Życie tylko naśladuje sztukę
Oscar Wilde
Nie jest to pomysł nowy: dobrać zespół cenionych twórców i powierzyć im nakręcenie filmu na z góry ustalony temat. Z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia w przypadku projektu pod tytułem „Ayakashi: Japanese Classic Horror”. Punktem wyjścia są tutaj dwa klasyczne teksty kabuki dotyczące spraw nadprzyrodzonych, mające uzasadniać nazwę całego projektu. Niesamowitą jego aurę ma budować ponadto sam tytuł „Ayakashi”. Słowo to jest nazwą własną jednej z masek teatru nō, przynależącej demonowi opętanemu tajemnymi mocami, lub, w alternatywnym zastosowaniu, maskę, którą zakładał wyjątkowo mściwy wojownik. Motyw zemsty jest dla tego cyklu tematem równie ważnym, co motyw sił nadprzyrodzonych.
Pierwszy z tekstów, klasyczna sztuka kabuki „Tokaido Yotsuya kaidan”, została napisana przez Tsuruyę Nanboku IV w 1825 roku. Drugi z epizodów oparty jest na klasycznym dziele „Tenshū monogatari” autorstwa Kyōki Izumiego z roku 1917. Trzecia część anime, zatytułowana „Bakeneko”, nie ma swojego literackiego ekwiwalentu, stanowi jedynie stylizowaną, współczesną wariację, mającą nawiązywać klimatem do dwóch wymienionych tu sztuk kabuki. „Tokaido Yotsuya kaidan” opisuje przejmującą legendę o Oiwie, zdradzonej i zamordowanej przez męża, jak i późniejsze dzieje jej krwawej zemsty zza grobu. Część druga – „Tenshū monogatari” – to miłosna opowieść o niecodziennym związku księżniczki Zapomnianych Bogów o imieniu Tomi i sokolnika Zusho no Sukego. Ostatnia z części, „Bakeneko”, jest rozpisaną na trzy epizody historią egzorcyzmów odprawianych nad pewną rodziną w celu przepędzenia nękającego ją kociego demona.
Powierzając realizację poszczególnych części różnym ekipom, nietrudno było przewidzieć, że będą one znacznie się od siebie różnić, zarówno pod względem plastycznym, jak i podejścia do tematu. Każdy z zespołów położył akcent na zupełnie inne aspekty swojego zadania, co w ostateczności zaowocowało frapującym efektem końcowym. Nadmienić jednak należy, że poczucie rozdźwięku, jakie mogło pojawić się w odbiorze odmiennych stylistycznie epizodów „Ayakashi”, w anime zupełnie nie występuje. Posłużono się bowiem zmyślnym konceptem, polegającym na tym, że każdy z trzech epizodów serii posiada te same piosenki otwierające i kończące dany odcinek oraz prawie taką samą oprawę plastyczną openingu i endingu. Świadomie użyłem słowa „prawie”, gdyż regułą jest tu zasada montażu charakterystycznych dla danego epizodu animacji ze statycznymi szkicami, wyobrażającymi głównych bohaterów konkretnego odcinka. W ten sposób mamy czas na przyzwyczajenie się do koncepcji plastycznej konkretnej części. Niby oglądamy to samo, a jednak za każdym razem z innym rezultatem końcowym. Jak w kalejdoskopie. Kapitalna robota, jedna z najlepszych w swoim gatunku.
Osobne słowa uznania należą się piosence towarzyszącej openingowi. Z pozoru śmiały pomysł, by za tło muzyczne klasycznej konwencji całości odpowiedzialnym uczynić hip-hop, okazał się celnym trafieniem. „Heat Island” Rhymestera to kawałek doskonale zlewający tradycję z nowoczesnością w nie irytującą się całość. Hiphopowa rytmika, punktowana akcentami wygrywanymi na oryginalnych (?) instrumentach ludowych, w pełni uzasadnia sens takiego zabiegu.
„Tokaido Yotsuya kaidan” – w sidłach opowieści
Pierwszy z zespołów, pod reżyserską opieką Tetsua Imazawy, podczas prac koncepcyjnych nad „Yotsuya kaidan” postawił sobie za cel znalezienie odpowiedzi na pytanie: czym w ogóle jest opowieść, jaką moc ma sztuka? Jest to bodaj
najciekawszy z epizodów, jeśli wyznacznikiem wartości uczynić ważkość pytań rodzących się podczas obcowania z cyklem „Ayakashi”, a nie – na przykład – stronę wizualną projektu.
Sztuka „Yotsuya kaidan”, napisana przez Tsuruyę Nanboku IV, jak pokrótce zaznaczyłem powyżej, jest literacką adaptacją legendy o Oiwie. Będąc żoną rōnina Iemona, staje na drodze awansu społecznego, który niespodziewanie pojawił się przed jej mężem w postaci szansy poślubienia Ōmy, córki bogatego pana Ita Kiheia. Tragedia Oiwy i dzieje jej późniejszej zemsty stanowią główny trzon fabularny epizodu. Nie to jednak stanowi o oryginalności animowanej wersji „Yotsuya kaidan”.
Głównym powodem, dla którego warto zainteresować się pierwszą opowieścią cyklu „Ayakashi”, jest postać narratora, pojawiającego się w anime – Tsuruyi Nanboku IV. To dzięki wprowadzeniu go bezpośrednio w fabułę,
otrzymujemy równorzędną opowieść, która w przedziwny sposób wpływa na główny bieg opowieści. Wątek z obecnym w swoim dziele twórcą opisuje smutne losy artysty, którego spotyka kara za zuchwałe pragnienie stworzenia sztuki doskonałej. Kara okrutna i precyzyjnie wymierzona, dotykająca bowiem bezpośrednio obiektu największej dumy autora – sztuki „Yotsuya kaidan”. Na czym polega kara? Jest nią klątwa, sprowadzająca śmierć na każdego, kto zechce „Yotsuya kaidan” wystawić na scenie, posłuchać czy przeczytać. Wszystko to w obliczu całkowitej bezradności autora, świadomego faktu, że jego sztuka zaczęła żyć własnym życiem, bez ingerencji twórcy kreując swoje dalsze dzieje.
Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy dowiadujemy się, że sprawcą klątwy prawdopodobnie jest Oiwa, ta sama postać z legend, które natchnęły Tsuruyę Nanboku do przerobienia
ich na sztukę kabuki! Jest to z jej strony swoisty akt desperacji, zemsta na autorze, który mocą swego talentu uwięził ją w wizerunku wykreowanym na kartach papieru. W rzeczywistości bowiem, jak głoszą ludowe legendy, Oiwa wcale nie zemściła się na mężu, gdyż w ogóle męża nie miała! Nie dostąpiła również aż tak tragicznego losu – podobno była uczciwą, cnotliwą kobietą, która zachorowała na ospę, która oszpeciła jej twarz.
Można się w tym wszystkim zagubić, ale sytuacja, wbrew pozorom, nie jest aż tak niecodzienna czy osobliwa. Wielokrotnie podczas oglądania „Ayakashi” nachodziło mnie poczucie dziwnej analogii pomiędzy tymi klasycznymi japońskimi opowieściami, a ich odpowiednikami w tradycji europejskiej.
Nie jest bowiem „Yotsuya kaidan” w jakimś stopniu orientalną wariacją „Portretu Doriana Graya” Oscara Wilde’a? Oba dzieła mówią przecież o tym samym: sztuce, która uzyskuje autonomię względem życia, czyniąc je sobie poddanym, formując według własnych zasad i nieodgadnionych namiętności. Dorian Gray zachowywał młodość i piękno kosztem swojego portretu, aż do chwili, w której zasady zaczęły obowiązywać w drugą stronę: kosztem młodnienia portretu, młodość i życie stracił Dorian. Tsuruya Nanboku mówi w zakończeniu epizodu czwartego, że klątwa „Yotsuya kaidan” trwać będzie dopóty, dopóki ludzie będą wybierali tragiczną wersję opowieści o Oiwie, którą wykreował w swojej sztuce.
Jak wiemy z własnego doświadczenia, tylko tragiczne historie mają moc ponadczasową. Strzeżmy się więc – urażona duma kobiety bywa zabójcza, tak samo jak nasza potrzeba obcowania z tragedią.
W przypadku „Yotsuya kaidan” trudno mówić o jakichkolwiek fajerwerkach wizualnych. W moim odczuciu, twórcy, szukając klucza interpretacyjnego do wizualnej strony dzieła Tsuruyi Nanboku, zatrzymali się w pół drogi, obarczeni świadomością obcowania z klasycznym tekstem kultury. Wybrali wariant najbezpieczniejszy, skupiając się po prostu na rzetelnej prezentacji. Jedynie w odcinku czwartym, będącym kulminacją wątku klątwy i autonomizacji „Yotsuya kaidan”, pozwolono sobie na szczyptę odwagi, wmontowując w sekwencje animowane dość obszerne fragmenty filmowe. Swoją drogą, posunięcie to nie było zresztą takie znów szalone. Filmowe fragmenty eksponować miały przede wszystkim walor edukacyjny epizodu: widzimy tu min. Muzeum Teatralne słynnego Uniwersytetu Waseda, ujęcia świątyni bogini Oiwy Inari w Yotsuyi czy maski z teatralnych przedstawień „Yotsuya kaidan”.