Między sierpem a gadającymi głowami
„Pierwszy oddział” to widowisko na żenującym poziomie. I nie chodzi tu nawet o tandetność do której przecież fani anime powinni być już przyzwyczajeni. To po prostu produkcja, która od poziomu koncepcji, poprzez główny pomysł aż po prowadzenie fabuły jest czymś absolutnie przegranym. I choć fakt ten ze względu na swoją nikłą dyskusyjność chciałoby się pozostawić bez komentarza, to jest coś co popycha nas, aby wykreować prawdziwy moment prawdy dla tego tytułu.
O współpracy renomowanego Studia 4°C z rosyjskimi twórcami wypowiadałem się swego czasu z wyjątkowa przychylnością. Rosyjska animacja jest jedną z najbogatszych i najznamienitszych na świecie, dlaczego więc otwarci na nowe horyzonty Japończycy z tej grupy twórców nie mieliby podjąć takiej współpracy? Zresztą nie raz już owoce takiej współpracy mogliśmy podziwiać w bardzo udanych produkcjach, a ta kooperacja postrzegana była jako kreatywny powiew świeżości dla coraz bardziej startej formuły kina animowanego.
Niestety okazało się, że znane dalekowschodnie studio animacyjne zobowiązało się do współpracy nie z rosyjskimi artystami, ale wyrobnikami produkującymi taśmowo produkcje tykające się tematu wielkiej wojny ojczyźnianej. Rosyjska, a wcześniej radziecka kinematografia od dziesięcioleci nie może uwolnić się w tym zakresie od tworzenia scenariuszy schematycznych, przesiąkniętych minioną już na szczęście ideą. To oczywiście pewne uproszczenie, bo radzieckie kino wojenne ma za sobą także złote epizody (choćby „Tak tu cicho o zmierzchu” Rostockiego), ale nie sposób akurat podczas opisywania takiej produkcji o nich myśleć. W przypadku „Pierwszego oddziału” rosyjska część ekipy wyraźnie potraktowała formę animowaną jako medium dla przedstawienia kolejnej, tym razem młodzieżowej, wersji sztampowej, wojennej fabuły. W konsekwencji ta prosta konstrukcja pomieszana została z motywami zakrojonymi - według ich twórców - na gusta nastoletnich odbiorców. I tak właściwie to byłoby na tyle. Mierny, dziurawy scenariusz bez ładu i składu to podstawa dla krótkiego produktu komercyjnego o marnej jakości. Jednak w głowach twórców tego anime pojawił się pomysł, który mógł chyba tylko wyniknąć z niezrozumienia istoty animowanej konwencji filmowej. Oto bowiem między scenami pojawiają nam się gadające głowy, które przekonują nas, że tak naprawdę nie mamy do czynienia z rosyjską wersją animowanej konwencji rozrywkowej, ale z poważną analizą czarnego zakamarku historii II Wojny Światowej. Fakt ten wprawił mnie w osłupienie i nie pozwolił już traktować opisywanego tytułu jako tandetnej, nieprzemyślanej produkcji rozrywkowej. To po prostu kino rzadkiego wręcz absurdu, a jednocześnie przykład na to jak obca jest niektórym koncepcja filmowa jaką prezentuje od lat animacja japońska.
Sytuację ratuje chyba jedynie sam estetyczny wymiar tej produkcji. O ile bowiem twórcy scenariusza zupełnie nie zrozumieli potencjału umieszczenia tematu w popkulturowym kotle, to w wysiłkach ekipy realizującej graficznie ten tytuł widać już pewne elementy zabawy estetyką kulturowych skojarzeń z Rosją Radziecką. Naturalnie, mówimy tutaj o powierzchownych elementach; mundurkach komsomolskich czy wojskowych, czy naprawdę szczegółowych modelach obiektów mechanicznych takich jak czołgi, samoloty czy wszelkiego rodzaju inne sprzęty motorowe. Tak naprawdę, odczuwalna tylko na poziomie grafiki zabawa konwencją wojennej estetyki była jedynym czynnikiem, który pozwolił mi dotrwać do końca tego niedługiego przecież seansu. Zachowano przy tym bardzo dużą poprawność historyczną, więc fani epoki zapewne będą zadowoleni. Momentami jednak szkoda, że modeli trójwymiarowych nie obłożono rysunkowym konturem, bo zdarzają się momenty zaburzonej kompozycji obrazu, a to jak na dzisiejsze możliwości techniczne zarzut dość znaczący.
Chciałbym na koniec tej niedługiej opinii napisać wyraźnie i klarownie; Moim zdaniem takie tytuły jak „Pierwszy oddział” nigdy nie powinny powstać. Nie przynoszą chluby nikomu kto był w ich tworzenie zamieszany, zaś mi osobiście udowodniły, że czasami lepiej nie wymagać od twórców unikalnego podejścia do tematu, że czasami po prostu schemat i tandeta są wyborem mniejszego zła. Czy ja to naprawdę napisałem? Najwyraźniej chyba Rosjanie nadal okazują się być mistrzami nakłaniania do zmiany poglądów.