Kazirodztwo w sztuce nie jest tematem nowym, a wbrew pozorom dość często pojawiającym się w filmie – w zeszłym roku powstało co najmniej trzynaście filmów, w których poruszono tę tematykę, a najlepszym z nich jest chyba „Ostrożnie, pożądanie” Anga Lee. Jakby tego było mało, wśród tych trzynastu filmów znalazła się również aktorska wersja „Boku wa imōto ni koi wo suru”. Jak widać, tytuł ten jest dość popularny w Japonii, chociaż nie potrafię zrozumieć, co jest jego przyczyną.
W „Boku wa imōto ni koi wo suru” poznajemy tragiczną historię bliźniaczego rodzeństwa, Yoriego i Iku. W pierwszej scenie widzimy wspomnienia z ich dzieciństwa – gdy bawią się na łące, Yori wkłada Iku na głowę wianek, mówiąc rodzicom, że gdy siostra dorośnie, zostanie jego żoną. Rodzice rzecz jasna zbywają wszystko gromkim śmiechem, ale ten, zdawało by się, głupi tekst wypowiedziany przez małego chłopca będzie rozbrzmiewał jak echo przez dalsze jego życie. Mija kilkanaście lat, rodzeństwo kończy liceum, ale w sercu Yoriego nadal gości silne uczucie do Iku. Chłopak miota się, ponieważ nie wie, co z tym fantem zrobić. Skrycie pragnie być z siostrą, dotykać jej, całować, ale gdy ta tylko znajdzie się w pobliżu, od razu zaczyna na nią warczeć. W końcu znajduje w sobie na tyle odwagi, aby wyznać Iku, co do niej czuje. W tym momencie zaczyna się dramat ich obojga, ponieważ dziewczyna, początkowo targana niepewnością i oczywistymi wątpliwościami, ostatecznie odwzajemnia to uczucie, a symboliczne „też cię kocham” ostatecznie przeradza się w niesymboliczny kontakt fizyczny w hotelu na godziny oraz udawany ślub i pocałunki przed ołtarzem w katolickim kościele. Sytuacja jest opłakana, a dodatkowo pogarsza ją fakt, że chłopak ma wyjechać na studia do innego miasta, zostawiając dziewczynę samą z jej wielką miłością. Ale czy ten związek ma jakiekolwiek szanse? Na to pytanie widz musi już odpowiedzieć sobie sam.
Prawdę mówiąc, zupełnie nie rozumiem powodu, dla którego powstało to anime. Zdaje się, że chodziło tylko o złamanie pewnego tabu, a przy okazji o zarobienie paru jenów (bądź na odwrót). OAV powstało na podstawie dziesięciotomowej mangi, ale niestety nie mogę powiedzieć, jak ma się ono do komiksowego pierwowzoru, ponieważ nie było mi dane go przeczytać. Jedno jest natomiast pewne – to pięćdziesięciominutowe anime jest bardzo niedopracowane, zarówno od strony fabularnej, jak i technicznej. Przypuszczam, że w tych pięćdziesięciu minutach chciano streścić dziesięć tomów mangi, co tej produkcji na dobre nie wyszło. Po wspomnianej wcześniej retrospekcji z dzieciństwa, widz od razu rzucony zostaje w miejsce, z którego blisko już do finału tej historii. Oglądamy więc dziwne zachowania Yoriego, a motywów jego działania możemy się jedynie domyślać, mając na uwadze ową retrospekcję. Iku najwidoczniej tego wydarzenia nie pamięta, ponieważ zupełnie nie rozumie powodu, dla którego brat traktuje ją tak oschle. A mnie czegoś wyraźnie tutaj brakuje, ponieważ wygląda to tak, jakby w momencie, gdy zaczynamy śledzić tę historię, Yori po raz pierwszy zdał sobie sprawę z zaistniałej sytuacji, tak jakby wcześniej problem nie istniał, a Iku dla świętego spokoju i nie chcąc go krzywdzić, mówi mu, że również go kocha. Dalej jest już tylko gorzej, ponieważ wszystko dzieje się zbyt szybko, co skutkuje tylko i wyłącznie dziurami w psychikach postaci, jak i ich motywach działania. Tak więc od początku do końca oglądamy dziwaczną krzątaninę, z wieloma mocno przedramatyzowanymi momentami, w której wszystko pozornie zdaje się być spójne, ale w zasadzie cała ta konstrukcja jest jak domek z kart – wystarczy lekko dmuchnąć, aby to wszystko się zawaliło, pozostawiając za sobą tylko nieporządek.
Z bohaterami jest podobnie. Powiedziałem, że ich motywy działania są niejasne. Może trochę skłamałem – twórcy najwidoczniej postanowili zaufać inteligencji widza, wierząc, że to, czego oni nie pokażą, widz dopowie sobie sam. I tak jest w istocie, ale halo! To chyba zadaniem scenarzysty jest sprawienie, żeby cała opowieść miała ręce i nogi, prawda? Bardzo mi miło, że twórcy uwierzyli w moją inteligencję, zdolność kojarzenia faktów i wyciąganie z nich wniosków, ale takie rozwiązanie niestety odbija się negatywnie nie tylko na fabule, ale i psychologii postaci, której te właściwie są całkowicie pozbawione. Przykro mi, zespole, któryś spłodził to wątłej jakości dzieło, ale takie pójście na skróty to w moim odczuciu największe chamstwo, jakie mogą zaserwować widzowi twórcy. Wstydźcie się, oj wstydźcie!
Po kompletnie zaprzepaszczonej fabule i postaciach, przyszedł czas na kolejny niedopracowany element – oprawę wizualną. Początkowo może się wydawać, że grafika jest dość przyjemna, ale szybko musimy się tego wrażenia pozbyć. Na początku oglądamy statyczne obrazy – to właśnie one sprawiają, że grafika wygląda nienajgorzej. Niestety, gdy przychodzi co do czego i pojawiają się animowane sekwencje, ten wątpliwy czar pryska. Animacje są bowiem niezbyt dopracowane – „koślawe”, miejscami nienaturalne; gdzieniegdzie zdecydowanie przydało by się trochę więcej klatek. Największą porażką jest tutaj animacja włosów. Byle jakie tła i scenografie nie poprawiają sytuacji, ale moim zdaniem gwoździem do trumny jest niezbyt przyjemny, również niedopracowany projekt postaci. Jakby tego było mało, w niektórych scenach ta sama postać może wyglądać trochę inaczej niż wyglądała wcześniej... Co prawda na screenach grafika może sprawiać wrażenie ładnej i przyjemnej, jednak gdy tylko zobaczymy to wszystko w ruchu, diametralnie zmieniamy zdanie.
Najlepiej w tym anime prezentowała się chyba oprawa muzyczna – ładna, spokojna i stonowana. Ale i tutaj pojawia się pewien mankament, bowiem jakoś nie bardzo pasowała mi ona do tego anime, niezbyt dobrze komponowała się z całością. Największą pomyłką jest jednak wrzaskliwy ending, do „Boku wa imōto ni koi wo suru” pasujący jak pięść do nosa. Całości dopełniają niezbyt przekonujące głosy seiyū.
„Boku wa imōto ni koi wo suru” to nie tylko słabe anime, ale i słaba opowieść opowiadająca o zakazanej miłości. Powstały już zdecydowanie bardziej udane filmy o kazirodztwie, np. „Strefa wojny” Tima Rotha (ojciec-córka) czy „Bara no sōretsu” (ojciec-syn) – wyreżyserowana przez Toshia Matsumota japońska wersja mitu o Edypie. Do dziś sporą popularnością cieszy się również „Koi kaze”, uznawane za jeden z lepszych melodramatów anime. Jeśli ktoś koniecznie miałby ochotę na jakąś opowieść o kazirodztwie, zwłaszcza dobrą, poleciłbym powyższe tytuły.