Menu

 
 

Zaprzyjaźnione strony

 
Tanuki
Aleja Komiksu
Anime Heaven
Vegepic Anime
Dragon Ball Nao
Kage
VWORLD
GTW
Anime Dream
Rei Official Website
Japonia Dream
bleachHEART
Ghibli
Banzai!
 
 

Reklama

 
 

Artykuły Azunime

 
Kino no tabi
czyli anim(e)owana filozofia
Strona: 1
Autor: Radosław Siedliński Data publikacji: 28.03.2006

Mina tabibito nari
(„Wszyscy są podróżnikami”)
Matsuo Bashō (1644-1694)

Kino no Tabi to znakomite kino. Nie tylko anime, ale właśnie kino. Znakomite bez żadnych taryf ulgowych, bez mrugania okiem, tak po prostu. Pośród znanych mi serii anime ta jest pozycją wyjątkową. Większość japońskich produkcji Catcheye animowanych można bez większych problemów zaklasyfikować do obszerniejszych gatunków, odmian bądź typów. Z Kino no Tabi sytuacja nie jest wszakże taka prosta. Ciężko znaleźć dlań już choćby pojedynczą prefigurację o osobnym gatunku nie wspominając. Na gruncie anime recenzowany tytuł wydaje się być pozycją nietypową, wymykającą się jednoznacznej klasyfikacji - i to z wielu względów. Spróbujemy więc - na potrzeby recenzji - spojrzeć nań nieco szerzej, nie ograniczając się jedynie do porównań w obrębie anime.

Na początek spójrzmy na cechy własne omawianego tytułu. Zacznijmy od przyjrzenia się fabule… a od razu natkniemy się na pierwszy problem - Kino no tabi otóż fabuły w Kino no Tabi w zasadzie… nie ma! Albo raczej jest w postaci szczątkowej - jeżeli uznamy za fabułę schemat: bohater jedzie z punktu A do punktu B (w którym coś się wydarza - tu następuje mikroopowieść), następnie z punktu B jedzie do punktu C (tu następuje kolejna mikroopowieść) z punktu C jedzie do punktu D (kolejna mikroopowieść)… itd. Seria zaczyna się bez żadnego wstępu czy wprowadzenia. Od razu wrzuceni zostajemy w środek narracji i poznajemy chłopca imieniem Kino podróżującego na gadającym motocyklu imieniem Hermes przez dziwne i okrutne krainy. Poszczególne odcinki serii opowiadają o kolejnych etapach podróży naszej dwójki bohaterów. Ot i wszystko. Taki etapowy i epizodyczny sposób prowadzenia narracji nie tworzy jednak spójnej fabuły, gdyż wspomniane mikroopowieści nie są w żaden sposób ze sobą powiązane - a już na pewno nie tworzą żadnego przebiegu fabularnego. Owszem dowiadujemy się w jakich okolicznościach Kino rozpoczął podróż Kino no tabi (ale tylko poprzez retrospekcję) niemniej jednak koniec serii nie oznacza bynajmniej końca jego podróży. Poszczególnych epizodów nie łączy nic, poza postacią głównego bohatera.

Można by więc spróbować zaklasyfikować Kino no tabi do gatunku filmów drogi, jednakże nawet wówczas byłby to specyficzny owego gatunku przedstawiciel różniący się znacznie od takich klasyków jak Easy Rider czy Bonnie i Clyde. Bliżej jest mu chyba do kameralnej, wyciszonej opowieści typu Prostej historii Lyncha, czy nawet Kikujiro no natsu Kitano (wyjąwszy wszakże optymizm tego tytułu). Jeżeli zaś chcielibyśmy szukać analogii w dziedzinie literatury, to musielibyśmy, jak sądzę, przywołać ni mniej, ni więcej jak najsławniejszą z Powiastek Filozoficznych Woltera - opowieść o peregrynacjach nieszczęsnego Kandyda. Odwołanie się do klasyka filozofii, jakim jest Wolter, nie jest tu bynajmniej nie na miejscu, o czym mam nadzieję przekonać czytelnika w dalszej części niniejszego tekstu.

Spójrzmy teraz bliżej na samą konstrukcję serialu. A konstrukcja owa, aczkolwiek nietypowa w świecie anime ma swoje odpowiedniki w innych dziedzinach sztuki - choćby w literaturze czy muzyce. Weźmy oto w dłonie taką Grę w klasy Cortazara; zaiste powieść to niezwykła, gdyż zbudowana tak, aby można było ją czytać od dowolnego fragmentu - bez strat dla odbioru całości naturalnie. Kino no tabi Wszyscy miłośnicy muzyki współczesnej znają nazwisko Karlheinza Stockhausena, który jest twórcą niezwykłego dzieła dla jednego perkusisty pt. Zyklus. Co czyni je niezwykłym? Ano, jak sam tytuł wskazuje, wykonawca może zacząć je wykonywać od dowolnego miejsca i po odegraniu całości skończyć w tym samym punkcie, w którym zaczął. Co to wszystko ma wspólnego z Kino no Tabi? Otóż film ów ma podobnie modułową i cykliczną strukturę. W zasadzie można go zacząć oglądać od dowolnego epizodu i nie straci się wiele lub zgoła nic. Jest on bowiem dziełem posiadającym strukturę kolistą w przeciwieństwie do większości filmów mających budowę linearną. Przyznać muszę, iż z dziełem o tak specyficznej konstrukcji zetknąłem się w anime bodaj po raz pierwszy. Nadmieńmy przy okazji, iż taka budowa pozwala autorom serii sprytnie uniknąć ew. zarzutów o tzw. "dziury w fabule" - tutaj, jako rzekłem, spójnej fabuły po prostu brak. Kino no tabiNo dobrze, możemy jednak zadać zasadne pytanie: co wobec powyższego przesądza o tak wysokiej ocenie recenzowanego tytułu? Jeżeli nie fabuła to co? Zazwyczaj recenzenci anime zwracają uwagę na trzy elementy dzieła: grafikę, muzykę i fabułę. Z fabułą już się rozprawiliśmy. A co wobec tego z wizualiami? Najkrótsza odpowiedź brzmi: są. Są i to wszystko. Albo inaczej: są takie jakie powinny być, tzn. nie dominujące nad całością, nie rażące oczu nadmiarem absurdalnych fajerwerków ani tanim efekciarstwem. Rysunek postaci jest oszczędny, tła są tylko tłami, brak zaawansowanych animacji, grafika komputerowa użyta jest okazyjnie i tylko tam, gdzie tradycyjna animacja wypadłaby po prostu gorzej (np. w scenie w Muzeum Historycznym z epizodu 12). W palecie kolorów dominują barwy złamane, ziemiste, jakby spłowiałe. W połączeniu z uproszczonym rysunkiem nadaje to całości nieco sennej, nierealnej - i jakby jesiennej - atmosfery. Podobnież rzeczy się mają z muzyką - jest ona dyskretnym tłem nie wybijając się nigdy na plan pierwszy. Ocenę openingu i endingu pozostawiam czytelnikom, powiedzmy sobie jednak szczerze - to po prostu zwykłe, nieskomplikowane piosenki pop.

 
 
Strony:  1  2  3  4  >>
Skomentuj ten artykuł
 
 

Komentarze

 
Start
 »
Redakcja
,
FAQ
,
Zaprzyjaźnione strony
,
Wymiana bannerów

Anime
 »
Recenzje
,
Zajawki
,
Tytuły
,
Postacie
,
Seiyū
,
Twórcy
,
Studia
Słowniczek
 »
Katalog
,
Indeks

Artykuły
Forum
Galeria
Kino azjatyckie
 »
Recenzje
,
Tytuły
,
Aktorzy
,
Twórcy

Linkownia
 »
Katalog
,
Lista
,
Kategorie
,
Typy witryn