O ludziach działających oryginalnymi metodami stworzono już wiele produkcji. Z najbliższego otoczenia wystarczy wspomnieć nauczyciela Onizukę, robiącego rzeczy od których niejednemu nauczycielowi włos zjeżył by się na głowie. Mimo to GTO swoją postacią zdołał przekazać kilka ważnych rzeczy swoim uczniom. A co powiecie drodzy czytelnicy na kapitana statku kosmicznego? Jego metody zastosowane w realiach zapewne szybko skończyłyby się w jakiejś czarnej dziurze, jednak nie w przypadku kiedy przysłowie „Głupi ma zawsze szczęście” działa w stu procentach.
Zanim Justy Ueki Tylor objął dowodzenie na kosmicznym niszczycielu „Soyokaze” („łagodna bryza”), był zapijaczonym kloszardem. Do armii postanowił wstąpić, ponieważ to łatwe życie, wszystko jest za darmo, nie trzeba martwić się rachunkami i można sobie wygodnie pospać pomiędzy walkami... Jeszcze zanim został przyjęty zdążył zniszczyć główny komputer armii, który nie był na tyle idioto-odporny, żeby przewidzieć, że ten będzie chciał uwieść jego AI o wyglądzie pięknej kobiety... Jedną bowiem z zalet Tylora jest to, że jak to się mówi „ma gadane”. Do armii wstąpił więc bez trudu i pozostałby nieważnym urzędnikiem wojskowym, gdyby nie fakt przypadkowego uratowania pewnego admirała na emeryturze i dwóch jego córek z rąk porywaczy.
Szefostwo UPFS, w osobach admirałów Fuji i Mifune, postanowiło wykorzystać sytuację i nagrodzić dzielnego urzędnika, ale bardziej pozbyć się głupca, który tylko wprowadza zamęt. Niestety ich decyzja o powierzeniu mu statku kosmicznego z kompletnie niezdyscyplinowaną załogą, odniosła skutek odwrotny od zamierzonego. Nie wzięli bowiem pod uwagę szczęścia posiadanego przez nowego kapitana „Soyokaze”, który nie tylko nie został przez nich doprowadzony do szaleństwa, ale jego „róbta co chceta” spowodowało, że indywidua z dolnych pokładów statku zaczęły patrzeć na Tylora inaczej, co nie znaczy lepiej. Zapytani o to co myślą o kapitanie, stwierdzają jednogłośnie że słowo „idiota” nabiera przy nim zupełnie nowej wartości... Jednak to im będzie łatwiej zaakceptować filozofię życia Tylora, który jako prosty człowiek, niewiele różni się od swoich żołnierzy i pilotów myśliwców.
Oficerowie znajdujący się na statku długo nie będą mogli pogodzić się z metodami kapitana, a szczególnie pierwszy oficer Yamamoto, który będąc wzorowym żołnierzem nie może znieść, że ktoś tak nieodpowiedzialny jak Tylor, kieruje losem całej załogi „Soyokaze”. Równie wzorowa i trzymająca się przepisów jest Yuriko Star, która chciałaby nauczyć kapitana odpowiedzialności, jednak to ją przerasta, bowiem Tylor jest kompletnie niewyuczalny, lub raczej ma zupełnie inny pogląd na to jak powinien dowodzić załogą niszczyciela.
No dobrze, mówimy o wojennych okrętach kosmicznych, to przydałby się jakiś wróg. Raalgoni – odwieczny wróg ludzi, który wyglądem od swoich przeciwników się nie różni, natomiast jest waleczny jak mało kto. Problemem imperium jest brak zdecydowanego przywódcy – władzę pełni szesnastoletnia księżniczka Azalyn. Sprytni doradcy podsunęli jej pomysł wojny twierdząc, że flota UPSF jest odpowiedzialna za śmierć jej ojca.
Po przypadkowym zwycięstwie Tylora nad kilkoma statkami Raalgonów, uznają Tylora za godnego i bardzo niebezpiecznego przeciwnika, do tego stopnia, że poślą na „Soyokaze” szpiega, który ma wybadać jakim człowiekiem jest jego kapitan. Dla szpiega w osobie pięknej Harumi, rozszyfrowanie nieprzewidywalnego Tylora stanowić będzie problem praktycznie nie do rozwiązania. Jego zachowania, szczególnie wobec niej samej, zrodzą więcej wątpliwości co do jego osobowości, niż przed pierwszym spotkaniem z Tylorem.
Znudzona do tej pory załoga „Soyokaze”, preferująca bójki między sobą, będzie miała pełne ręce roboty. Z jednej strony admirałowie chcący raz na zawsze pozbyć się Tylora i Soyokaze powierzać mu będą podstępne zadania pozornie nie do wykonania, a z drugiej Raalgoni rozwścieczeni i przerażeni kolejnymi nieprzewidywalnymi posunięciami kapitana, zechcą go pojmać i zlikwidować. Nietrudno zgadnąć, że wspólna walka zbliży załogę i jej kapitana do siebie, a być może przekona opornych o słuszności filozofii promowanych przez Tylora. Jego pozornie głupie i nieprzemyślane decyzje uratują skórę załodze statku niejednokrotnie i kapitan powoli zacznie przekonywać swoich podwładnych, że na wojnie przede wszystkim liczy się szczęście – co przyzna nawet Ru Baraba Dom, świetny strateg i rozsądny doradca księżniczki Azalyn. Według Tylora zasady są po to żeby je łamać, a dyscyplina po to żeby jej nie przestrzegać. Justy Ueki Tylor jest jednym z tych niepokornych, nie pozwalających się zaszufladkować, którzy pojawiają się co jakiś czas na świecie, aby wyregulować skostniały organizm zachowań i tchnąć życie w martwe zasady.
„Irresponsible Captain Tylor”, pojawił się w Japonii najpierw na kartach opowiadań nieżyjącego już Hitoshiego Yoshioka pod tytułem „Musekinin Kanchou Tylor”. Seria animowana na podstawie opowiadań została wyemitowana w Japonii na przestrzeni lat 1993-1994. Jej popularność była na tyle duża, że dokręcono wiele części OAV. Było to siedem wydawnictw w tym trzy dwuczęściowe. W kolejności wydawania były to: „An Exceptional Episode Movie”, „The Importance of Being 16”, „The Samurai's Narrow Escape”, „The High Tech Opposition”, „White Christmas”, If Only the Skies Would Clear„ oraz ”From Here to Eternity Movie„. Autor opowiadań, biorący czynny udział przy projekcie, zmarł w trakcie tworzenie pierwszego z nich. Jego dokończenia i pracy nad kolejnymi odcinkami podjęła się córka autora, Taira Yoshioka.
Serial główny to oczywiście w głównej mierze komedia i to całkiem niezła. Scenariusz jest raczej solidny, a postacie ciekawe. W pewnym momencie, kiedy wydaje nam się, że już niczego nowego wymyślić się nie da, autorzy wpadają na kilka ciekawych pomysłów, akcja przenosi się nawet na inne okręty wojenne, a Tylor otrzymuje bardzo ”ładne„ nowe imię od księżniczki Azalyn...
Anime to należy do starej szkoły, co widać po projekcie postaci, muzyce i scenografiach. Mimo wszystko jest bardzo dobrze zrealizowane, szczególnie jak na jego rozrywkową tematykę. Scenografie są szczegółowe, animacja postaci całkiem dopracowana. Muzyka zdecydowanie lepiej niż przeciętna, w końcu nazwisko Kawai do czegoś zobowiązuje. Oczywiście to nie są mroczne plamy, jak w ”Ghost In The Shell„, muzyka bardziej przypomina tu ”Patlabora", szczególnie jeśli chodzi o utwory rozrywkowe.
Ta seria na pewno nie powali was na kolana, ale jako dość wybredny fan anime twierdzę, że czas spędzony na oglądanie Tylora nie był dla mnie stracony. To po prostu całkiem przyzwoity kawałek nieskomplikowanej, ale miłej rozrywki.