A gdyby tak zacząć od quizu? Ma ktoś ochotę na takie rozwiązanie zamiast zwyczajowego „tytuł, o którym tu mowa...”? Oczywiste jak formularz rozliczenia podatkowego pytanie brzmi: z jakim anime kojarzy wam się poniższy opis?
Oto mamy specjalny oddział policji, na którego czele stoi siwowłosy szef zwany Szefem. Człowiek ten ma zszargane nerwy, gdyż jego podopieczni uwielbiają działać niekonwencjonalnie, a „niekonwencjonalnie” w ich przypadku zawsze sprowadza się do radosnego niszczenia mienia publicznego. Później trzeba pisać obszerne raporty i świecić oczyma przed zwierzchnikami. Szef jednak wskoczyłby w ogień za swoimi ludźmi, bo w sumie to ich kocha – nie znają znaczenia słów „urlop”, „życie prywatne”, zaś hasło „zwalczanie przestępczości pod każdą postacią” mają wyryte głęboko w sercach.
Zespół, o którym tutaj mowa, wyróżnia się spośród innych specjalnych oddziałów policji działających na terenie New Port City tym, że o jego sile stanowi wypadkowa charakterów poszczególnych członków, co podsuwa nam kolejny poręczny slogan mówiący o próbach „godzenia wody z ogniem”. Na przykład taka Leona Ozaki. Nie dość, że uwielbia działać na własną rękę, za nic mając zalecenia kapitana Brentena (kawał chłopa z rodzaju tych, którzy najpierw strzelają, a potem o cokolwiek pytają, jeśli w ogóle raczą się odezwać), to na dodatek jest lekko ekscentryczna, ostentacyjnie kierując płomienne wyznania miłosne pod adresem... broni, a konkretnie czołgu. Jakim herosem w sferze uczuć trzeba być, by wspiąć się na szczyty takiej empatii? Mnie nie pytajcie. Okolicznością działającą na korzyść Leony jest jednak fakt, że czołg nie jest duży, więc można pomylić go z maskotką, a maskotki można darzyć uczuciami, prawda? Nie powinni tego jednak robić przestępcy, bo Bonaparte, obiekt westchnień Leony, to istny kolos, gdy przyjdzie co do czego. Pojawia się znikąd, ściga do upadłego i pluje ogniem z taką zawziętością, że trudno tu mówić o jakichś sensownych proporcjach i rozkładzie sił na linii Leona-źli ludzie. Z zawodowym partnerem Alem, chyba lekko zadurzonym w policjantce, Leona ciężko pracuje na kiepską reputację w środowisku przestępczym New Port City.
Ale i tak wszelki wysiłek policji pancernej poszedłby na marne, gdyby nie przychylność pani burmistrz, która jak tylko może próbuje bronić oddział przed rozwiązaniem. I ma rację, bo w sumie szkoda – w policji pancernej jest miejsce i dla speca od hackingu i mechanika-cudotwórcy oraz generalnie wielu utalentowanych ludzi, dzięki którym mieszkańcy New Port City zasypiają w rytm regularnych kanonad fundowanych im przez naszych bohaterów.
Jednak nie wszyscy z płacących podatki rozumieją, że każdy zburzony budynek, każda wyrwa w murze, przybliża stróżów prawa do ostatecznego pognębienia sił zła. Stąd regularne pikiety i demonstracje pod oknami siedziby policji pancernej. Stąd nerwowość Szefa i frustracja policjantów. Jakby tego było mało, znikąd pojawia się zagadkowa pająkowata machina bojowa potrafiąca przemieszczać się po wszelkiego rodzaju powierzchniach oraz zwisać z sufitu, a której najwyraźniej zależy na konfrontacji z czołgami policji pancernej. Żeby tego było mało, zostaje zamordowana przyjaciółka Leony, a miasto zalewa fala aktów terrorystycznych. Ktoś za tym stoi, więc ktoś się musi temu przyjrzeć.
Dla tych, którzy nie śledzili z uwagą powyższego wprowadzenia w świat „Policji pancernej Dominium”, słowem podsumowania: specjalna jednostka policji, na której czele stoi siwowłosy Szef, policjanci korzystający w trakcie czynności operacyjnych z mobilnych pojazdów bojowych, charyzmatyczna policjantka, spece od światów wirtualnych, złośliwe androidy-bliźniaki, terroryści, uliczne gangi, świat polityki infiltrowany przez potężny koncern Dai Nippon Gaiken, sprzyjająca naszym bohaterom pani burmistrz, prototypowa broń, itd. Jakie anime przychodzi wam na myśl w pierwszej kolejności? Ci z was, którzy odpowiedzą „Ghost in the Shell”, mają rację i mogą napisać w CV, że są bardzo inteligentni.
Tak, „Policja pancerna Dominium” to ni mniej, ni więcej tylko bliski kuzyn słynnego tytułu-legendy, i choć bez problemu da się na pierwszy rzut oka znaleźć pomiędzy obydwoma tytułami tuzin kolosalnych różnic, to i tak widać, że obie historie wyszły spod ręki Masamunego Shirowa. Świadomie w opisie tego sześcioodcinkowego OAV z 1993 roku starałem się posługiwać lżejszym tonem, bo w przeciwieństwie do swojego nobliwego kuzyna, „Policja pancerna Dominium” (jak i wcześniejsze „Dominion – pancerna policja” z 1988 roku) jest w założeniu dziełkiem wybitnie rozrywkowym, choć również zaliczanym do klasyki cyberpunku. Trudno powiedzieć, czy Shirow, tworząc mangowy pierwowzór Leony i spółki, dobrze się bawił, bo żart w wersji animowanej sprowadza się do niewyszukanych scenek rodzajowych, czerpiących swój komizm z bitewnego chaosu, jaki wokół siebie rozpętuje pancerna policja. Alternatywą dla tej opcji jest, z założenia chyba, komiczna kreacja bliźniaczek-androidów, parających się rabunkiem Annypumy i Unipumy. Te wystylizowane na seksualne kocice przypominające Pris z „Blade Runnera” androidy mocno zachodzą za skórę policji pancernej, wplątując Leonę w nieustanne tarapaty. Łatwo w związku z tym rzucić pod adresem „Pancernej policji Dominium” oskarżenie, że jest to niezbyt mądra produkcja, ale moim zdaniem trzeba naprawdę złej woli, by takim argumentem zbywać ten przyzwoity tytuł. Jest on bowiem idealny do celów czysto dydaktycznych: bezboleśnie wprowadza w skomplikowany i wieloznaczny świat Masamunego Shirowa, dając o nim całkiem niezłe wyobrażenie.
Bawiąc się konwencją kina rozrywkowego, adaptatorzy mangi „Dominion” pokazują świat zaludniony przez silne kobiece charaktery, chronicznie niedofinansowaną policję, świat wstrząsany społecznymi niepokojami, kierowany przez dwuznacznych polityków i prawie zawsze jednoznacznie złych biznesmenów. „Policja pancerna Dominium” to jednak przede wszystkim studium rozwoju nowych form przestępczości, która w roli środka zastraszania coraz rzadziej obsadza broń palną, a coraz częściej sięga po zaawansowane technologie prokurowane przez sieć i potęgę krzemu. Zbrodnia traci konkretne oblicze, jej śladów należy szukać między tekstami, na kolejnych poziomach wirtualnego wtajemniczenia. W tym kontekście czołg Leony jest rozczulającym anachronizmem, choć można zadać sobie pytanie, czy nadal jest to zabawne, czy może jednak coraz bardziej niepokojące? Odpowiedzi na te pytania trzeba jednak szukać w „Ghost in the Shell”.
Noboru Furuse, reżyser „Policji pancernej Dominium”, zdawał chyba sobie z tego sprawę, więc by nie obciążać swojej produkcji tego typu ciężarem pytań, nadał jej na poły karykaturalnego posmaku. Bohaterowie w rysunku są z lekka odrealnieni, ich problemy także, więc młodszy widz nie powinien mieć problemu, by się w tym świecie zadomowić.
Póki co, Leona i jej koledzy z pancernej policji jakoś sobie dają radę, a Szef, chociaż bardzo boi się gniewu zwierzchników, może spać spokojnie. W New Port City panuje porządek, Motoko Kusanagi trochę się nudzi.