Pierwszy odcinek tego serialu zapowiadał produkcję bardzo przeciętną. Kolejne anime, w którym potwór, posiadający fajną spluwę, a raczej dwie, walczy z innymi potworami, niszcząc je dziesiątkami. Było dla mnie zaskoczeniem, jak autor świetnego przecież „Triguna” mógł wymyślić coś tak prostackiego. Nie dajmy się jednak zwieść pozorom, pierwszy odcinek „Gungrave” wyjęty jest z końcówki serialu, a już następny jest początkiem retrospekcji, która skażona potworami jest dużo, dużo później i opowiada historię całkiem do rzeczy, a być może nawet dającą do myślenia...
Odpowiedź na pytanie dlaczego w anime tym musiały pojawić się tępe stwory, które bez mrugnięcia okiem kładzie na ziemię główny bohater, jest prosta. Wygląda na to, że Yasuhiro Nightow, zamiast rysować kolejną dobrą mangę, zabrał się za scenariusz do gry komputerowej. Jednej z tych, w których trup ściele się gęsto, a gracz przesuwa celownikiem po ekranie i naciska na przycisk fire z prędkością światła, aby grę tę skończyć. Przyznam, że tego typu gry mnie po prostu śmieszą, ale niegdyś były bardzo modne i chodliwe. W grze tej były wstawki animowane kreski Nightow i kiedy ta zdobyła popularność postanowiono zrealizować serial animowany na jej podstawie. Było oczywiste, że pierwsi serial obejrzą fani gry i tu rozumiemy, dlaczego pierwszy odcinek jest pełen akcji. To jasne, że wielbiciele akcji nie wytrzymaliby kolejnych kilkunastu odcinków serialu, w których próżno szukać dziwacznych morderczych potworów, ani superfaceta ich likwidującego.
Warto podkreślić, że „Gungrave” to przede wszystkim mroczna historia mafijna, z gatunku tych, które nie kończą się zbyt dobrze, o czym przekonujemy się już na samym początku serialu. To opowieść chyba najbardziej zbliżona do „Chłopców z Ferajny” – jednego z najciekawszych filmów o mafii. Nightow w „Gungrave” zamieszcza podobne przesłanie, i choć daleko mu do kunsztu Martina Scorsese, to udało mu się stworzyć ciekawe i zarazem realne osobowości głównych postaci serialu. Udało mu się też postawić przed nimi dylematy, które w połączeniu z ich osobowościami owocują, z pozoru, nie zawsze racjonalnymi decyzjami. Mimo tego, dzięki dokładnemu opisowi bohaterów, jesteśmy w stanie zrozumieć i uzasadnić ich postępowanie.
Chcąc zaciekawić serialem osoby lubiące myśleć podczas oglądania anime, zacznę od przybliżenia historii z retrospekcji, bo jest znacznie ciekawsza. Obserwujemy tu grupkę młodych przyjaciół, którzy choć mieszkają w dzielnicy rządzonej prawami grup przestępczych, niewiele sobie z tego robią. Bawią się w drobne przestępstwa, nie posiadają nawet broni, ani wsparcia większej grupy przestępczej. Mimo to czują się pewnie i świetnie się przy tym bawią, naiwnie sądząc, że pokonają wszystko co stanie im na drodze. Oczywiście realia światka przestępczego szybko i w sposób niezwykle brutalny rewidują ich poglądy. Mimo tego nieprzyjemnego doświadczenia, dwóch z nich postanawia przyłączyć się do potężnej rodziny mafijnej i razem dojść w niej na szczyt, wspierając się nawzajem. Mimo, że są przyjaciółmi od dziecka, obaj mają jednak zupełnie różne osobowości i inne powody, dla których wstępują do mafii.
Postać główna to Brandon Heat, który jest człowiekiem wyjątkowo małomównym i raczej bardzo spokojnym, ale nie brak mu, ani siły, ani odwagi. Niezwykle ceni sobie lojalność i przyjaźń. Dla obrony tych wartości gotowy jest poświęcić się bez względu na konsekwencje. Do syndykatu przystąpił, aby wspierać przyjaciela, któremu ufa bezgranicznie, ale także z miłości do Marii – dziewczyny, która trafiła pod opiekuńcze skrzydła szefa organizacji, nazywanego przez wszystkich Big Daddym. Ponieważ nigdy rodziny nie posiadał, syndykat stał się dla niego czymś więcej, niż tylko grupą mafijną i Brandon postanowił za wszelką cenę chronić swoją nową rodzinę.
Przyjaciel Brandona, Harry McDowell, znacznie odbiega od niego charakterem. Jest pewny siebie, niczego się nie boi, nie cofa się przed niczym. Ma ogromne ambicje, ale jest też bardzo charyzmatyczny i świetnie umie się zorganizować. To pewne, że ma wielkie zadatki na to, aby stać się kolejnym szefem organizacji. Harry tym też różni się od Brandona, że dla niego syndykat jest bardziej narzędziem do zdobywania brudnych pieniędzy, niż wielką rodziną, którą Big Daddy stworzył w nie całkiem złych celach.
Jednak z pierwszego odcinka dobitnie wynika, że po drodze, w ciągu kilkudziesięciu lat, coś poszło nie tak. Brandon wygląda jakby wyszedł z laboratorium dr Frankensteina. Niezwykle silny, uzbrojony w parę wielkich pistoletów „Cerberus”, częstuje ogniem nieproszonych gości, których do normalnych również zaliczyć nie można. Harry, już na czele organizacji, która stała się wielką wytwórnią potworów-umarlaków, pała do Brandona wielką nienawiścią i niszczy wszystko co ma z nim jakikolwiek związek.
Brandon, obecnie nazywany „Beyond the Grave”, jest teraz maszyną do zabijania. Obudzony z wieloletniego snu, początkowo nic nie pamięta z poprzedniego życia, ale ludzkie uczucia i wspomnienia zaczynają do niego wracać. W tym istnieniu pozostało mu wypełnić już tylko dwa zadania: ochronić Mikę – córkę Marii, przed szalejącym Harrym i jego potwornymi przybocznymi, oraz powstrzymać swego dawnego przyjaciela przed zamienieniem świata w wielki syndykat zbrodni. Jednak droga do celu nie będzie łatwa...
Czytelnicy tego artykułu zapewne są w kropce. Warto, czy nie warto? Pod względem wykonania, anime to stoi na dość wysokim poziomie. Scenografie są dopracowane, projekt postaci nie do końca typowy. Animacja zazwyczaj na dobrym poziomie, choć czasami kuleje, co widać szczególnie na ruchomych pojazdach. Muzyka jest raczej oryginalna, Tsuneo Imahori to muzyk nietuzinkowy i tym razem także nie zawiódł. Ścieżka dźwiękowa dobrze wspiera mroczny i pesymistyczny klimat tego Anime. Rękę Nightow dobrze widać natomiast w projekcie samego Grave'a. To, jak wygląda jego broń i inne zabawki wyjmowane z trumny noszonej na plecach, przypomina „Triguna”, w którym Nicolas Woolfwood nie rozstawał się ze swym pełnym niespodzianek metalowym krzyżem. Grave przypomina też trochę Alucarda, szczególnie jeśli chodzi o broń, którą się posługują.
Podsumowując, należy odpowiedzieć jeszcze na pytanie, dla kogo jest ten serial? Jego twórcy poszli niestety na kompromis, który moim zdaniem nie zadowoli do końca, ani fanów akcji, ani tych, którzy od anime oczekują czegoś więcej. Fani gry szybko serial uznają za nudny i odłożą na półkę, natomiast ta garstka widzów ambitniejszych, której nie odrzuci pierwszy odcinek, zostanie zdegustowana pod koniec serialu, który staje się zwykłą „rąbanką”, gdzie poza setkami umarlaków, Brandon walczy także z kolejnymi, coraz bardziej wymyślnymi „bossami”. Uważam jednak, że serial ma pewien rodzaj głębi, która takie produkcje omija zazwyczaj szerokim łukiem. Myślę, że gdyby odjęto cały wątek dotyczący potworów umarlaków, a skupiono się na dopracowaniu fabuły, byłby to całkiem dobry serial...