Bunkrów nie ma, ale też jest... dobrze.
„Code Geass” okazał się lekarstwem, dzięki któremu po długim okresie abstynencji przemogłem się i ponownie obejrzałem jakieś anime. Co prawda obejrzenie pięćdziesięciu odcinków zajęło mi trochę czasu, ale mimo wszystko dzięki temu tytułowi miałem chociaż namiastkę dawnych czasów, kiedy to z wypiekami na twarzy pochłaniałem anime za anime. Rzecz jasna jest to zasługa scenarzystów odpowiedzialnych za tę interesującą i wciągającą historię, którą bardziej się pochłania, aniżeli ogląda. Skłamałbym jednak mówiąc, że uważam „Code Geass” za produkcję wybitną, bo chociaż potrafi utrzymać przy sobie widza i go nie zanudzić, to scenariusz momentami jest nazbyt przekombinowany, motywy działań bohaterów nieprzekonujące, a zwroty akcji trochę z czapy, co na dłuższą metę w jakiś sposób mnie męczyło. Nie zmienia to jednak faktu, że „Code Geass” jest sprawnie zrealizowanym, także pod względem technicznym, patrzadłem dla mas, któremu warto poświęcić tych kilkanaście godzin.