Zafascynowany kilka lat temu serią „Neon Genesis Evangelion”, poszukiwałem przez jakiś czas seriali podobnych. Właściwie tylko jeden wydawał się jego godnym naśladowcą – był nim właśnie „RahXephon”. Podobieństwa do pierwowzoru Gainaksu były jednak tak ogromne, że na usta pchało się tylko jedno słowo: „podróbka”. Czy „RahXephon” jest mimo wszystko tylko kopią Evangeliona? Na to pytanie trudno jednoznacznie odpowiedzieć, postaram się jednak przedstawić wszystkie za i przeciw.
Na początek przyjrzyjmy się fabule. Rzecz dzieje się w roku 2027. Minęło kilkanaście lat od tajemniczego ataku dziwnych form życia na Ziemię. Świat nadal stoi jednak w obliczu niebezpieczeństwa, bowiem Mu, jak nazwano owych obcych, przywłaszczyli sobie kawałek Japonii o średnicy 150 km i zamknęli go w kulistym wymiarze o wyglądzie Jowisza, gdzie czas płynie wolniej i do którego nikt z zewnątrz nie może się dostać. Nikt nie wie czy, i kiedy Mu znów zaatakują swoimi Dolemami używającymi fal dźwiękowych do siania totalnego zniszczenia, których nie można pokonać normalnymi środkami. Tymczasem wewnątrz Tokio Jupiter odbywa się pozornie normalna egzystencja. Mieszkańcy sądzą, że żyją w jedynym zamieszkałym obszarze świata i nie mają pojęcia, że rządzą nimi niebieskokrwiści Murianie...
Tymczasem świat zewnętrzny powołał do życia organizację Terra, której zadaniem jest opracować metodę przedostania się do Tokio Jupiter i znalezienia skutecznej broń przeciw wrogowi. Jednym z ich osiągnięć jest system TTD, który umożliwić ma przedostanie się pojedynczym jednostkom latającym do Tokio. W następstwie odkrycia, kilku jednostkom udaje się przedostać do kulistego wnętrza. Ich celem nie jest jednak bezpośrednia walka z wrogiem, a zebranie informacji o człowieku, od którego być może zależeć będzie los świata i przekonaniu go do przejścia na drugą stronę...
Tym człowiekiem jest siedemnastoletni Ayato, który mieszka w Tokio Jupiter, zupełnie nie zdając sobie sprawy kim naprawdę jest i jak wygląda prawdziwa rzeczywistość świata. Jest wrażliwym i raczej zamkniętym w sobie samotnikiem. Mieszka z matką, której nigdy nie ma w domu i ucieka od rzeczywistości malując obrazy. Atak Terry powoduje, że Ayato zaczyna dowiadywać się dziwnych rzeczy o świecie, w którym żył i o świecie na zewnątrz jowiszowej kuli. Podczas tego ataku spotyka tajemniczą koleżankę z klasy, która prowadzi go do pomieszczenia, gdzie z zanurzonego w wodzie ogromnego jaja, wykluwa się wielkie stworzenie o wyglądzie skrzydlatego mecha. To rahxephon – istota stworzona specjalnie dla niego, dzięki której ma odmienić świat.
Odkrywszy niebieski kolor krwi swojej matki, czuje się zdradzony i zagubiony. Wyjawienie prawdy o panującej na świecie sytuacji przez agentkę Terry – Harukę Shitow, powoduje że Ayato postanawia uciec od przytłaczającej rzeczywistości. Wydostaje się więc na zewnątrz jowiszowej kuli dzięki rahxephonowi i oddaje w ręce organizacji zwalczającej Murian...
Główny wątek scenariusza „RahXephona” opiera się właściwie na tych samych elementach co jego Gainaksowy odpowiednik. Ayato, nie tak może zakompleksiony jak Shinji z „Evangeliona”, problemy z osobowością ma jednak spore. Twórcy narzucają mu więc rolę osoby, na której barkach spoczywa los świata. Nie jest jednak oczywiste, którego świata... Intryga rahxephona sięga tu głębiej, Ayato nie tylko zostaje zmuszony do walki, ale postawiono przed nim ciężki dylemat, po której stronie stanąć? Czy walczyć przeciwko światu, który był jego domem, czy poddać się swemu przeznaczeniu i stanąć po stronie matki? Decyzja ta nie jest łatwa. W nowym świecie pozna bowiem osoby zarówno mu przychylne jak i wrogo nastawione. Władze Terry, początkowo traktują go jak więźnia i królika doświadczalnego. Z drugiej strony Ayato zyskuje w końcu coś na kształt prawdziwego domu, którego nigdy nie miał, oraz prawdziwych przyjaciół.
Zamysł twórców jest oczywisty, dać głównemu bohaterowi ciężar, którego nie jest w stanie udźwignąć, pozwolić na interakcję z postaciami o różnych osobowościach, z bardzo różnym nastawieniem do niego, od wrogości aż po miłość, i obserwować jak to wpłynie na jego własną psychikę. Ten sam cel przyświecał Hideakiemu Anno, kiedy tworzył „Evangeliona”. Jego pomysłem było także, umieszczenie w swoim serialu elementów, gwarantujących mu widownię, czyli mechów, ale jednak bardzo oryginalnych, oraz ciekawej, poplątanej i tajemniczej intrygi. Te same elementy znajdujemy w „RahXephonie”. Jego twórca i reżyser Yutaka Izubuchi nie polegał jednak tak dokładnie na recepcie komercyjnej. Shounenowe elementy komediowe pojawiają się tylko na początku serii i nie są tak intensywne, a prawie zupełnie usunięto scenki rodzajowe wynikające z krańcowych różnic charakterów, które nader często stosowane są komediach, np. w „Evangelionie” były to sztampowe relacje między Shinjim i Asuką. Również schematycznym motywem było w tamtej serii umieszczenie dziecka za sterami Mecha, co w opisywanym anime naprawiono, dodając pilotowi rahxephona kilka lat i czyniąc go tym samym bardziej realnym kandydatem do tej roli. Izubuchi nie rozpoczyna także każdego odcinka nieoryginalną chwytliwą pioseneczką, tak jak twórca „Evangeliona”.
„RahXephon” wydaje się być przeznaczony dla odrobinę wrażliwszego widza. Serial wydaje się bowiem być wykonany delikatniej i troszkę bardziej artystycznie. Zastosowano tu, dość niespotykany projekt twarzy postaci, który po odrobinie przyzwyczajenia czyni postacie niezwykle ładnymi. Osobiście uważam że „RahXephon” nie ma sobie równych pod tym względem. Scenografie, animacja i efekty wizualne stoją tutaj także na bardzo wysokim poziomie, widać w nich też większe wysmakowanie. Również strona muzyczna oferuje nam więcej świeżości i choć miejscami dokonania Shiro Sagisu bardzo przypomina, znajdziemy w niej więcej artyzmu.
Niektóre z postaci towarzyszących Ayato podczas serialu przypominają trochę te poznane przez widzów „Evangeliona”. Porównania nasuwają się same: postać Ayato to oczywiście starsza wersja Shinjiego, Haruka to Misato, a Quon to Rei. Postacie te nie są oczywiście wiernymi kopiami swoich odpowiedników, w każdym przypadku odkryjemy jakieś różnice w osobowościach, czy charakterze. Są jednak równie interesujące jak w dziele Anno. Twórcy „RahXephona”, choć od tego nie stronią, nie zaglądają tak bardzo głęboko w psychikę głównych bohaterów, co w „Neon Genesis Eavangelion” było doprowadzone do przesady, zamieniając pod koniec ów serial w ciężką, trudną do ogarnięcia psychodramę. W „Evangelionie” dużym plusem była gra aktorska seiyuu. Zatrudniono do niego same sławy, a one włożyły w odgrywane role bardzo wiele emocji. Gra Megumi Ogaty i Megumi Hayashibary to po prostu majstersztyk. Natomiast w „RahXephonie”, mimo zatrudnienia równie ciekawej obsady aktorów głosowych, czegoś takiego niestety nie znajdziemy.
Podsumowując, „RahXephon” pod względem wykonania być może przewyższa produkt Gainaksu, ale oczywiście nazwać go dziełem oryginalnym nie można. To jest swobodnie potraktowana kopia „Evangeliona”, jednak wykonana bardzo dobrze, równie ciekawa, równie dramatyczna i porównywalnie wciągająca, ale nie mu tutaj tego drugiego dna, które z „Evangeliona” czyni produkcję wybitną. Jestem jednak pewien, że tak jak mnie, fanów „Neon Genesis Evangelion” mimo wszystko serial ten zadowoli i dostarczy wielu intensywnych przeżyć.