W miękkiej wyściółce kobiecej dłoni...
„Nana” często przedstawiana jest jako przykład prawdziwie kobiecego kina anime. I po części trudno się z tym nie zgodzić. Mamy w końcu do czynienia z adaptacją mangi Ai Yazawy, wielokrotnie nagradzanej i niezwykle popularnej autorki mang shoujo i josei. Nie sposób więc nie czuć tutaj ducha kobiecej ręki, która starannie i pieczołowicie konstruuje zawiłą konstelacje emocjonalnych powiązań; esencji tego obyczajowego tytułu. Jednocześnie „Nana” od razu ucieka z klatki standardu gatunku shoujo. Poznajemy w końcu dorosłe bohaterki, które próbują się usamodzielnić, choć – jak się okaże – chęć nie musi iść z parze z rzeczywistą możliwością. Tło historii dość zgrabnie wpisuje się więc nam w płynny termin gatunku josei. W końcu „Nana” realistycznie poruszająca aspekt wchodzenia w dorosłość z łatwością może być porównywana np. do „Honey and Clover”. Wymieniony tytuł, będzie nam zresztą niezwykle przydatny przy próbie uwypuklenia podstawowych cech wyróżniających opisywaną produkcję pośród jej podobnych. Oto bowiem „Miód i koniczyna” spełniał wymienioną w pierwszym akapicie rolę przykładnie. Realistyczna, życiowa historia, była z jednej strony na wskroś dojrzała, a z drugiej wszystkie narzędzia narracji powodowały u widza rozmarzenie i melancholię. „Hachikuro” rzeczywiście odrywało nas od rzeczywistości swoim spokojnym tempem, nastrojowym plenerem i wyrytymi w pastelowej barwie – według wielu - najpiękniejszych latach życia. Co jednak z „Naną”? Czy ona nie próbuje przekazać nam tej młodzieńczej siły, jak wymieniony tytuł? Moim zdaniem nie do końca. „Nana” od początku dryfuje w kierunku słodzenia każdej goryczy i spektakularnego niszczenia ciężko zdobytego i zaplanowanego happy endu. Innymi słowy; „Nana” lubi pokazywać świat w odcieniach, w których nie ma decyzji jednoznacznie dobrych i złych. To z kolei zakłada, ze odbiorcami tego tytułu, nie są osoby które zaliczyć można by do grupy fanów shoujo. Co więcej, owa ucieczka od rzeczywistości jest nie tylko przeciwstawieniem podstawowych założeń opisywanego tytułu, ale także czymś nagminnie przez niego krytykowanym. Anime najczęściej oczami głównych bohaterek, pokazuje nam brutalnie rozbicie kryształowego świata młodzieńczych iluzji, które niczym wymalowany na szklance jednej z bohaterek, truskawkowy wzór rozbija się o twardą podłogę rzeczywistości. Iluzja jest zresztą tematem w „Nanie” powszechnym. Tłem do części wydarzeń jest tu przecież muzyczna branża rozrywkowa, z wszelkimi jej kłamstewkami i przekłamaniami, które zastępują marzenia o artystycznej ekspresji.
Sam motyw wchodzenia w dorosłość od początku prowadzony jest w sposób konsekwentny i spójny. Bohaterowie stale ewoluują ujawniając kolejne warstwy swoich lęków i przemyśleń. Starano się utrzymać tu wielowątkowość, jednak ciężko mi ocenić czy mocno zauważalna rozwlekłość w próbie przedstawienia tak owych jest winą autorki pierwowzoru, czy też polityki wydawniczej producentów serialu animowanego. Nie mogłem także uwolnić się od niedosytu związanego z przedstawieniem artystycznego światka, który przecież jest w „Nanie” wszechobecny. Twórcy całkowicie zrezygnowali z eksploatowania tego wątku. Postacie, poza powtarzanymi jak mantra sformułowaniami, które mają utwierdzić kogoś w przekonaniu, że jedyne o czym marzą to grać na scenie, nie reprezentują na tym polu ani rozwoju, ani jakiejś ekspresji młodzieńczej pasji. „Nana” bowiem w przeciwieństwie na przykład do utrzymanego w tonach półserio „Nodame Cantabile”, nie utrzymuje żadnej korelacji pomiędzy rozwojem czy też dojrzałością artystyczną, a tą emocjonalną. To całe rozrywkowe tło, zdaje się być tematem pustym, żeby nie powiedzieć ubogim, a momentami nużącym. Muzyka jest tu pretekstem do trzymania się całej historii (jak i jej bohaterów) w jakiś określonych ryzach scenariusza. Nie jestem przy tym do końca przekonany, czy nie był to efekt w tym przypadku zamierzony. Ciężko bowiem przy całym pozytywnym nastawieniu twierdzić, że „Nana” o realiach showbiznesu próbuje nam coś ciekawego powiedzieć, a bardziej prawdopodobnym jest, iż środowisko „pięknych” gwiazd jest jedynie wabikiem na bardziej tradycyjną grupę fanek tytułów shoujo.
„Nana” w zasadzie lawiruje na granicy wiarygodnej telenoweli, romansu w anime i nowoczesnych historii dla japońskich singielek. Nie jest więc tytułem przełomowym, a jedynie rzemieślniczo imponującym swoją poprawnością i wyróżniającym się na tle japońskich tendencji w tej dziedzinie. Mnie osobiście uderzyła swoją zwyczajnością i oczywistością, łopatologicznym ciągiem myśli i niesamowitą sprawnością i konsekwencją w realizacji swojej słodko-kwaśnej wizji rzeczywistości. Czasami jednak trzeba się oderwać od obcości japońskiej myśli rysunkowej i zanurzyć się w zwyczajnej, obyczajowej konwencji, której „Nana” jest obecnie przodownikiem. W końcu, nawet ściany rzeczywistości potrzebują czasem miękkiego, łagodnego wyścielenia kobiecej dłoni.
Modyfikowano: 7.09.2009
Napisano: 6.02.2009
Shōjo, które wciąga bez reszty.
„Nana” to dla mnie prawdziwy ewenement. Niezbyt przepadam za tytułami shōjo i josei, wśród całej masy mang i anime reprezentujących ten gatunek znaleźć można zaledwie kilka, które by mi się spodobały. Spośród tej garstki szczególnie wyróżnia się „Nana”, będąca wisienką na torcie. Nie ukrywam, że czułem się lekko zawstydzony, gdy oglądałem „Nanę” pierwszy raz – babskie (jak cały czas sądziłem na początku) anime wciągnęło mnie bez reszty, i to już od samego początku. Początkowo towarzyszyłem siostrze, tłumacząc, że oglądam z nią owo anime z nudów, ale w końcu musiałem przyznać przed nią i przed samą sobą, że rzeczony serial jest naprawdę rewelacyjny, zaś ja z niekłamaną przyjemnością sięgałem po kolejne odcinki.
Trudno mi powiedzieć, co tak naprawdę sprawia, że „Nana” wciągnęła mnie niczym bagno, sprawiając, że przez czterdzieści siedem odcinków w ogóle się nie nudziłem. Przypuszczam, że największa w tym zasługa postaci, które czasem co prawda są trochę przerysowane, ogólnie jednak wypadają bardzo realistycznie, a przy okazji z miejsca zyskują sympatię widzów. Chociaż w „Nanie” nie brakuje zwrotów rodem z telenowel, nie rażą one tak jak w peruwiańskich tasiemcach, wypadają nawet dość naturalnie. Niemałą zasługę w zdobywaniu serca widza ma duet Komatsu-Ōsaki, tych dziewczyn bowiem nie da się nie lubić.
Serial bardzo pozytywnie zaskoczył mnie również pod względem wykonania. Chociaż chara design jest mało naturalny, postaci są za szczupłe, wypada klimatycznie (zwłaszcza Ren, stylizowany na Sida Viciousa z Sex Pistols, noszący nawet charakterystyczną kłódkę). Niemniej twórcy nie raz mnie zaskakiwali, pokazując, jak wielką uwagę przywiązują do najmniejszych szczegółów. Bohaterowie kilka razy na odcinek mogą zmieniać ubrania. Część z nich przeważnie chodzi w swoim „firmowym” stroju, podkreślającym image, aczkolwiek taka na przykład Komatsu codziennie zakłada inną odzież. Postarano się przy takich drobiazgach jak szklanki z truskawkami, które Hachi upatrzyła sobie w sklepie, zaś jeśli widz będzie oglądał anime uważnie, zapewne zda sobie sprawę, że gdy Nana Ō. pali papierosa, na jego filtrze pozostaje ślad szminki! I chociaż zdarzają się elementy trochę mniej dopracowane, jak chociażby wspomniane w recenzji koncerty, całokształt prezentuje się naprawdę imponująco.
Innym elementem, do którego naprawdę bardzo się przyłożono, jest udźwiękowienie. Pomińmy może seiyū – ci co prawda wznieśli się na wyżyny, nie ma tutaj nietrafionego doboru głosów, ale największą siłą „Nany” jest muzyka. Do serialu zatrudniono kilka znanych piosenkarek, wydano kilka, jeśli nie kilkanaście, soundtracków. Openingi i endingi zmieniają się kilkakrotnie, zespoły na koncertach grają różne piosenki... Muzyczny rozmach naprawdę robi wrażenie, inne anime muzyczne, jak chociażby „Gravitation” czy „Detroit Metal City”, ze swoimi góra pięcioma piosenkami na cały serial, pod tym względem po prostu nie istnieją. Przyczepić można by się tego, że chociaż oba zespoły cały czas utrzymują, że grają punk rocka (a ich idolami są Sex Pistols), to, co słyszymy, to tak po prawdzie jpop i jpoprock, aczkolwiek brzmiący naprawdę przyjemnie. Piosenki, które znalazły się na soundtrackach do „Nany”, do dziś (kilkanaście miesięcy po obejrzeniu serialu) bardzo często goszczą na mojej playliście, zaś spośród nich najczęściej powtarzają się „rose”, „LUCY”, „a little pain”, „Dance with Me” i „better day”. Mimo wszystko na którymś z soundtracków znalazła się mała niespodzianka dla fanów punka – cover „Anarchy in the U.K.” Sex Pistols wykonywany przez Annę Tsuchiyę na... jpopową modłę.
„Nana” – pozornie przydługi tasiemiec dla dziewczyn – okazał się jednym z lepszych i jednym z najprzyjemniejszych anime, jakie dotychczas widziałem. Szczerze polecam nie tylko dziewczynom, ale i przedstawicielom płci brzydkiej. Jakby nie patrzeć, w redakcji Azunime, składającej się niemalże z samych facetów, opinie o „Nanie” były zaskakująco pozytywne...