Studio 4°C to fenomen. Działając gdzieś na obrzeżach japońskiego przemysłu anime, partycypując w stosunkowo niewielu projektach, z każdym nowym dziełem rozpala wyobraźnię tych, którzy nade wszystko cenią sobie w sztuce filmowej łamanie formalnych schematów. „Mind Game”, „Tekkonkinkreet”, seria „Sweat Punch” czy „Noiseman Sound Insect” piszą tę niezwykłą historię, jednocześnie ukazując w pełnej krasie niezwykle ciekawą strategię artystyczną Studia 4°C. Przykłada ono bowiem tak samo wielkie znaczenie do produkcji wysokobudżetowych, mających z założenia przynosić zysk (jak np. „Tekkonkinkreet”), jak i niezliczonej ilości filmów krótkometrażowych, mocno eksperymentalnych, czego dowodem ostatni zestaw tychże pod zbiorczym tytułem „Genius Party”. Studio nie gardzi poza tym partycypowaniem w formach czysto komercyjnych, tj. teledyski i reklamy. Wszystko to stanowi poligon doświadczalny, na którym w sposób niczym nieskrępowany, a co najważniejsze – w miarę bezpieczny finansowo, rodzą się pomysły wzbogacające paletę artystycznych środków wyrazu, które są wprost nie do przecenienia.
Oczywiście dla hardcore’owego fana anime, przywiązanego do estetyki powielanej w setkach taśmowo wypuszczanych co roku tytułów, metoda twórcza Studia 4°C może być trudna do zaakceptowania, są to bowiem zazwyczaj filmy bardzo luźno nawiązujące do głównego nurtu dominującej estetyki anime. To sytuacja zupełnie odwrotna do tej, w jakiej funkcjonuje chociażby Gainax, który także wyznacza własne ścieżki, ale ściśle w ramach gatunkowych schematów, które swego czasu sam ustanowił. Filmy Studia 4°C są zaś bliższe pod względem formalnym animacji amerykańskiej czy chociażby europejskiej. Naprawdę, niejednokrotnie trudno byłoby wskazać ich ewidentną „japońskość”, poza faktem miejsca, w którym powstały.
Nie inaczej sprawa wygląda z „Princess Arete”. Ten pochodzący z 2001 roku film, gdyby został poddany konfrontacji z większością dzieł potocznie określanych mianem anime, miałby kolosalne problemy, by sprostać owej weryfikacji. Bliżej mu bowiem do produkcji spod znaku np. Ralpha Bakshiego czy filmów animowanych sygnowanych logo Warner Bros.
Ale po kolei. Najpierw fabuła. A ta, jak przystało na pracę Studia 4°C, jest jak zwykle mocno frapująca, gdyż „Princess Arete” to po prostu (albo aż) klasyczna baśń, o stricte europejskim, ludowym rodowodzie. Nie mamy tu dziwnych gatunkowych hybryd, a jedynie fabularny schemat powielany w niezliczonych odsłonach, w tym najbardziej znanej, czyli Roszpunce. Zapyta ktoś: a cóż w tym oryginalnego? Ano właśnie.
Mamy księżniczkę w zamkowej wieży, pretendentów do jej ręki i złego czarodzieja. Pretendenci, jak to pretendenci, zwożą pod okna księżniczki cudowne podarki, mające skłonić Arete do tego, by ta, doceniając zaradność i oddanie poszczególnych „wybrańców”, powiedziała któremuś: „tak”. Problem w tym, że dziewczynka zupełnie odmiennie pojmuje „cudowność” i miast zachwycać się spacerującymi po stole kuferkami czy cudownymi iluminacjami w kryształowych kulach, woli zgłębiać niesamowity świat, który na co dzień widzi z okna i do którego codziennie ucieka sekretnym przejściem. Czym żyją zwykli ludzie? O czym śnią i marzą? Jak to się dzieje, że powstają piękne rzeczy? Co można zrobić za pomocą własnych rąk i po co jest praca? Jakie są reguły zabaw, którym z zapamiętaniem oddają się dzieci? Po każdej z takich wypraw Arete znosi do swojej samotni więcej pytań niż odpowiedzi, ograniczających księżniczce przestrzeń życiową do niewygodnego minimum.
Tak, już wiecie – to baśń o poszukiwaniu w życiu sensu i mądrości, bo, zgodnie ze słowami Brunona Bettelheima, po to przecież istnieją baśnie. Prowadzą nas za rękę i wskazują ukryte drogowskazy. I taką mądrą baśnią jest właśnie „Princess Arete”.
Jak pisze Bettelheim, mądrość jest czymś, co nie jest dane nam od razu. Dochodzi się do niej powoli, a jej początki są całkowicie irracjonalne. Dokładnie tak, jak w omawianym tu tytule. Czyż jest coś bardziej niemądrego niż poszukiwanie szczęścia i sensu życia w irracjonalnych wyborach, które opierają się na dziwnym założeniu, że mają je zapewnić cudowne fanty? Księżniczka czuje, że nie. Ale co innego? Kolejne pytania bez odpowiedzi. Arete jest w końcu tylko księżniczką z zamkowej wieży, jest bardzo młoda i wystraszona.
Ale nie tylko ona. Równie mocno boją się owej irracjonalności rozsiani po całym świecie czarodzieje, którym za wszelką cenę – nawet cenę życia – łowcy nagród próbują wydrzeć owe magiczne przedmioty. Wielu z nich ginie naprawdę. I wtedy pojawia się na królewskim dworze czarodziej Boax. Prosi Arete o rękę, twierdząc, że potrafi zdjąć z dziewczynki klątwę, którą jest, według dworskich doradców, jej naturalna ciekawość świata. Oświadczyny zostają przyjęte, Arete wyrusza wraz z wybrankiem do jego zamku. Tam przekonuje się, że padła ofiarą podstępnego planu prawdziwego Boaksa, pod którego postacią ukrywał się jego sługa – żabopodobny Grovel. Z zamkowej wieży Arete trafia wprost do lochu, wciąż nie uzyskując odpowiedzi na dręczące ją pytania. Ale to właśnie w lochu rozpocznie się jej długa i mozolna droga w głąb samej siebie, ku prawdzie i mądrości.
I właśnie owym przygodom ducha i narodzinom mądrości poświęcona jest „Princess Arete” w reżyserii Sunao Katabuchiego. To niezwykły obraz oparty na wymyślonej przez Dianę Coles historii pt. „Przygody księżniczki Arete”. Pozbawiony nagłych zwrotów akcji, zanurzony w kontemplacyjnej atmosferze, rozpięty pomiędzy jedną myślą a drugą, napędzany sporadycznym dialogiem. Baśniowa konwencja jest, jak przystało na solidnego reprezentanta tego gatunku, tytułem jak najbardziej serio, ciężarem poruszanych kwestii bliskim filozoficznej rozprawce. Entuzjaści rozrywkowych tytułów nie mają tu czego szukać. W „Princess Arete” najciekawszy jest bowiem sam proces wzrastania duchowego Arete, obrazowany powolnym obumieraniem złudzeń, błędnych wyobrażeń na temat samej siebie i świata. Padają ważne pytania, nie padają przynoszące spokój odpowiedzi.
Pod względem wykonania „Princess Arete” wygląda o tyle ciekawie, że jest to dzieło, jak na Studio 4°C, bardzo tradycyjne, chociaż w dużej mierze wykreowane przez komputery. Czy nie należałoby w związku z tym potraktować tego filmu jako jeszcze jednego eksperymentu? Tym razem ukierunkowanego na wzorcowy rygoryzm, w którym „Princess Arete” osiąga wizualną maestrię. Dziejąc się w umownych wiekach średnich, wiele kadrów, projekty postaci w określonych ujęciach, swoją lapidarnością przywodzą na myśl malarstwo średniowieczne. Faktura filmu jest surowa, postaci obrysowane delikatnym konturem, zaś całość pozbawiona odwracającego uwagę detalu. Powstałe w ten sposób wrażenie pustki zagospodarowuje przebogata gra świateł i ciepłe, naturalne kolory. Całość sprawia wrażenie pewnej naiwności i prostoty, ale obraz ma w sobie zarazem powagę i surowość, które pozwalają bez problemów identyfikować się z tą produkcją właśnie widzom dorosłym.
Dobre wrażenie pozostawia po sobie również muzyka autorstwa Akiry Senju, świetnie podbijająca pełen zadumy nastrój filmu, nieśpieszna, płynąca poprzez liczne pieśni, całkiem udanie naśladujące swym klimatem dworskie pieśni. Poza tym warto wsłuchać się w wyśpiewywane przez Taeko Onuki i Origę słowa. Są one integralnym elementem fabuły, dopowiadają treści, które nie pojawiają się w bezpośrednich relacjach pomiędzy bohaterami, nakreślają tło zdarzeń, wprowadzają w daną scenerię.
„Princess Arete” to pozycja skierowana właściwie do każdego. Ma w sobie powab i uniwersalność dokonań studia Ghilbi, bo tak jak one, bazując na wizualnym dorobku japońskiej animacji, bez problemu znajduje wspólny język z każdym chętnym, pragnącym przeżyć niepowtarzalną przygodę. Jakby nie patrzeć, podobno wszystkie baśnie czerpią z tego samego źródła. Zamykająca film sekwencja, w której żaglowiec zmierza do migoczącego na horyzoncie portu, wydaje się wystarczająco czytelną metaforą, potwierdzającą powyższą opinię.