Kolejny film stworzony przez Production I.G, tym razem nie tak ciekawy jak inne produkcje studia („Ghost in the Shell”, „Jin-Roh”). Jednak fakt, iż Mamoru Oshii maczał w tym palce powoduje, że tego krótkiego horroru być może nie powinniśmy tak po prostu pominąć.
Faktycznie anime to robi wrażenie, szczególnie kiedy oglądamy je w kompletnych ciemnościach, z delikatnie podkręconym dźwiękiem. Potrafi wgnieść w ziemie efektami dźwiękowymi, przy równie dopracowanych efektach specjalnych i animacji. Wykorzystano tu sporo ujęć renderowanych, które trzeba to przyznać, są wykonane bardzo dokładnie i dość dobrze łączą się z postaciami narysowanymi metodami tradycyjnymi. Blood, który po raz pierwszy został pokazany w Montrealu na festiwalu filmowym Fantasia w lipcu 2000 roku, jest pierwszym całkowicie cyfrowym filmem studia. Przez całkowicie cyfrowy autorzy mają na myśli ręczne rysowanie konturów, a kolorowanie, cieniowanie i całą resztę robioną na komputerach. Film projektowano i realizowano trzy lata, a jego budżet to cztery i pół miliona dolarów. Projekt był dotowany przez państwo, które było zainteresowane wykorzystaniem technik używanych przy produkcji tego anime. Jego reżyserem został Hiroyuki Kitakubo, który miał już wcześniej do czynienia z animacją komputerową przy produkcji konsolowej wersji „Ghost in the Shell”, gdzie reżyserował wstawki renderowane. Film jest częścią projektu w skład, którego weszła jeszcze manga autorstwa Oshii oraz gra komputerowa na Playstation 2.
Rzecz dzieje się w latach 60-tych, Amerykanie walczą w Wietnamie, a ich baza wojskowa znajdująca się na terenie Japonii wspomaga działania wojenne. Przybywają do niej specjalni tajni agenci, którzy mają wyjaśnić zagadkowe samobójstwa mające miejsce na terenie tego wojskowego kompleksu. Jednym z agentów jest, wyglądająca na nastolatkę, Saya – tajemnicza i nieprzyjazna dziewczyna określana jako „ostatni oryginał”. Jej zachowanie wydaje się być zrozumiałe, biorąc pod uwagę to czym się na co dzień zajmuje. W wyrazie jej twarzy widać niechęć zmieszaną z lekkim obrzydzeniem. Wygląda to tak, jakby w swoim życiu unieszkodliwiła już zbyt wiele stworzeń nie z tego świata. Agenci domyślają się, że nie chodzi o samobójstwa, tylko o działanie chiropteranów – potworów ukrywających się pod ludzkimi postaciami. Udając uczennicę, uzbrojona w samurajski miecz Saya ma odnaleźć i zlikwidować monstra.
Scenariusz nie jest jak widać wyjątkowy, powiem więcej, z pewnością jest najsłabszym składnikiem filmu. Mamoru Oshii tym razem się nie popisał. Wymyślił historyjkę tak amerykańską, że jedyną japońską w niej rzeczą jest miecz. Mamy więc kolejny tandetny, niskobudżetowy horror, których Amerykanie nakręcili u siebie setki, jeśli nie więcej. Scenariusz ten poza kompletnym brakiem oryginalności, wydaje się być niedokończony. W zasadzie wygląda to jak wyjęty ze środka, jeden odcinek jakiejś serii, co jest w sumie prawdą jeśli wspomnimy o uzupełniającej mandze i grze video, ale nie jestem przekonany, czy pozostałe części tej dziwnej trylogii uzupełnią tę lukę w sposób wystarczający.
Być może film ten był po prostu pretekstem, aby twórcy mogli pobawić się świeżo zakupionymi programami komputerowymi i wręcz na kolanie napisali scenariusz. I tu trzeba przyznać im wyróżnienie. Pod względem efektów wizualnych i dźwiękowych film jest bardzo dobrze zrealizowany. Doskonale oddano tu mroczny nastrój, są momenty, podczas których w sprzyjających warunkach można się przestraszyć. Jak przystało na rasowy horror, twórcy umieścili w nimi kilka dość krwawych i brutalnych scen. W 2003 roku niejaki Ronny Yu, który na swoim koncie ma już kilka horrorów, postanowił nakręcić film akcji na podstawie opisywanego anime. Nie wiadomo co z tego wynikło. Obawiam się jednak, że efekty tego mogłyby być ciężkostrawne...
„Blood: The Last Vampire” nie ma praktycznie żadnej wartości artystycznej. Jeśli już to warto go obejrzeć tylko ze względu na techniki w nim użyte, oraz na dobrze oddany mroczny klimat, dorównujący dobrym horrorom zachodnim.