7. Meiji karakuri bunmei kitan – kōmōjin shūrai no maki (Niezwykła opowieść o machinach z epoki Meiji – fragment o ataku obcego przybysza)
Za historię o tym cokolwiek przydługim tytule odpowiedzialny jest Hiroyuki Kitakubo, reżyser znany z „Blood: The Last Vampire” oraz „Goldenboya” (animował też. m.in. pierwszego „Macrossa” oraz „Kimagure Orange Road”). Dziełko to, bardzo lekkie w nastroju, jest w istocie żartem filmowym, zrobionym jednak ze smakiem i polotem. Ot po prostu, filmowa historyjka z gatunku steampunk, tym razem – dla odmiany – osadzona w realiach Japonii przełomu XIX i XX wieku. Przy okazji niejako może okazać się również gratką dla miłośników mechów, które występują tu w wersji retro i do tego napędzane parą.
Film opowiada zabawną historyjkę o pojedynku dwóch antycznych mechów, z których jeden – pilotowany przez szalonego Amerykanina (tytułowego kōmōjina) – próbuje w pojedynkę (!) dokonać inwazji na Japonię, drugi zaś – pilotowany przez uroczą załogę Nippończyków – udaremnia jego agresywne zapędy. Bardzo dobrze wypada galeria wyraźnych i ciekawie zaprojektowanych postaci, z których każda ma własny charakter i różni się od pozostałych – i to pomimo, że żadna z nich nie występuje w filmie dłużej niż kilka minut. Fakt ów poddaję pod rozwagę wszystkim tym, którzy sądzą, iż tylko długaśne serie telewizyjne pozwalają na dostatecznie wyraźne i „głębokie” odmalowanie postaci głównych bohaterów. W całym filmiku (trwającym raptem około dziesięciu minut) znalazło się więc miejsce i na odmalowanie portretów japońskiej załogi, i na zarysowanie charakteru szalonego Amerykanina, i na scenę walki pilotowanych przez nich mechów – a wszystko to zrobione w tak dynamiczny i zabawny sposób, że powinni go obowiązkowo oglądać twórcy koszmarnie długich i śmiertelnie nudnych pojedynków w stylu, dajmy na to, „Gundam Seed”... Z detalami i wiarygodnie odmalowano też portret japońskiego miasta epoki Meiji (Tokio?), stanowiącego tło zmagań obu machin. Podsumowując: zabawna i ładnie wykonana miniaturka.


8. Niwatori otoko to akai kubi (Mężczyzna-kura i czerwona szyja)
Film w reżyserii Takashiego Nakamury (animował m.in. „Nausicę” i „Akirę”, stworzył też czwarty epizod serii „The Hakkenden”). Dzieło pana Nakamury jest równie dziwaczne jak jego tytuł. Nie oznacza to wszakże, iż jest złe; wprost przeciwnie – w tym wypadku dziwaczność idzie w parze z jakością.
Pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w oczy podczas seansu – obok znakomitej jakości animacji – jest atmosfera futurystycznego horroru. Groza jest tu jednak połączona ze sporą dozą groteski wprowadzaną przez obecność mechanicznych bestii przywołujących na myśl te z obrazów Teofila Ociepki. Drugą rzeczą, jaka rzuca się – tym razem w uszy – jest elektroniczna muzyka pomagająca wydatnie w budowaniu nastroju surrealistycznej mechanicznej grozy świata, w którym maszyny dokonują inwazji już nie tylko na ludzkość, ale wręcz na rzeczywistość jako taką.
Opowiedziana w „Niwatori otoko...” historia godna jest delirycznego umysłu alkoholika, którym zresztą jest główny bohater filmu. Treścią jej jest nocna ucieczka ledwo żywego z przepicia bohatera przed jego protagonistą – złowrogim robotem dysponującym mocą ożywiania wszelkich mechanizmów i zamieniania ich w złowrogie kroczące machiny... Tym wszakże, co chyba najciekawsze w „Niwatori otoko...”, jest rozmach wyobraźni wizualnej jego twórców. Pogrążone we śnie miasto będące polem inwazji upiornej armii robotów robi zaiste apokaliptyczne wrażenie, wszakże pomimo całej swej monumentalności jest to apokalipsa groteskowa, wykoślawiona i deliryczna – budząca w równym stopniu poczucie lęku, co i uśmiech politowania (zupełnie jak zapijaczony główny bohater...). Pogratulować też należy autorom umiejętności konsekwentnego budowania atmosfery surrealistycznej makabry i zacierania granicy między tym, co rzeczywiste, a tym, co urojone. Sposób przedstawienia wydarzeń w „Niwatori otoko...” jest bowiem na tyle dwuznaczny, że kończąc seans widz nie wie już, czy to co się w nim wydarzyło, wydarzyło się „naprawdę”, czy jest tylko wytworem chorej jaźni pijaka...
Osobne pochwały należą się wykonaniu dzieła. Przełożenie rysunkowych projektów na język filmu animowanego dało tu efekt zaiste imponujący: niesamowita gra świateł i cieni, operowanie ostrymi kontrastami (prześwietlone tło versus ciemny pierwszy plan), podkreślające nastrój osaczenia i paniki głównego bohatera, operowanie kamerą – wszystko to wraz ze znakomita ścieżką dźwiękową składa się na niezwykle sugestywny i wyszukany obraz, stanowiący obok „Kumo” oraz „Furanken no haguruma” jeden z najmocniejszych punktów „Robot Carnival”.


9. Zamknięcie (tytuł umowny)
Miniatruka w reżyserii Katsuhira Ōtomo i Atsuko Fukushimy nawiązuje bezpośrednio do „Otwarcia”, wraz z którym stanowią klamrę spinającą cały dyskutowany cykl. Monstrualny gąsienicowy „karnawał robotów” grzęźnie w piaskach pustyni i nie mogąc jechać dalej, ostatecznie rozpada się i zamienia w gigantyczną kupę złomu... Po wielu latach w jej pobliżu samotny wędrowiec znajduje błyszczącą kulę, która staje się ostatecznie zabawką dla gromadki jego obdartych dzieci. Dziecko rozpoczyna więc „Robot Carnival” i dziecko go kończy. Mechaniczna laleczka tańcząca przed grupką małych brudasów – oto co zostało z tytanicznej potęgi maszyn, oto jaki koniec zgotowali tytułowemu „karnawałowi robotów” twórcy całego cyklu... Przewrotne, nieprawdaż?

Po powyższej – z konieczności skrótowej i dalece niepełnej – prezentacji poszczególnych filmów składających się na „Robot Carnival”, czytelnikowi należy się jeszcze od autora niniejszego tekstu zgrabne podsumowanie całości i zakończenie. I właśnie z tym, przyznam się bez bicia, mam największy kłopot. Jak bowiem „zgrabnie podsumować” taki rozrzut wizji – zarówno artystycznych, jak i konceptualnych...?
Spróbujmy więc zapytać, cóż łączy owych dziewięć opowieści? Co czyni, iż zostały one wyprodukowane i wydane pod wspólnym szyldem?
Jako pierwsza nasuwa się naturalnie odpowiedź: roboty. Niemniej jednak ta odpowiedź jest zbyt obszerna, za mało szczegółowa, a więc niczego nie wyjaśniająca (ostatecznie powstało wiele filmów, w których pojawiają się roboty nie mających poza tym ze sobą nic wspólnego). Jeżeli więc nie tyle sama obecność robotów (pod rozmaitymi zresztą postaciami) na ekranie łączy poszczególne segmenty „Robot Carnival”, to co? Otóż w każdym z omówionych przeze mnie filmów pojawiają się naturalnie postaci ludzkie, i to one w istocie są najważniejsze. Postuluję więc differentia specifica omawianego tytułu szukać właśnie w interakcjach pomiędzy ludźmi a robotami, w relacjach łączących/dzielących to, co ożywione i to, co nieożywione (lecz czy przez to martwe...?), a nie w samych robotach. Gdy z tej perspektywy spojrzymy na dzieło studia A.P.P.P., to okaże się, że – tak jak w przypadku każdego w istocie filmu science-fiction – jest ono dziełem opowiadającym o ludziach, zaś tytułowe roboty są jedynie pretekstem do snucia opowieści o nas samych. Oczywiście filmy składające się na „Robot Carnival” nie prezentują jednakowego poziomu konceptualnego i artystycznego. Jak starałem się pokazać, są wśród nich dzieła dobre (a nawet wybitne), jak i całkiem chybione. Skupmy się jednak na tych pierwszych a zobaczymy, że tym, co je łączy, jest podjęcie problemu ludzkiej zdolności tworzenia i konieczności brania na siebie odpowiedzialności za dzieła, których jesteśmy autorami. Czy będzie to nieszczęsny Franken marzący zapewne o władzy nad światem (ten globus na plecach!) za pomocą stworzonego
przez siebie robota, czy nieudaczny mąż tworzący w tajemnicy przed żoną idealnego robota-lolitkę, czy nawet żałosny pijaczyna uciekający przed ścigającym go robotem, to problem pozostaje ten sam: odpowiedzialność człowieka za twory jego geniuszu.
Najlepsze opowieści z omawianego cyklu odbieram więc jako próbę skłonienia nas do refleksji nad fundamentalną cechą człowieczeństwa, jaką jest niewątpliwie zdolność tworzenia, ale i zarazem przestrogę przed zbytnią wiarą w potęgę tejże zdolności. Przestroga owa może wskazywać na globalną apokalipsę (jak w „Niwatori otoko to akai kubi”), ale równie mocna i wymowna jest i wówczas, gdy pokazuje – jak w ma to miejsce w „Purezensu” – samotność człowieka życiowo niespełnionego.
Kończąc swoje rozważania pozostaje mi jedynie wyrazić życzenie, aby japońscy twórcy jak najczęściej obdarzali nas, miłośników ich talentu, filmami pokroju i klasy „Robot Carnival”. Wszystkim sceptykom i wielbicielom wielodziesięcioodcinkowych serii telewizyjnych polecam zaś omawiany tytuł jako odskocznię od ich ulubionych pozycji w fascynujący świat animacji krótkometrażowej.