Piknikowa wojna
Jest takie powiedzenie, że jeśli chcesz się dowiedzieć, jak naprawdę nie jest w Stanach Zjednoczonych, wystarczy zobaczyć jeden z tamtejszych filmów. Po seansie „Valkyria Chronicles” miałem wrażenie, że ktoś dokładnie zastosował się do tego zdania, zamieniając jedynie USA na konflikt zbrojny. Cóż, za wiele od adaptacji gry zazwyczaj nie można wymagać, ale minimum przyzwoitości ze strony twórców mogłoby się przydać. Zwłaszcza jeśli opowiada się o wojnie i przynajmniej czasami stara się to robić w sposób poważny. Mniejsza o brutalność, w końcu to tylko anime przeznaczone dla młodszych widzów, w związku z czym oszczędzanie im widoków drastycznych jest jak najbardziej uzasadnione. Tak samo jak wołające o pomstę do nieba zachowania żołnierzy, którzy wesoło pchają się po lufy wrażych karabinów, oraz niewykonalne w rzeczywistości plany ich dowódców. Uproszczenia zdarzają się przecież w dużo lepszych anime niż „Valkyria Chronicles”. Nie mogę jednak wybaczyć przerażającej infantylności w budowaniu atmosfery panującej na froncie.
Środek pola bitwy, wokół świszczą kule, eksplodują pociski artyleryjskie, zaś grupa rekrutów sił milicyjnych wesoło gada sobie o głupotach, zupełnie nie zważając na zagrożenie. Apogeum osiągnięte zostało w scenie, gdzie dwoje żołnierzy skrada się by podejść snajpera, a chłopak beztrosko wrzuca dziewczynie za kołnierz orzeszek. Najwyraźniej wychodząc z założenia, że jeśli podwładna krzyknie i zdradzi ich pozycję, będzie to ułatwieniem w ich zadaniu. Takie sytuacje pojawiają się nagminnie, uniemożliwiając wprowadzenie odpowiedniej dozy dramatyzmu. Nie brakuje całkiem sensownie poprowadzonych wątków i wojennych dramatów, tyle że wszechobecne wśród żołnierzy podejście do wojaczki jako do miłego pikniku niweluje te zalety. Nie sposób uciec od porównania z „Pumpkin Scissors”, przy czym o ile tam zdarzały się naciągane sytuacje, to zdecydowanie nie w tak zatrważającym natężeniu.
Należy oczywiście wziąć poprawkę na fabułę gry będącej pierwowzorem serialu. Scenariusz podąża klasyczną drogą zakładającą walkę sympatycznych bohaterów z nienawistnym tyranem oraz rozmaite miłosne perypetie. Narodzinom uczucia między żołnierzami dwojga płci poświęcono sporo czasu, co po części zdaje się tłumaczyć dziwne zachowania żołnierzy w ogniu bitwy. Miłosne perypetie wymagają w końcu odpowiedniej pożywki i wiele mało logicznych z militarnego punktu widzenia scen było nieuniknionych. Nie udało się niestety rozgraniczyć skrajnych elementów, przez co nawet romans jest, przynajmniej z początku, niezbyt wiarygodny.
Średnio udanych zagrywek szkoda tym bardziej, że widać spory budżet włożony w produkcję. Starcia są efektowne, dynamiczne i spektakularne. Efekty komputerowe występują powszechnie, głównie w przedstawianiu czołgów oraz innych machin – maniacy sprzętu wojskowego będą wniebowzięci. Właściwie wszystkie elementy oprawy prezentują się udanie, na czele z interesującą kolorystyką, przy której zastosowano charakterystyczne cieniowanie urozmaicające barwy. Technika ta sprawia, że powierzchnie wydają się mieć jakby drewnianą fakturę, co wzbogaca obraz i nadaje mu miłego dla oka wrażenia. Muzyka jest poprawna, a seiyū wywiązują się znakomicie ze swoich ról, może z wyjątkiem Fukuyamy, który od dłuższego czasu się powtarza, grając swe role na jedno kopyto.
Zasadniczo nie ma specjalnych szans, żeby „Valkyria Chronicles” było anime szczególnie rozpamiętywanym w przyszłości. Ot, taka sobie niezła rozrywka, jedynie osadzona w realiach militarnych, nie zaś je zgłębiająca. Komu nie przeszkadza ukazywanie zawodu żołnierza na równi z profesją stolarza, nauczyciela, czy kierowcy, ten przełknie bez problemu wszelkie uproszczenia. „Valkyria Chronicles” to ewidentny przypadek serialu, który ogląda się dobrze tylko i wyłącznie z odgórnym nastawieniem na przyjemną i lekką rozrywkę.