Któż z nas nie marzył kiedykolwiek o bezlitosnym tępieniu przestępczości, perfekcyjnym opanowaniu sztuk walki, władaniu bronią palną i oczywiście przebywaniu w towarzystwie najpiękniejszych kobiet? Tak w skrócie można opisać życie głównego bohatera, wiecznego podrywacza Ryo Saeby, który w serialu-tasiemcu „City Hunter” walczy z występkiem w towarzystwie niestrudzonej partnerki – Kaori Makimury.
Anime oparte jest na mandze Tsukasy Hojo, autora bardzo zbliżonych tematycznie „Cat's Eye” oraz „Family Compo”. Oprócz czterech sezonów serialu (kolejno „City Hunter”, „City Hunter 2”, „City Hunter 3” oraz „City Hunter ‘91”) powstało sześć samodzielnych filmów („.357 Magnum”, „Million Dollar Conspiracy”, „Bay City Wars”, „The Secret Service”, „Goodbye my Sweetheart” oraz „Death of Evil Ryo Saeba”). Wszystko na przestrzeni niemal piętnastu lat. Niestety, jak bywa w przypadku tak rozbudowanych serii jakość poszczególnych elementów jest zmienna. O ile polepsza się oprawa audiowizualna, o tyle autorom wypalają się pomysły i serial staje się powtarzalny, nudny i schematyczny. Zresztą „City Hunter” nie jest produkcją stworzoną dla wymagającego i ambitnego widza, oczekującego wielowątkowej, logicznej fabuły.
Każdy odcinek traktuje o innej historii, przez co można opisywany tytuł porównać do amerykańskich seriali kryminalnych, gdzie w każdym epizodzie będzie trochę zagadki oraz akcji. I tak nasz dzielny bohater niemalże zawsze pozna piękną panią (gdyż pracuje wyłącznie dla pięknych pań), która będzie miała poważne kłopoty i jedynie nasz specjalista od brudnej roboty będzie mógł jej pomóc. Oczywiście, jak przystało na wiecznego podrywacza, Ryo będzie się do swoich pracodawczyń zalecał, co z kolei będzie wzbudzać zazdrość jego partnerki Kaori, która znacznie ochłodzi płonącą namiętność głównego bohatera za pomocą wielkich młotków (ich ciężar dobierany jest w zależności od tego, jak bardzo zuchwale zachowuje się pan Saeba). Potem nastąpi kulminacja akcji, nasz bohater za pomocą swoich, miejscami nadprzyrodzonych umiejętności znokautuje bandziorów i wszystko skończy się happy-endem.
Jak wyżej wspomniałem, fabuła nie jest skomplikowana, jednak jest to pozycja w sam raz dla widza, który pragnie się odprężyć po czymś mocniejszym. Nie należy jednak przesadzać, gdyż „City Hunter” w większych ilościach może denerwować rażącym schematyzmem, tym bardziej biorąc pod uwagę liczbę odcinków.
Oprawa audiowizualna jest znośna. Akira Kamiya, podkładający głos pod protagonistę spisał się świetnie i jedynie potwierdził swoją niepowtarzalność. Muzyka, oddająca klimat lat 80 i wczesnych 90 może być miejscami denerwująca, gdyż non-stop wykorzystywane są te same utwory, co dziwi szczególnie, gdy spojrzy się na obfity soundtrack serii. Anime nie zawiera powtórzonych ujęć, bohaterowie rysowani są starannie, dobrze odwzorowano też broń, która w mandze, podobnie jak w pracach Kenichiego Sonody rysowana jest niemalże idealnie.
„City Hunter” to już klasyka, po którą młodzi miłośnicy anime prawie wcale nie sięgają. Dobre długie serie to dziś rzadkość, a szkoda, bo o wiele przyjemniej śledzi się perypetie głównych bohaterów w kolejnych kontynuacjach, kiedy znamy ich od dłuższego czasu i stali się dla nas przyjaciółmi, niż rozstać się z nimi zbyt wcześnie, gdy dopiero zaczynaliśmy ich poznawać.
Podsumowując, wszystkim lubiącym coś lekkiego i przyjemnego w klimacie kryminału, z zawsze trafiającymi do celu rewolwerami magnum oraz pięknymi kobietami, a także tym, którzy nie zawsze rozgrzebują nielogiczność i schematyczność fabuły polecam „City Huntera”.