Menu

 
 

Zaprzyjaźnione strony

 
Tanuki
Aleja Komiksu
Anime Heaven
Vegepic Anime
Dragon Ball Nao
Kage
VWORLD
GTW
Anime Dream
Rei Official Website
Japonia Dream
bleachHEART
Ghibli
Banzai!
 
 

Reklama

 
 

Artykuły Azunime

 
Mechaniczny karnawał w 9 odsłonach
ROBOT CARNIVAL (ロボットカーニバル)
Strona: 2
Autor: Radosław Siedliński Data publikacji: 1.10.2006

4. Purezensu/Presence (Obecność)

Anime w reżyserii Yasuomiego Umetsu (reż. m.in. „Kite”, „Mezzo forte”, „Kiss and Cry”, animował m.in. „Akirę”, „Grobowiec świetlików”, „Speed Grapher”, „Trinity Blood”). Pierwsza historia, w której pojawiają się dialogi. Bardzo dojrzale i realistycznie narysowana, a przy tym fantastycznie zanimowana miniatura, w której płynność i szczegółowość ruchów postaci potrafią zachwycić nawet wytrawnego wielbiciela anime. Animację tej klasy co w „Presence” spotyka się nieczęsto, a jeżeli już, to tylko w najdroższych produkcjach (np. spod znaku studia Ghibli). Wspaniałe i bogate w szczegóły są również tła (znakomite miasto!). Pomimo całego przepychu wizualnego, „Presence” jest produkcją niezwykle konserwatywną w sensie użytych środków wyrazu. Nie znajdziemy w niej żadnych fragmentów wykorzystujących ruchliwą kamerę, kręcenie „z ręki”, ujęcia z nietypowych perspektyw, nienaturalną kolorystykę i oświetlenie, rozmaite deformacje obrazu, agresywny montaż itp.
Opowiedzianą historię wyróżnia na tle reszty „Robot Carnival” poetyckość i melancholijność, znakomicie zresztą podkreślana przez tradycyjną formę przekazu (jedynym wyjątkiem jest tu „Kumo”/„Cloud”, ale o tym piszę dalej). Poznajemy w niej mężczyznę w kwiecie wieku, nie potrafiącego dorównać swej energicznej żonie, przez którą czuje się zdominowany. W tajemnicy konstruuje więc żeńską lalkę – robota mającego ucieleśniać subtelną kobiecość, której brakuje jego żonie. Gdy lalka jest już ukończona, okazuje się przejawiać znacznie więcej uczuć, niż pierwotnie zamyślał jej konstruktor. Mężczyzna przestraszony ową emocjonalną inflacją swojego dzieła niszczy je. Kilkadziesiąt lat później, gdy jest już starcem, dziewczyna-robot powraca doń – na poły rzeczywista, na poły widmowa – aby stać się jego przewodnikiem w ostatniej podróży – tej, która czeka ostatecznie każdego człowieka...
Historia stworzona przez Umetsu, aczkolwiek nastrojowa i poetycka, nie jest pozbawiona pewnych wad, z których za najpoważniejszą uważam... obecność dialogów. Wyłamanie się „Presence” z awerbalnego schematu dominującego w „Robot Carnival” wyszło tu raczej na złe niźli dobre. Postaci nie toczą bowiem żywych naturalnych dialogów, lecz grobowymi i drewnianymi głosami wygłaszają pompatyczne i banalne kwestie, które w zamierzeniu twórców miały zapewne przydawać całości głębi, lecz niestety tylko drażnią swoją sztucznością i zadęciem. Kwestią do osobnej dyskusji jest typ psychologiczny głównego bohatera „Presence”. Zdaje się on bowiem ucieleśniać pewną odmianę syndromu Piotrusia Pana skrzyżowaną z kompleksem lolity – tak przecież powszechnym wśród męskiej części populacji Japonii... Kończąc: mimo pewnych wad, dzieło Yasuomi Umetsu uważam za jeden z najjaśniejszych punktów całego dyskutowanego cyklu.

Robot Carnival Robot Carnival
Robot Carnival Robot Carnival

5. Starlight Angel (tytuł jedynie w języku angielskim)

Miniatura w reżyserii Hiroyukiego Kitazumego (projektował postaci m.in. do „Gundam ZZ” i „Char’s Counterattack”, animował m.in. „Zeta Gundam” oraz OAV „Armitage III”). Kolejna opowieść, po której znać bezlitosny upływ czasu. Tym razem pozbawiona nie tylko dialogów, lecz i sporej części odgłosów w ogóle (co zresztą powoduje groteskowe i sztuczne wrażenie oraz nasuwa skojarzenia z filmami niemymi). Fabuła „Starlight Angel” również należy do tych banalnych i nieskomplikowanych, budząc niemiłe skojarzenia z gatunkiem shōjo. Oto bowiem poznajemy bezimienną pannicę, która dostawszy kosza od przystojnego podrywacza, odzyskuje radość za sprawą zakochanego w niej robota okazującego się być w istocie przystojnym młodzieńcem w przebraniu (który naturalnie ratuje ją z o wiele poważniejszej opresji)... Opowiastka owa jest porażająco infantylna i nie widzę potrzeby, aby więcej nad nią deliberować. Co do oprawy wizualnej „Stralight Angel”, rzec mogę jedynie, iż jest ona godna własnej fabuły i za wybitną, czy choćby interesującą, mogą ją uznać jedynie miłośnicy estetyki pisemek pokroju „Bravo Girl”... To zdecydowanie najsłabsze ogniwo „Robot Carnival”. Koniec i kropka.

Robot Carnival Robot Carnival
Robot Carnival Robot Carnival

6. Kumo/Cloud (Chmura)

Animacja w reżyserii Mao Landa. Ten film to osobna historia godna z pewnością osobnego eseju. Od razu zaznaczę, iż w mej ocenie jest to najwybitniejsza część „Robot Carnival” i jedno z najlepszych dzieł japońskiej animacji z jakimi dane było mi się zetknąć. Kimże jest więc twórca tego dzieła? Postać to niezwykle tajemnicza, nazwiska której nie znajdziemy w żadnym z ważniejszych anglojęzycznych serwisów internetowych poświęconych czy to sztuce filmowej ogólnie, czy też wyłącznie anime (z kolei tak poważny serwis jak IMDb myli chińskiego reżysera Mao Lamdao z japońskim Mao Landem, przypisując temu drugiemu dzieła tego pierwszego). Sytuację rozjaśnia dopiero sięgnięcie do stron japońskojęzycznych. Okazuje się wówczas, że Mao Lando jest pseudonimem niejakiego Ōhashiego Manabu, twórcy zaangażowanego m.in. w powstanie anime takich jak „Metropolis” czy „Rōjin Z”, by wymienić tylko te bardziej znane na Zachodzie. W jednym z wywiadów dostępnych w Internecie twórca ów zwierza się, że inspiracji do stworzenia „Kumo” dostarczyła mu stara manga autorstwa Rokudy Noboru – rysownika również słabo znanego na Zachodzie – zatytułowana „Kumo to shōnen” („Chmury i chłopiec”, wyd. 1969), opowiadająca o chłopcu, który codziennie wychodzi przed swój dom i toczy rozmowy z chmurami. I chłopiec i chmury pojawiają się także w omawianej miniaturze filmowej, wszakże rozmów między nimi już nie ma... Cóż więc takiego jest w „Kumo”, co każe mi wystawić mu najwyższą ocenę i poświęcić nań tyle miejsca w niniejszym artykule? W zasadzie – wszystko... Być może wielu czytelników uzna to za przesadę, ale uważam, iż „Kumo” po prostu nie ma słabych miejsc. Przede wszystkim zaś wrażenie robią wspaniała, nastrojowa szata graficzna oraz znakomicie komponująca się z nią ambientowa muzyka – czyli to, co w każdym filmie jest chyba najważniejsze (w końcu to sztuka ruchomych obrazów). Fabuły w tradycyjnym rozumieniu tego słowa w tym filmie nie uświadczymy. Albo raczej uświadczymy, ale sposób prowadzenia – i obrazowania – narracji jest na tyle nietypowy, że młodszy lub mniej wyrobiony widz może mieć kłopoty z uchwyceniem szkieletu fabularnego całości.
Oprawa wizualna „Kumo” jest niezwykle wysmakowana, wszakże to stwierdzenie jest tak pojemne, że aż trywialne. Przez większą część projekcji oglądamy płaskie, pozbawione głębi i ostrości sekwencje obrazów o znacznie zredukowanej palecie kolorów (często monochromatycznych, czasami pastelowych), sprawiających wrażenie szybkiego szkicu ołówkiem lub piórkiem. Następstwo obrazów jest spokojne, narracja powolna, brak agresywnego montażu (w ogóle montaż jest tu szczątkowy). Ruch w ramach kadru jest spokojny i płynny, sprawia wrażenie ożywionego komiksu. W sensie wizualnym „Kumo” jest niezwykle minimalistyczne, i właśnie dlatego tak intrygujące. Choć powinno być to już oczywiste, to jednak pro forma dodam, że osoby szukające efektownych animacji, kolorowej i dynamicznej grafiki, wybuchów, błysków i temu podobnych elementów nie znajdą tu żadnej z tych rzeczy. Zamazanym, lekko rozmytym obrazom towarzyszy niezwykła muzyka, która w znacznym stopniu pomaga zbudować delikatny, poetycki nastrój dzieła. Delikatne ambientowe dźwięki znakomicie współgrają z obrazem, dając efekt budzący dalekie skojarzenia z krótkometrażowymi produkcjami Tamury Shigeru („Ursa Minor Blue”, „Kōjira no chōyaku”; chodzi naturalnie o klimat tych filmów, nie o użyte rozwiązania graficzne).
Najciekawszą bodaj cechą strony wizualnej „Kumo” jest osłabienie zasady mimetyczności. Mówiąc prosto: sztuka wizualna nie stara się tu podążać za zmysłowo postrzegalną rzeczywistością w celu jej maksymalnie wiernego odtworzenia (a przynajmniej nie robi tego w pierwszym rzędzie). Obrazy pojawiające się w „Kumo” nie tyle naśladują/odtwarzają rzeczywistość, ile raczej ją sugerują/symbolizują. Jest to cecha zaiste niespotykana w światku anime, którym – jak dobrze wiemy – rządzi zasada potęgowania mimesis (oczywiście są od niej odstępstwa, ale ogólna tendencja jest właśnie taka). W tym momencie słusznym byłoby zadać pytanie o to, cóż wobec tego przedstawiają obrazy pojawiające się w tym filmie?
Odpowiedź na to pytanie jest zarazem prosta i trudna. Prosta, gdyż przez większość filmu widzimy po prostu małego robocika (jakże jednak ludzkiego!), niestrudzenie maszerującego na tle zmieniających się płynnie obrazów pokazujących najróżniejsze konfiguracje chmur. Trudna, gdyż owe obrazy chmur są na tyle mało rzeczywiste – a przy tym układają się w najrozmaitsze obrazy – że aż symboliczne, co powoduje, iż nie da się całości filmu odbierać dosłownie (tzn. jako prostej historyjki o spacerze androida pod chmurami). Jeżeli dołożymy do tego zakończenie filmu, w którym uporczywie maszerujący robocik spotyka w chmurach anioła, który zamienia go w człowieka, to rozpoznanie co naprawdę chce nam pokazać reżyser „Kumo” jest co najmniej nieoczywiste, zaś przesłanie filmu – wieloznaczne. Nie miejsce tu jednak na obszerne próby odcyfrowania głębszego znaczenia filmu (klika słów o nim znajdzie zresztą czytelnik w zakończeniu niniejszego tekstu).
Jeszcze jedną ciekawą cechą miniatury Mao Landa jest pewne podobieństwo pojawiającego się w nim robocika do postaci klasycznego dziś Tetsuwan Atoma (Astro Boya) stworzonego przez Osamu Tezukę. Jest to drugie już (po wspomnianym wyżej odniesieniu do Eightmana w „Deprive”) nawiązanie do klasyki anime pojawiające się w „Robot Carnival”. Niestety, nie jestem w stanie rozstrzygnąć, czy celowe, czy jedynie przypadkowe. Niemniej kuszący byłby pomysł uznania omawianego tytułu za próbę nawiązania dialogu nie tylko z klasycznymi dziełami kina zachodniego (o czym wspominałem na samym początku niniejszego tekstu), lecz również z klasyką rodzimej, japońskiej twórczości animowanej. Reasumując: przez wzgląd na odwagę artystyczną i oczywistą niekomercyjność dzieła, subtelność wizji artystycznej oraz głębię przekazywanych treści, nie waham się uznać „Kumo” za najwybitniejszą część „Robot Carnival”.

Robot Carnival Robot Carnival
Robot Carnival Robot Carnival
 
 
Strony:  1  2  3  >>
Skomentuj ten artykuł
 
Start
 »
Redakcja
,
FAQ
,
Zaprzyjaźnione strony
,
Wymiana bannerów

Anime
 »
Recenzje
,
Zajawki
,
Tytuły
,
Postacie
,
Seiyū
,
Twórcy
,
Studia
Słowniczek
 »
Katalog
,
Indeks

Artykuły
Forum
Galeria
Kino azjatyckie
 »
Recenzje
,
Tytuły
,
Aktorzy
,
Twórcy

Linkownia
 »
Katalog
,
Lista
,
Kategorie
,
Typy witryn