Czarna Mamba, była członkini Plutonu Śmiercionośnych Żmij, zostaje załatwiona przez znajomych z gangu. Tak im się przynajmniej wydawało... Kobieta przeżywa i rozpoczyna przeciwko nim krwawą vendettę. Film powstał dzięki zamiłowaniu Tarantina do kultury Wschodu.
| inne tytuły | キル・ビル (japoński) Kill Bill vol. 1 (angielski) Kill Bill volume 2 (angielski) Kill Bill 2 (skrót) | |
| ograniczenie wiekowe | (dozwolone od lat 16) | |
| czas trwania | 1 x 247 min - łącznie 247 min | |
| przypisania | akcja, sensacyjny, przemoc, kino nieazjatyckie, gore | |
| produkcja | USA, Japonia, Chiny | |
| ta recenzja | Pottero (2006-04-30) | |
„Kill Bill” zaistniał jako dylogia filmowa, jest to jednak jeden film. Zdecydowano się wypuścić go w dwóch częściach, ponieważ powstało bardzo wiele materiału filmowego – pierwsza i druga część to w sumie prawie cztery godziny. Postanowiłem napisać jedną recenzję o całości, zamiast dwie osobne o każdej części. Pro forma dodam, że pierwszy film trwa 111 minut, drugi 136.
„Kill Bill” jest czwartym filmem Quentina Tarantino, reżysera słynnego „Pulp Fiction” – filmu, który znacząco wpłynął na współczesną kinematografię. Tarantino nigdy nie krył swojej fascynacji Wschodem; jeszcze w czasach, gdy pracował w wypożyczalni kaset, interesował się azjatyckimi produkcjami. „Kill Bill” jest poniekąd ukłonem w stronę Wschodu, przede wszystkim Japonii, w której to powstała i rozgrywa się spora część filmu. Zdjęcia kręcono także w Chinach.
Pluton Śmiercionośnych Żmij to grupa wyszkolonych zabójców, mordujących z zimną krwią i bez mrugnięcia okiem. Któregoś dnia jedna z członkiń, nosząca pseudonim Czarna Mamba, postanawia wycofać się z „interesu”. Podczas jej wesela w małej kaplicy weselnej w El Paso dochodzi do masakry – koledzy z Plutonu wykonali egzekucję na młodej parze oraz wszystkich osobach zgromadzonych w kościółku. Czarnej Mambie udaje się przeżyć, mimo że strzelono jej w głowę; dziewczyna zapada w śpiączkę. Budzi się po czterech latach i poprzysięga zemstę na osobach, które dokonały masakry. Rozpoczyna krwawą krucjatę, po kolei eliminując wszystkich członków Plutonu, na deser zostawiając sobie Billa – ekskochanka i dawnego zwierzchnika.
Hasłem przewodnim filmu jest klingońska maksyma Zemsta jest daniem, które najlepiej smakuje na zimno.
Fabuła z pozoru prosta, ale to Tarantino, więc należy oczekiwać pewnych utrudnień. Film, podobnie jak „Pulp Fiction”, nie został ułożony chronologicznie. Momentem zwrotnym zdaje się być przebudzenie Czarnej Mamby, jako że łączy on przeszłość i przyszłość. W filmie wymieszane zostają wydarzenia z „zamierzchłej” przeszłości Czarnej Mamby, jak na przykład nauki u mistrza Pai Meia; z bliższej przeszłości, jak sama egzekucja czy rezygnacja z „zawodu”, później następuje przebudzenie, a w dalszej kolejności mamy zaś krwawą vendettę Panny Młodej i zakończenie.
Chronologiczny bałagan nie utrudnia jednak odbioru filmu – po obejrzeniu „Pulp Fiction” widz mógł się we wszystkim pogubić, „Kill Bill” jest natomiast łatwy do ułożenia i zrozumienia. Głównym wątkiem jest oczywiście krucjata Czarnej Mamby, jednak pojawiają się też wątki z przeszłości, jak na przykład pochodzenie O-Ren Ishii – historię tę można było opowiedzieć słowami, zdecydowano się jednak na kilkuminutową sekwencję anime reżyserowaną przez Kazuta Nakazawę.
Sam pomysł może zbytnio oryginalny nie jest, ale za to wykonanie! Tarantino ponownie wykazał się sporym pomyślunkiem, tworząc oryginalny film. Stonował nieco wulgaryzmy (słowo fuck pojawia się niecałe pięćdziesiąt razy, kiedy w pozostałych filmach pojawiało się co najmniej sto trzydzieści), zwiększył za to ilość przemocy i krwi. Jego marzeniem jest stworzenie multikrwawego filmu, „Kill Bill” może być przymiarką – krew chlusta niczym woda z fontanny, zachowując się równie nienaturalnie jak posoka lejąca się we „Freddy kontra Jason”. Film Tarantina jest raczej parodią, dlatego da się to wybaczyć. Pomyślano także nad efektywnością: masakra w Domu Błękitnych Liści, kiedy to Czarna Mamba zaszlachtowała większość Obłędu 88; Mamba pochowana żywcem w trumnie; posługiwanie się wężami – ciekawe, ciekawe...
Na pochwałę zasługuje także oprawa muzyczna. Na ścieżkę dźwiękową składają się kompozycje skomponowane specjalnie na potrzeby filmu, a także zakupione. Za oryginalną muzykę do obydwu części odpowiedzialni są Roberto Rodriguez (przyjaciel Tarantina, wspólnie pracowali m.in. przy „Od zmierzchu do świtu” i „Czterech pokojach”) i RZA („Ghost Dog: Droga samuraja”, „Blade: Mroczna trójca”), wymienia się także Isaaca Hayesa, Brunona Nicolaia, Armanda Trovajoliego i – nie wiedzieć czemu – Larsa Ulricha, perkusistę Metalliki. Poza tym usłyszeć można między innymi „Bang Bang (My Baby Shot Me Down)” – cover piosenki Cher śpiewany przez Nancy Sinatrę, „Woo Hoo” zespołu The 5,6,7,8’s czy przepiękną kompozycję Gheorghe’a Zamfira „The Lonely Shepherd”, przewijającą się przez całą pierwszą część. Muzyka jest bardzo zróżnicowana: od spokojnych kompozycji w stylu Ennia Morriconego po rock. Całość składa się na naprawdę świetną mieszankę, bardzo dobrze uzupełniającą film.
Kreacje aktorskie również są pierwszorzędne. W obydwu częściach mamy małą paradę gwiazd i gwiazdeczek, z Umą Thurman („Pulp Fiction”) i Lucy Liu na czele. Oprócz nich pojawiają się między innymi Michael Madsen („Wściekłe psy”), Deryl Hannah i, oczywiście, David Carradine jako Bill. Wielu aktorów to Japończycy, jednak poza Lucy Liu nie są oni znani w Polsce. Jeżeli chodzi o azjatycką obsadę, na uwagę zasługują epizodyczne postaci: Sonny Chiba jako Hattori Hanzō i Chiaki Kuriyama („Battle Royale”, „Klątwa ju-on”) jako Gogo Yubari. Nie zabrakło także smaczków, jak na przykład członkiń The 5,6,7,8’s grających dla gości Domu Błękitnych Liści.
Najciekawszą postacią jest oczywiście Czarna Mamba. Tarantino stworzył parodię filmów, dlatego też postać kobiety-mścicielki jest swego rodzaju ikoną, łączącą w sobie cechy i zachowania wielu bohaterów kina azjatyckiego i zachodniego. Czyż ten żółty kombinezon nie kojarzy się z Bruce’em Lee? Poza tym, film jest dość nietypowy, ponieważ dominują w nim postaci kobiece, i to dosłownie. Kobiety są tutaj silnymi wojowniczkami, to one zabijają mężczyzn (chociażby O-Ren i Tanaka, Gogo i młodziak, który chciał poderwać ją na ferrari). Elle i Czarna Mamba oczywiście także nie pozostają w tyle.
Jak wspomniałem wcześniej, zdjęcia do filmu kręcono między innymi w Japonii i Chinach. Część akcji rozgrywa się właśnie w tych krajach: Tokio, Okinawa, chińskie góry, w których mieści się samotnia mistrza Pai Meia... Sprawdzają się zarówno azjatyckie, jak i amerykańskie plenery, ale – jeżeli mam być szczery – najbardziej podobały mi się motywy tokijskie i chińskie.
Dominującym językiem w obu filmach jest angielski, ale używa się także języków japońskiego, kantońskiego i mandaryńskiego, co w polskiej wersji z lektorem zostało jednak zbezczeszczone.
Dwie części „Kill Billa” są dość nierówne, pomimo że to jeden film. Pierwsza to prawie dwugodzinna dawka przemocy, pięknej muzyki, czarnego humoru, japońskich klimatów i mnóstwa krwi – po prostu esencja „tarantinowatości”! Niestety, druga część to swego rodzaju spadek formy: to już nie jest kino akcji, a dramat z elementami odpowiednimi dla Tarantina. Przez prawie dwie i pół godziny obserwujemy zmagania Czarnej Mamby i jej przeszłość. Co prawda jest tu parę ciekawych scen, ale w porównaniu z pierwszym filmem wypada to słabo.
Zapewne nie każdy zdaje sobie sprawę, że „Kill Bill” wypuszczony został w dwóch wersjach. Ta, którą oglądać możemy w Polsce, jest wersją podstawową. Inną mają tylko Japończycy, u których wyświetlana była tzw. wersja uncut lub „wersja japońska”. Różni się ona nieznacznie od tej, którą znamy. Zamiast klingońskiego przysłowia, na początku filmu pojawia się informacja, że film dedykowany jest Kinjiemu Fukasaku. Dodano kilka krwawych scenek, które ponoć w wersji podstawowej nie znalazły się przez naciski amerykańskiej cenzury. W paru scenach zmieniono kadrowanie bądź dokonano innych mało znaczących zmian. Najciekawszą różnicą jest chyba jednak scena masakry w Domu Błękitnych Liści, która w Japonii wyświetlona została w kolorze. I na tym różnice się kończą.
Ilość nawiązań do filmów i seriali, zarówno azjatyckich, jak i zachodnich, może przyprawić o ból głowy. Wspomniany wcześniej żółty kombinezon to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Warto by wspomnieć np. o tym, że grany przez Sonny’ego Chibę Hattori Hanzō to nie tylko postać historyczna, ale również bohater serialu „Hattori Hanzō: Kage no gundan”, w którym tytułową rolę zagrał... Chiba. Mnóstwo tu odniesień do filmów Kurosawy, m.in. do „Sanjūra – samuraja znikąd” czy „Straży przybocznej”, chińskich wuxii, twórczości Sergia Leonego (przede wszystkim słynnej „trylogii dolara”), filmów amerykańskich (m.in. „Obywatel Kane”, „Mechaniczna pomarańcza”). Cały film poniekąd zainspirowany został przez japoński film „Shurayukihime”, który opowiada o młodej dziewczynie szukającej zemsty na osobach, które ją zgwałciły. Rzecz jasna nie mogło zabraknąć również nawiązań do anime – uważni widzowie doszukają się aluzji do np. „Ninja Scroll” czy „Kite”.
Tarantino po raz kolejny pokazał, że słusznie należy mu się tytuł jednego z najważniejszych twórców kina postmodernistycznego. Co prawda druga część zaniża nieco wynik, ale jako całość „Kill Bill” jest po prostu świetny. Moja końcowa opinia o filmie jest mało obiektywna, ponieważ kocham kino Tarantina, dla mnie to filmowy guru – uwielbiam jego filmy odkąd po raz pierwszy obejrzałem „Pulp Fiction”. „Kill Billa” na pewno mogę polecić fanom jego twórczości. Jeżeli chodzi o resztę, trudno powiedzieć, ponieważ z Tarantinem jest tak, że albo się go kocha, albo nienawidzi. Ponieważ przeglądacie stronę o filmach azjatyckich, „Kill Billa” muszę rozpatrzyć w tej kategorii... Jest to bardzo trudne, ponieważ to film amerykański, powstający we współpracy z Japończykami. Ostatecznie zdecyduję się na stwierdzenie, że dla miłośników filmów azjatyckich „Kill Bill” może stanowić ciekawostkę – spojrzenie na kulturę Wschodu okiem jej amerykańskiego miłośnika. Ponieważ ów miłośnik ma oryginalny i niekonwencjonalny film, wychodzi z tego ciekawe połączenie. „Kill Billa” możecie uznać za obrazę dla kultury Wschodu, ja jednak odbieram go jako hołd, zwłaszcza biorąc pod uwagę dedykację w japońskiej wersji filmu bądź koszulkę z logo „Battle Royale”, w której Tarantino pojawił się na premierze „Kill Billa”.
![]() O-Ren w sekwencji anime | ![]() Hattori Hanzō i jego miecz |
![]() Bill i Budd | ![]() Gogo Yubari |
![]() Walka | ![]() O-Ren Ishii |
| Reżyseria | Quentin Tarantino |
| Scenariusz | Quentin Tarantino, Uma Thurman |
| Zdjęcia | Robert Richardson |
| Montaż | Sally Menke |
| Scenografia | Yohei Taneda, David Wasco, Daniel Bradford, Hidefumi Hanatani |
| Dekorator planu | Yoshihito Akatsuka, Sandy Reynolds-Wasco |
| Projekty kostiumów | Kumiko Ogawa, Catherine Marie Thomas |
| Muzyka | RZA, Robert Rodriguez |
| W ROLACH GŁÓWNYCH | |
| Uma Thurman | Czarna Mamba |
| Lucy Liu | O-Ren Ishii |
| Vivica A. Fox | Vernita Green |
| Daryl Hannah | Elle Driver |
| David Carradine | Bill |
| Michael Madsen | Budd |
| W POZOSTAŁYCH ROLACH | |
| Chiaki Kuriyama | Gogo Yubari |
| Sonny Chiba | Hattori Hanzō |
| Julie Dreyfus | Sofie Fatale |
| Chia Hui Liu | Johnny Mo |
| Michael Parks | Earl McGraw |
| Michael Bowen | Buck |
| Jun Kunimura | Boss Tanaka |
| James Parks | Edgar McGraw |
| Sakichi Satō | „Charlie Brown” |
| Akaji Maro | Boss Ozawā |
| Goro Daimon | Boss Honda |
| Shun Sugata | Boss Benta |
| Zhang Jin Zhan | Boss Orgami |
| Ambrosia Kelley | Nikki Bell |
| Ai Maeda | O-Ren (głos w sekwencji anime) |
| Naomi Kusumi | Boss Matsumoto (głos w sekwencji anime) |
| Hikaru Midorikawa | Pretty Riki (głos w sekwencji anime) |
| Chia Hui Liu | Mistrz Pai Mei |
| Michael Parks | Esteban Vihaio |
| Stephanie L. Moore | Joleen |
| Shana Stein | Erica |
| Caitlin Keats | Janeen |
| Christopher Allen Nelson | Tommy Plympton |
| Samuel L. Jackson | Rufus |
| Reda Beebe | Lucky |
| Sid Haig | Jay |
| Larry Bishop | Larry Gomez |
| Clark Middleton | Ernie |
| Claire Smithies | Clarita |
| Perla Haney-Jardine | B.B. Kiddo |
| Helen Kim | Karen Kim |
| Thea Rose | Melanie Harrhouse |
| Victoria Lucai | Trixie |
| Stevo Polyi | Tim |