Menu

 
 

Zaprzyjaźnione strony

 
Tanuki
Radio Banzai
Anime Heaven
Dragon Ball Nao
Kage
Inner World - Polski Portal jRPG
Anime Dream
Japonia Dream i Japan Horror
bleachHEART
Kyaa - animacja, kultura japońska, manga
Banzai!
Dairokkan
 
 

Reklama

 
 

Komentowany artykuł

Jeśli w potężnym bogactwie historycznym istnieje wydarzenie o przerażającej powtarzalności, to niewątpliwie jest nią konflikt oraz będąca jego ekspresją w większej skali wojna. Twierdzili tak zarówno Homer, jak i Yang Wenli, więc polemizować z tą tezą zwyczajnie już mi nie wypada. O tym jednak, że wojna, od zarania dziejów towarzysząca i tworząca naszą ludzką cywilizację, jest także niezwykle ważnym tematem kulturowym, warto dodatkowo przypomnieć. W końcu nie od parady jedne z najstarszych znanych pism historycznych, że choćby od Homera nie odstępując, opowiadają o losach epickich wojen, które do dziś rozpalają umysły interpretatorów tych bardziej lub mniej prawdziwych wizji. Wojna była tematem stałym od początku kultury mówionej, potem pisanej, a potem także znajdującej swe audiowizualne ujście, a w tym mieści się jakże bliska nam japońska animacja. Niech o tym, jak bardzo obecny był ten kulturowy wojenny fetysz w japońskiej animacji, poświadczą choćby trzy tytuły z grona najważniejszych w dorobku anime: „Space Battleship Yamato” (1974), „Mobile Suit Gundam” (1979) i „Super Dimensional Fortress Macross” (1982). Na tej samej fali, co wymienione przeze mnie tytuły, powstały zapewne opowiadania autorstwa Yoshikiego Tanaki o zbiorczej nazwie „Legend of the Galactic Heroes” oraz rozpoczęta w 1988 animowana ich adaptacja pod tym samym tytułem. To ona jest przedmiotem tej recenzji.

Jak już zapewne część czytelników słusznie zdążyła wywnioskować, opisywany tytuł osadzony został w realiach wojennych, a choć Tanaka zdecydował się umieścić akcję w rozbudowanym świecie XXXV wieku, to w rzeczywistości wykreowane przez niego uniwersum stanowi zbiór luźnych inspiracji związanych z tym, co znaleźć możemy w bliższych i dalszych meandrach nowożytnej historii. Można powiedzieć, że istniejący w tym świecie bipolarny (niemal dosłownie) system międzynarodowy jest w zasadzie konfliktem dwóch systemów wartości, które znajdują swe ujście w arystokratycznej monarchii oraz demokracji przedstawicielskiej. Oś ideologiczna od początku jest tu czymś więcej niż ubarwieniem, dodatkiem. To ona determinuje bohaterów, którzy, wychowani w duchu pewnych idei, z trudem odnajdują się w innych realiach. Głównym narratorem tej ideologicznej polemiki będzie jeden z głównych bohaterów – Yang Wenli, z zamiłowania historyk, z zawodu zaś oficer floty Sojuszu Wolnych Planet. Jego oponent z floty Galaktycznego Imperium – młody, ambitny i niezwykle utalentowany admirał Reinhard von Lohengramm – wnosi także sporo uwag do tej polemicznej dysputy. Spieszę jednak rozwiać wątpliwości co do charakteru fabularnego „Legend of the Galactic Heroes”. Nie jest to oczywiście pasmo dyskusji między głównymi bohaterami, raczej poprawniej byłoby powiedzieć, że za ideami przemawiają czyny, które ważą na całej historii.

I właśnie o motywie historii w kontekście „Legend of the Galactic Heroes” należałoby przede wszystkim opowiedzieć. Przez całą tę ponad stuodcinkową podróż towarzyszyć nam będzie wszechwiedzący narrator, który nadaje wrażenie, że w zasadzie oglądamy coś na kształt historycznego przedstawienia, którego wydarzenia obserwowane są z szerokiej perspektywy. Moim zdaniem jest to całkowicie celowy zabieg autorów, a tezę tę w najprostszy sposób potwierdza tytuł, który mówi przecież o „legendzie”, choć słowo to stosowane jest tu raczej jako ubarwienie, przedstawiane wydarzenia niewiele mają bowiem wspólnego z tymi, które zwykło się w legendach umieszczać. Twórcy są niezwykle przywiązani do realistycznego wielowątkowego ciągu przyczynowo-skutkowego, a scenariusz wydaje się wyjątkowy, nie tyle ze względu na same wydarzenia, ale pieczołowitość i sprawność ich przedstawiania. Wydarzenia kreują się niemal same, niczym w prawdziwej historycznej opowieści. Tanaka, a za nim twórcy animowanego serialu, przez całą serię podsuwają nam także o tyle znaną, o ile magiczną myśl. „Legend of the Galactic Heroes” jest bowiem opowieścią o tym, że historię tworzą wybitne jednostki, które znalazły się w odpowiednim miejscu i czasie. To właśnie tytułowi bohaterowie, ludzie większego i troszkę tylko mniejszego formatu, są esencją tej serii. Sposób ujęcia tego tematu najczęściej unika charakterystycznych dla anime przerysowań, jest do bólu wiarygodny, a pozornie jedynie odległa przyszłość sugerować może nam jedynie, że pewne kwestie w naszej cywilizacji mają charakter uniwersalny. Scenariusz posiada całe multum wiarygodnych postaci, które reprezentują szerokie spektrum osobowości we wszelkich odcieniach szarości.

Całe te historiograficzne tło produkcji, całkowicie naturalnie, połączone zostało ze space operą w starym stylu. Jest to konceptualnie stare anime, sprzed epoki, gdy prym przejęły bohaterki kobiece, które stały się albo nieświadomymi agitatorkami feminizmu, albo wręcz przeciwnie – obiektami szowinistycznego fanserwisu. Trochę ciężko przyjąć to jako obiektywną zaletę, gdyż każda epoka ma swoje kulturowe wzorce, jednak osoby współczesnymi jej odmianami trochę zmęczone z pewnością docenią tę różnicę. Stworzona przez Tanakę rzeczywistość zakłada jednocześnie pewną specyficzną umowność i akceptację dla pewnej konwencji. Można powiedzieć, że tytuł ten jest swego rodzaju space operą w stylu retro, z zastrzeżeniem, że jest ona traktowana wyłącznie w tonach serio. Realizm tego tytułu istnieje jedynie w granicach przyjętej konwencji, ciężko bowiem traktować sam świat „Legend of the Galactic Heroes” w kategoriach realności.

Charakterystyczną cechą „Legend of the Galactic Heroes” jest także pewna fascynacja wojskowością. I co ciekawe, nie ma to ujścia w postaci wymyślnych narzędzi militarnych. Sporą wagę mają za to żołnierskie cnoty, takie jak honor, rozwaga i poświęcenie, a z ekranu bije pewne chłopięce zauroczenie romantyzmem wojny. W konsekwencji, ważnym elementem są kosmiczne batalie, które wytyczają większość punktów zwrotnych opowieści. Z drobnymi wyjątkami przypominają one potyczki wielkich morskich armad, choć ma to swój niewątpliwy urok, gdy bitwa rozgrywa się w umysłach wielkich dowódców, a wynik opiera się przede wszystkim na ich geniuszu i sprawności realizacji taktycznych manewrów. To główna takowych atrakcja, choć przyznam, że nie jedyna. Mimo sporej skromności realizacji, potyczki te zachowują swoją epickość, choćby ze względu na potężną skalę bitew, w których biorą udział miliony żołnierzy, ale też dzięki doniosłemu tonowi narracji, który im towarzyszy. Jeszcze większe wrażenie robi użycie klasycznego repertuaru jako muzycznego tła. Kto bowiem nie ulegnie urokowi wielkiej batalii w rytm Brahmsa, Czajkowskiego, Beethovena czy Prokofiewa? Taki podkład towarzyszy całej serii w potężnej ilości, tworząc złotą oprawę dla „Legendy o galaktycznych bohaterach”.

W kategorii wizualnej dominuje już skromność. Trochę czasu zajęło twórcom dopracowanie kwestii dokładnego rysunku czy ruchu animacyjnego, ale z czasem bywało lepiej, a przyzwyczajony widz całkowicie wybacza niedostatki, które wynikają raczej z pewnych budżetowych ograniczeń, aniżeli „fuszerki” ze strony rysowników. Szczerze jednak przyznam, że gdzieś tam pojawiała się nutka żalu, że wspaniała klasyczna oprawa muzyczna i epicki rozmach wydarzeń nie mogły zostać połączone z wizualną poezją, porównywalną dla przykładu do „Macross: Do You Remember Love?” (1984). Uczciwie przyznaję jednak, że oczekiwania takie, ze względu na niebotyczną długość serii, pozostawały zdecydowanie w sferze nierealnych marzeń. Pod względem stylistyki, seria (mimo że koniec produkcji miał miejsce w roku 1997) mocno tkwi jeszcze w latach osiemdziesiątych, choć ponownie, ciężko to rozpatrywać w kategoriach obiektywnych wad i zalet.

„Legend of the Galactic Heroes” pod względem solidności scenariusza niemal wgniata piedestałem swojego pomnika większość tytułów animowanych, a już w szczególności te współczesne. Dla tych, którzy „kupią” serwowaną konwencję, te sto dziesięć odcinków nie będzie należało do przygód długich, pozostali zaś zrezygnują zapewne już po seansie pierwszej serii. Mnie uwiódł on swoją historyczną narracją i wspaniale przemyślanymi bohaterami. Jest w tej produkcji jakaś nutka dziejowego romantyzmu, który w ambicji i zdolności ofiary poszczególnych jednostek widzi drogę do sukcesu ich ideałów. Wojna w tym tytule nie jest traktowana – jak to często u Japończyków bywało – z punktu widzenia pacyfistycznej idei. Powiedziałbym wręcz, że przez obraz przebija się pewna fascynacja ideą walki, ale walki w imię jakiejś romantycznej idei. Takie podejście twórców to kolejny element, który tworzy niepowtarzalną atmosferę kosmicznej „legendy”. Po tym seansie i ja wyciągam dłoń ku niebu, aby złapać gwiazdy. Tym samym jestem kolejną osobą, która powtarzając naiwny gest, próbuje posiąść to, co dla mnie nieosiągalne. Ale czy jest to równie nieosiągalne dla prawdziwych bohaterów?

 

Napisz komentarz

 
Twój nick lub imię i nazwisko:



Temat komentarza:



Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co ....


Musisz odpowiedzieć na pytanie lub uzupełnić zdanie, pomożesz nam w ten sposób walczyć ze spamem.

:smile::kawaii::bgrin::polzart::cool::jezor::readman::ziew::sad::sceptyk::cry::bad::angry::zabije::cross::zmiesz::shock::niewzrusz::niepowiem::uhoh::azu:


 
Start
 »
Redakcja
,
FAQ
,
Zaprzyjaźnione strony
,
Wymiana bannerów

Anime
 »
Recenzje
,
Zajawki
,
Tytuły
,
Postacie
,
Seiyū
,
Twórcy
,
Studia
Słowniczek
 »
Katalog
,
Indeks

Artykuły
 •
Forum
 •
Galeria
Linkownia
 »
Katalog
,
Lista
,
Kategorie
,
Typy witryn