowiednie poczucie humoru i specyficzny filmowy gust.
Tym, co w „Goyōkibie” spodobało mi się w najbardziej, jest główny bohater. Posiada on cechy zarówno samurajów z jidaigeki, jak i bohaterów popularnych w tamtych czasach filmów amerykańskich, co czyni z niego postać dość ciekawą. Poza tym ma pewne zapędy masochistyczne, np. na własnej skórze wypróbowuje tortury, jakim poddawani są przestępcy przesłuchiwani przez policję – zmusza swoich pomocników, aby układali mu na nogach ciężkie kamienne płyty, chcąc wiedzieć, jak czuje się bandzior, któremu tą metodą próbuje się rozwiązać język. Opracował także specjalny „program treningowy” do hartowania swojego członka, który polega na okładaniu go drewnianą deseczką i wsadzaniu do worka z solą... Taki trening przynosi całkiem wymierne efekty podczas przesłuchiwania kobiet – siłą rozpoczyna z nimi stosunek płciowy, niewiasty początkowo opierają się, płaczą i proszą, żeby przestał, jednak po chwili, gdy Hanzō specjalnie przestaje, z wyrazem błogości mówią „nie przestawaj”; nasz bohater wygrał, w tym momencie każda kobieta wyśpiewa mu wszystko, co wie, byle tylko ta nieziemska rozkosz trwała dalej.
Bohaterowie poboczni niestety nie przedstawiają się już tak ciekawie; są raczej dość standardowi, podporządkowani fabule i temu, jakie stosunki wiążą ich z Hanzem, czemu jednak trudno się dziwić – przebicie jego dziwactw do łatwych zadań z całą pewnością nie należy.
W głównego bohatera wcielił się Shintarō Katsu, Japończykom znany przede wszystkim z roli Zatōichiego – zagrał tę postać w dwudziestu sześciu filmach o przygodach niewidomego wojownika, stu odcinkach serialu, wyreżyserował także dwa filmy z cyklu („Zatōichi” z 1989 r. i „Shin Zatōichi monogatari: Oreta tsue” z 1972) oraz jeden odcinek serii telewizyjnej. W pozostałych rolach pojawiło się kilkoro innych popularnych podówczas aktorów i aktorek, i na to akurat nie można narzekać – aktorstwo jest przyzwoite i przekonywujące.
Twórcom bez problemu udało się odtworzyć ówczesne realia – ubiór, scenografie, pomieszczenia itd. Krew jest co prawda sztuczna i tryska niczym woda z fontanny, mając jednak na uwadze to, z jakim typem kina mamy do czynienia, trudno uznać to błąd.
W odróżnieniu od większości filmów samurajskich, gdzie słyszymy shamisen i inne japońskie instrumenty, w „Goyōkibie” postawiono na perkusję, gitarę basową, saksofon itp. W tle usłyszymy zarówno japońsko brzmiące motywy wygrywane na zachodnich instrumentach, jak i brzmiące całkowicie zachodnio. Nie zabrakło nieśmiertelnego shamisen, ale pojawia się on bardzo rzadko.
„Goyōkiba” to prawdziwe ferrari wśród filmów exploitation, bez względu na to, po której stronie oceanu powstały. Z pewnością spodoba się miłośnikom takiego dziwacznego kina, których do obejrzenia tej produkcji chyba nie trzeba będzie długo namawiać. Jeśli ten obszar kinematografii jest ci nieznany i nie wiesz, co o tym dokładnie myśleć, zachęcam do obejrzenia – film spodoba się lub nie, ale moim zdaniem warto go obejrzeć.
![]() | ![]() |
![]() | ![]() |
![]() | ![]() |
| Reżyseria | Kenji Misumi |
| Scenariusz | Kazuo Koike, Takeshi Kanda |
| Produkcja | Shintarō Katsu, Hiroyoshi Nishioka |
| Muzyka | Kunihiko Murai |
| Zdjęcia | Chishi Makiura |
| Montaż | Yoshiharu Hayashi |
| Scenografia | Seiichi Ōta |
| Kierownictwo produkcji | Genichirō Adachi |
| Dźwięk | Yō Kurajima, Masao Ōsumi |
| W ROLACH GŁÓWNYCH | |
| Shintarō Katsu | Hanzō „Brzytwa” Itami |
| W POZOSTAŁYCH ROLACH | |
| Kō Nishimura | Magobei „Wąż” Onishi |
| Yukiji Asaoka | |
| Mari Atsumi | |
| Kamatari Fujiwara | |
| Akira Yamauchi | |
| Kōji Kobayashi | |
| Zenpei Saga | |
| Daigo Kusano | |
| Keizo Kanie | |
| Yūji Hamada | |
| Renji Ishibashi | |
| Teruo Matsuyama | |
| Shigeyoshi Fujioka | |
| Jun Katsumura | |