Mamoru Hosoda, reżyser „O dziewczynie skaczącej przez czas”, w jednym z wywiadów prasowych stwierdził, że lubi pracować jedynie nad produkcjami kinowymi. Nie ma oczywiście sensu przy okazji tej opinii rozwodzić się na temat różnic pomiędzy obrazami przeznaczonymi na „duży ekran” a np. produkcjami dedykowanymi medium telewizyjnemu. W innym przypadku należałoby bowiem zacząć opowieść o tak fundamentalnych różnicach jak kompozycja kadru, złożoność scenografii, odmienne rytmy opowieści, wiązanie akcji, budowa dramaturgii itd. Jednak powyższą opinię przytaczam świadomie, gdyż akurat w przypadku opisywanego tutaj tytułu zdaje się w pełni mieć uzasadnienie. Hosoda to bowiem twórca, który przy odpowiednim budżecie, względnej swobodzie twórczej i doborowym zestawie współpracowników potrafi taki potencjał przekuć w wielkie kino. Tak jak w króciutkim filmiku reklamowym „Superfalt Monogram” stworzonym przez Hosodę na zamówienie marki Louis Vuitton – wdzięcznej miniaturce, o bardzo wysokim poziomie realizacji. Tak jak w „Dziewczynie skaczącej przez czas”.
Kanwą scenariusza filmu stała się niezmiernie popularna w Japonii powieść Yasutaki Tsutsuia, pisarza, którego literackie pomysły twórcy anime co jakiś czas z dużym powodzeniem adaptują. Ostatnio chociażby Satoshi Kon, opierając na „Paprice” tegoż film o takim samym tytule.
Fabuła „O dziewczynie skaczącej przez czas” opowiada o losach siedemnastoletniej Makoto Konno, uczennicy szkoły średniej, która spędza czas z dwójką przyjaciół – Chiakim Mamiyą i Kōsukim Tsudą. Trójka przyjaciół bawi się w baseball, prowadzi niezobowiązujące rozmowy na temat planów na przyszłość, prawi sobie drobne złośliwości – krótko mówiąc, jest to typowy portret młodzieży, której życie jeszcze nie nabrało właściwego pędu. Pewnego dnia Makoto, wykonując klasowe obowiązki dyżurnej, przewraca się i w trakcie upadku doznaje dziwnej wizji, podczas której zdaje się podróżować przez czas. Po wszystkim, mocno zdziwiona, znajduje w swej dłoni nieznanego pochodzenia urządzenie, kształtem przypominające orzech włoski. Wiąże ze sobą fakty, po czym wychodzi jej, że niedawno doznana wizja musi mieć jakiś niejasny związek z owym przedmiotem. Następnego dnia, pędząc rowerem do szkoły, Makoto traci kontrolę nad pojazdem, uderza w zaporę przejazdu kolejowego, wpada pod pociąg i... ginie. Chwilę później odzyskuje przytomność i, zdając sobie sprawę, że ocknęła się tuż przed tragicznym zdarzeniem, podejrzewa, że właśnie oto cofnęła się w czasie. By upewnić się, że faktycznie ma rację, dziewczyna bierze długi rozbieg, odbija się od ziemi i... ma rację. Od tej pory jej życie ulegnie diametralnej zmianie. Ciągle cofając się w czasie, Makoto obsesyjnie zaczyna kontrolować własne życie, wybory, słowa, starając się niczego nie pozostawiać przypadkowi. Czyż to nie piękny i błogosławiony dar: nigdy więcej nie popełniać błędów, angażować się we właściwe związki, obdarzać uczuciem właściwe osoby? Okazuje się, że nie do końca. Zwłaszcza, gdy pojawia się niespodziewane uczucie.
„O dziewczynie skaczącej przez czas” penetruje klasyczny schemat fabularny spopularyzowany przez Wellsowską „Maszynę czasu” i przebogatą liczbę wariacji tegoż klasyka, zarówno w filmie, jak i literaturze. Paradoksy rodzące się w konsekwencji podróżowania w czasie stanowią bowiem fabularny „samograj”, którego granice wyznaczają jedynie ramy wyobraźni poszczególnych twórców, chcących się owego tematu podjąć. W przypadku adaptacji, jaką jest „O dziewczynie...”, trudno powiedzieć, nie znając książkowego pierwowzoru, na ile fabuła filmu wierna jest zamierzeniom fabularnym książki Tsutsuia, a na ile podąża własnym torem. W każdym razie Hosoda z przebogatego arsenału wariacji związanych z podróżami w czasie wybrał te, które dają możliwość zgłębienia przede wszystkim sfery emocjonalnej bohaterów. Jest to dość sensowne wyjście, w końcu rzecz dotyczy dorastającej młodzieży, z zasady posiadającej o wiele bardziej emocjonalny stosunek względem otaczającej jej rzeczywistości. Trzeba przyznać, że jest to zgrabnie poprowadzone, a motyw z manipulowaniem czasem świetnie dopełnia obyczajowy walor produkcji, w pewnym momencie wprowadzając nawet do filmu jakieś szczątkowe elementy filozofii. Pojawiają się gdzieś na poboczach głównego wątku istotne pytania o naturę świata, rolę przypadku i przeznaczenia itp. Jeśli mogę zaryzykować śmiałą tezę, „O dziewczynie...” jest w jakiejś mierze popkulturową wersją „Przypadku” Kieślowskiego. Ale proponuję tę opinię traktować z dużym marginesem dowolności interpretacyjnej.
Od strony realizacyjnej film jest bardzo klasyczny, chociaż, jak wspominałem na początku, niezmiernie „kinowy”, perfekcyjnie zrealizowany, pomyślany z imponującym rozmachem. Zapewne bliższa znajomość z tytułem, gdyby mogło dojść do niej w zaciemnionej kinowej sali, byłaby sporym wydarzeniem. Animacja postaci jest tak płynna i złożona, że w zasadzie można tu już prawie mówić o grze aktorskiej, szczególnie w przypadku Makoto. Zresztą nie ma się czemu dziwić, za projekty postaci odpowiedzialny jest bowiem sam Yoshiyuki Sadamoto, jeden z ojców-założycieli Gainaksu, co samo w sobie wystarcza za wszelką rekomendację. Makoto w jego wydaniu jest uroczo roztrzepana, bystra, wrażliwa, miewająca ciągłą huśtawkę nastrojów, egoistycznie rozpychająca się w kadrze, dążąca do samodzielności. Inna sprawa, czy zyskuje dzięki temu sympatię widza.
Dużą frajdę przynosi śledzenie konkretnych rozwiązań formalnych „Dziewczyny...”, gdzie obraz filmowy zdaje się „żyć” własnym życiem: w planach totalnych najbardziej oddalone obiekty przesuwają się w sobie tylko znanych kierunkach, tłum na ulicy nie stanowi zwartej masy ludzkiej, tylko zbiór niezależnych postaci, gdzieś daleko na niebie samolot pozostawia za sobą mleczną wstęgę itd. Filmowcy operują bardzo wyszukanym kadrowaniem: często szukają w przestrzeni naturalnych poziomów i pionów, mogących zagospodarować całą plastyczną przestrzeń obrazu (strzeliste ujęcia chmur, poziomy nadmorskiej skarpy, spadająca w dół wąska uliczka, przy której stoi dom Makoto, pusta przestrzeń szkolnego boiska). Światło zmienia się adekwatnie do pory dnia, wydłużają się cienie, malowniczo osiadając na twarzach bohaterów. Wszystko to jest jak najbliższe ułudzie rzeczywistości, jaką daje nam oko kamery filmowej, przy jednoczesnym zachowaniu wdzięku i umowności typowej dla produkcji animowanych. Warto to podkreślić, gdyż nie jest to odczucie znów tak powszechne w kontekście produkcji animowanych. Jeśli miałbym więc podać jeden jedyny argument przemawiający na korzyść „O dziewczynie skaczącej przez czas”, obstawiałbym owe niwelowanie odczucia obcowania z pętającą opowieść konwencją „rysowanego” świata. Podobne złudzenie bez trudu da się odnaleźć także w twórczej metodzie Kona czy Oshiiego, którzy prowadzą swoich animowanych bohaterów tak, jakby pracowali z prawdziwymi aktorami. „O dziewczynie...” to zarazem bardzo udana opowieść inicjacyjna, wybitnie mogąca przypaść do gustu, szczególnie młodszemu widzowi, na co dzień borykającemu się – podobnie jak Makoto i jej przyjaciele – z własnym emocjonalnym wszechświatem. Mądrość, sprowadzająca się do stwierdzenia, że w życiu nie ma prostych jednoznacznych rozwiązań, pozwalających uniknąć bólu, rozczarowań i porażek, jest natomiast na tyle ważka, by poświęcić jej niejeden artystyczny wysiłek.
„O dziewczynie skaczącej przez czas” prostą drogą, przy dźwiękach fortepianowej fugi Johanna Sebastiana Bacha (bo kogóż by innego?), zmierza w kierunku artystycznego nieba. Dla niezorientowanych wyjaśniam, że jest to miejsce, w którym artyzm nie potrzebuje żadnego dookreślenia i gatunkowej szufladki. I jakie to budujące, gdy człowiek pomyśli sobie, że od dłuższego czasu film stoi na swojskiej sklepowej półce, zbierając kurz.