Na początku powiem bez ogródek, że dla mnie „Narzeczona dla kota” to jeden ze słabszych filmów studia Ghibli. „Słabszy” nie znaczy jednak „zły”. Zła wydaje mi się natomiast polityka polskiego dystrybutora, Monolithu: na pudełku znaleźć możemy napis Nowy film twórców „Spirited Away: W krainie bogów”. Filmy mają ze sobą tylko jedną wspólną rzecz: oba powstały w studiu Ghibli. Jak widać, nasi rodzimi dystrybutorzy często zdolni są do oszustwa, żeby sprzedać film.
Haru (nie mylić z Hauru) jest typową, bodajże, nastolatką: chodzi do szkoły, spotyka się z przyjaciółmi, miewa swoje zawody miłosne. Pewnego dnia pozornie błahe wydarzenie zmienia na zawsze jej życie: Haru ratuje spod kół rozpędzonej ciężarówki kota. Po całym zajściu kot staje na dwóch łapach, otrzepuje się z kurzu i dziękuje Haru ludzkim głosem, obiecując, że odwdzięczy się jej za uratowanie życia. Nocą dziewczyna odwiedzona zostaje przez koci orszak: sam władca królestwa kotów przybył podziękować Haru za uratowanie księcia. W nagrodę koty będą sprawiały dziewczynie przyjemności; ma ona też poślubić księcia kociego królestwa, Lunego, którego uratowała. Dość niespodziewanie Haru przenosi się do królestwa kotów...
Nie da się ukryć, że „Narzeczona dla kota” jest typową baśnią dla dzieci. Oglądając to anime miałem wrażenie swego rodzaju déjà-vu: czyżby „Alicja w krainie czarów”? Może to śmieszne, ale właśnie z tą baśnią kojarzyło mi się to anime. Jak przystało na baśń, mamy tutaj mnóstwo jasnych kolorów, miłych bohaterów, czarny charakter, magiczny świat, wiele dziwnych rzeczy – wszystko jest dość schematyczne, a – co gorsza – przewidywalne. Owa przewidywalność ostatecznie decyduje o tym, że „Narzeczoną dla kota” zaklasyfikowałem jako typową produkcję dla dzieci. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie temu, aby oglądali ją dorośli, ale przypuszczam, że mogą być trochę znudzeni seansem.
Bardzo podobały mi się animacje, były płynne i realistyczne. Nie mogę wiele o nich powiedzieć, poza tym, że praktycznie nie mam co do nich żadnych zastrzeżeń, nie zauważyłem uchybień.
Spodobały mi się także scenografie. Co prawda przeważnie były one proste, bez żadnych fajerwerków, ale przyzwoite i – jak na baśń przystało – pełne jasnych kolorów: skąpane w słońcu królestwo kotów czy miejskie ulice, kolorowa sceneria królewskiego pałacu.
Minus za to należy się bohaterom. Zostali słabo przedstawieni, ale przypuszczam, że ma to związek z docelową grupą odbiorców: skoro film domyślnie przeznaczony jest dla dzieci, zbędne są dobrze rozbudowane postaci – dzieciom to raczej niepotrzebne. Takie jest przynajmniej moje zdanie w tej kwestii. A może to po prostu niedopatrzenie twórców? No bo co można myśleć o Haru, Baronie, Lunem czy Mucie? Podczas seansu nie wyrobiłem sobie o nich zdania, ponieważ nie miałem ku temu podstaw – obserwowałem po prostu postaci, czasami zdobywając jakąś skromną informację o Haru, czy Baronie...
Nie spodobały mi się też projekty postaci. Kreacjom kotów niewiele mogę zarzucić, są ładne i ciekawe, ale muszę ponarzekać na ludzi, szczególnie na Haru. Trudno określić, w jakim jest ona wieku: na początku, biorąc pod uwagę wygląd, ma się wrażenie, że chodzi do przedszkola albo do pierwszych klas szkoły podstawowej. Później, kiedy dochodzą sceny w szkole, gdzie pojawiają się jej przyjaciółki, można nabrać przekonania, że jest ona nastolatką. Zachowuje się jednak dosyć dziecinnie, dlatego naprawdę trudno jest mi określić jej wiek. Na podstawie wyglądu trudno jest też ocenić wiek matki Haru – raz wygląda ona na staruszkę, raz na kobietę w wieku około czterdziestu kilku lat. Jedyną postacią ludzką, której wiek można zidentyfikować, jest Machida, obiekt westchnień głównej bohaterki.
O muzyce nie powiem wiele, ponieważ, nie licząc kociej orkiestry na balu, zauważyłem ją dopiero przy napisach końcowych – jakaś słodka dziecięca piosenka. Zacząłem się zastanawiać, czy muzyka w ogóle w tym filmie się pojawiała, tak więc wybrałem parę fragmentów filmu, aby to sprawdzić. Jak się okazuje, muzyka była. Niestety, sama chyba mówi za siebie – skoro jej nie zauważyłem, nie jest niczym specjalnym i godnym uwagi.
Podsumowując: „Narzeczona dla kota” to typowa produkcja dla dzieci, utrzymana w klimacie baśni. Polecam dzieciom, starsi widzowie mogą się wstrzymać z oglądaniem. Nie przemawia do mnie nawet fakt, że jest to „dziecko” Ghibli i fani anime, a zwłaszcza tego studia, powinni ten film obejrzeć – mogą się po prostu znudzić. W kwestii starszych widzów pozostanę neutralny: kto chce, niech obejrzy – bajki dla dzieci to w końcu nic złego.