Nowe anime o mechach z Gainaksu – na to hasło spora grupa osób z miejsca żegna się z rodziną albo poświęca cotygodniowy rytualny wypad w miasto ze znajomymi, byle tylko osobiście sprawdzić, co tym razem jest na rzeczy. Wyżej opisany schemat pasuje również do mnie, bo czego jak czego, ale pozytywnych uniesień Gainax dostarczał mi niejednokrotnie. W zasadzie mógłbym (ale zapewne nie tylko ja) streścić swój animowy życiorys w tych kilku prostych słowach: „Wings of Honneamise”, „Gunbuster”, „FLCL”, „Otaku no video” i „Neon Genesis Evangelion”. I wszystko powinno już być jasne. Sytuacja wyjściowa jest więc taka: mamy wielkie studio, znaczący dorobek i po raz kolejny ogromne oczekiwania.
Świat w oczach prawdziwego mężczyzny nie ma ścian ani sufitu, bowiem prawdziwego mężczyznę nic nie może ograniczać; nie nosi on strachu w sercu – zamknięte przestrzenie są dla tchórzy i więźniów. Sytuacja prawdziwego mężczyzny w świecie pod Powierzchnią nie wygląda więc za różowo, a szczerze mówiąc, jest beznadziejna. Niebo jest z kamienia, nigdzie, gdziekolwiek byś się nie obrócił, nie uświadczysz kojącej zmysły roślinności czy też wyszukanej architektury, zaś twoi współziomkowie, jakby im tego kamiennego nieba nad głową było mało, kopią podziemne korytarze. Na obiad są kotlety. Brrr.
Jednak pewnego dnia staje się cud. Kamienne niebo wali się prawdziwemu mężczyźnie na głowę, jak przepowiadali to nieraz pewni Galowie z zupełnie innej bajki, a on sam staje twarzą w twarz z demonicznym mechem siejącym zagładę w wiosce o nazwie Jiha. Gunmen, bo tak się nazywa ów mech, próbuje wszystko wokół zamienić w kupę kamieni, którą w sumie wszystko wokół i tak jest. Simon i Kamina, dwaj przyjaciele, prawie bracia, próbują coś z tym zrobić. Pomoc oferuje także niejaka Yōko Ritona, dziewczyna-ideał w myśl estetycznych kanonów Gainaksu, szczycąca się wielkimi... atutami i efektowną spluwą, albo odwrotnie – spluwa szczyci się dziewczyną, bo nie wiadomo, kto tu komu jest bardziej potrzebny. Taka to para. Po stronie tej trójki staje także los. Simon wygrzebuje spod sterty gruzu (a jest on specem w tego typu robocie) małego niepozornego mecha Gurrena, który po niespodziewanej aktywacji robi z Gunmenem dokładnie to, co ten jeszcze przed chwilą robił ze wszystkim wokół – obraca go w malowniczy złom.
Teraz już tylko wystarczy pokojarzyć fakty. Mamy po swojej stronie uzbrojoną fajną dziewczynę, mocarnego minimecha, brata na śmierć i życie, co więc stoi na przeszkodzie, by wyruszyć na podbój świata? Według Kaminy – absolutnie nic. Według Simona – absolutnie wszystko. I tak zaczyna się ta przygoda.
„Tengen toppa Gurren Lagann” to kolejna propozycja Gainaksu oparta na schemacie fabularnym, któremu studio jest wierne od niepamiętnych czasów. Mam na myśli przerabiany na wszelkie możliwe sposoby, traktowany raz serio, znowuż innym razem z przymrużeniem oka, schemat opowieści inicjacyjnej, gdzie niepozorny bohater z pomocą grupy przyjaciół stawia czoła złemu światu i samemu sobie. Śledzimy ów proces, czy to w „NGE”, „Gunbusterze”, prehistorycznych „Daiconach”, „Wings of Honneamise”, czy właśnie „Tengen toppa...” Ten firmowy znak rozpoznawczy większości produkcji Gainaksu zawsze nadawał jego działalności walorów uduchowionej nieomal misyjności, forsowania życiowej postawy, z którą identyfikowały się i być może nadal identyfikują niezliczone rzesze otaku na całym świecie. Gainax, ufundowany na doświadczeniu i pasji ludzi wywodzących się ze środowiska otaku, jak żadne inne studio wie, w jakie czułe struny uderzyć, by uzyskać odpowiedni rezonans i uznanie.
W „Tengen toppa Gurren Lagann” Gainax uderzył w tony zdecydowanie lżejsze, stawiając przede wszystkim na zwariowaną zabawę. Nie ma w serii analiz mrocznych zakamarków psyche dziecięcych bohaterów, klimatów à la „Evangelion” próżno wypatrywać będą wszyscy, którzy Gainax kojarzą tylko z tym tytułem. Za to miłośnicy zabawy formą i konwencją anime wygodnie mogą rozsiąść się w fotelu, podkręcić w głośnikach dźwięk do maksimum i pogrążyć w kompletnym szaleństwie.
I z tym mam właśnie lekki problem. Seria pędzi na łeb na szyję, Simon i Kamina wraz z ciągle rosnącą grupą przyjaciół równają z ziemią kolejne fale coraz bardziej wymyślnych mechaprzeciwników, a fabuła w zasadzie jest gdzieś obok, a bywa, że daleko w tyle. Co jakiś czas próbuje się to nadrabiać efektownymi woltami w obrębie fabuły, mającymi utrzymywać nas w przekonaniu, że feeria niekończących się pojedynków służy jakimś wyższym celom. No, powiedzmy. Mnie to nie przekonało, bowiem niekoherentność między ciągnącymi się w nieskończoność sekwencjami walk a fragmentami, gdy do głosu dopuszcza się poszczególnych bohaterów, jest, jak dla mnie, mocno zachwiana. Żeby było jeszcze śmieszniej – wydaje się, że twórcy „Tengen toppa Gurren Lagann” naprawdę chcieli w tej serii powiedzieć coś sensownego na temat roli bohatera w społeczeństwie, kwestii odpowiedzialności tegoż za zbiorowość, unikania słabości, pokus władzy, mierzenia się z wrogami, prawdziwymi czy też wyimaginowanymi. Ba, mamy nawet jakieś szczątkowe próby stawiania pytań o naturę zła i dobra. Nie byłby to w końcu Gainax, prawda? Inna sprawa, że jeśli dobrze odczytuję owe intencje, to nachodzi mnie smutna refleksja, iż bardzo daleko zboczyli z drogi, na którą swego czasu weszli z „Wings of Honneamise”.
Jednak, jak zaznaczyłem akapit wyżej, z ogólnym pomysłem na fabułę „Tengen toppa Gurren Lagann” mam zaledwie „mały” problem, bo koniec końców jest to tytuł, obok którego trudno przejść obojętnie. Na szczytach światka anime nie ma zbyt wielkiego tłoku i grzechem byłoby ignorować tak ważny głos. Kapitalnych pomysłów w „Tengen toppa Gurren Lagann” jest bowiem mnóstwo. Oczywiście, w pierwszej kolejności – projekty mechów, które utwierdzają mnie w przekonaniu, że ktoś kiedyś wymyślił je specjalnie po to, by mógł się nimi do woli „bawić” Gainax. Jedno określenie oddaje to, co w setkach odmian przewija się przed naszymi oczyma – czyste szaleństwo. Trzeba funkcjonować na jakimś wyższym szczeblu świadomości, by projektować takie cuda, jak te w „Tengen toppa Gurren Lagann”. Przewaliła się przed moimi oczyma ta cała cyrkowa menażeria, a ja siedziałem zdruzgotany myślą, jak bardzo posiadam ograniczoną wyobraźnię. Gwoli recenzenckiego obowiązku – jest to miks tego, co widzieliśmy w „Gunbusterach”, „FLCL”, „NGE” i „Dead Leaves” (którego reżyserem był Hiroyuki Imaishi, reżyser „Tengen toppa Gurren Lagann”) oraz dużo, dużo więcej. Do tego dochodzi oczywiście nie znająca absolutnie żadnych praw fizyki animacja i pogoń na łeb na szyję poprzez różne animacyjne stylistyki w rytm podniosłej, orkiestrowej ilustracji.
I tu pojawia się rzecz najciekawsza, poniekąd wynikająca z fabularnych założeń serii. Jeśli bowiem Simon, czyli główny bohater filmu, jest wybitnie uzdolnionym kopaczem, prącym przez życie przy pomocy poręcznego wiertła, drążącym podziemne tunele oraz dziury w nieprzyjacielskich pancerzach czy własnej nieśmiałości, to czy nie dałoby się przenieść tego na trochę wyższy poziom interpretacji i uznać, że przy pomocy „Tengen toppa Gurren Lagann” Gainax drąży tunele w bogatej historii anime? Odcinek po odcinku, scena po scenie, ekipa pod wodzą Imaishiego przebija się przez kolejne pokłady anime, prezentując w błyskotliwym geologicznym skrócie jego historię. Mamy więc króla Spirala, do złudzenia przypominającego swą wyniosłością Zentradi z „Macrossa”, cały, chciałoby się powiedzieć, „harem” postaci dziewczęcych, od clampowatej Nia, bishōnenowatych osobników męskich, po szkolnokomediowe przedstawicielki z co bardziej charakterystycznych produkcji, oraz, rzecz jasna, multiplikowane w ilościach zatrważających bunny girls. Żeby było ciekawiej, Gainax idzie krok dalej i do fabuły wkleja całe partie schematów sytuacyjnych i gotowych scenek, jak chociażby przedstawiające życie bohaterów po wojnie ze złym królem Spiralem. Jest to zabawne, pod warunkiem, że ktoś lubi i akceptuje takie autotematyczne popisy.
Zresztą, cała seria nie jest niczym innym, jak właśnie utrwalaniem przez Gainax swojej niekwestionowanej pozycji w hierarchii światka anime. „Tengen toppa Gurren Lagann” to produkcja bez jakiegoś oszałamiającego pomysłu czy przesłania, opiera się jedynie na biegłości warsztatowej i żonglerce konwencją. Trochę to bezczelne, ale czego nie wybacza się wielkim? Jeśli komuś mało, może przygodę w świecie „Tengen toppa Gurren Lagann” kontynuować wedle ustalonego schematu: pójść do sklepu i kupić opartą na serii grę Konami. Jak na porządnego otaku przystało.
Gainax od lat tkwi na pomniku, który całkiem zasłużenie sobie pobudował. Jak wiadomo, z takiej perspektywy, świat w końcu musi się wydać monotonny i statyczny. Dobrze by się zatem stało, gdyby znalazł się ktoś, kto w fundamentach tego pomnika wywierci solidną dziurę i zrzuci Gainax na twardą ziemię. Marzy mi się bowiem sytuacja, w której musieliby budować swoją potęgę raz jeszcze, od początku. To dopiero byłby scenariusz!