Rodzina to jeden z najpopularniejszych tematów poruszanych w filmach, serialach, powieściach i innych formach twórczości. W zależności od wizji twórcy, ów motyw przedstawiany jest na różne sposoby – czasem mamy do czynienia z typową prozą życia, kiedy indziej zaś spotkać możemy się z naprawdę ciężką opowieścią, opowiadającą np. o kazirodztwie. Moim ulubionym sposobem przedstawiania rodziny jest jednak forma komediowa, którą to wykorzystał Isao Takahata tworząc „Rodzinkę Yamadów”. Wydaje mi się ona najlepsza, ponieważ nie tylko może nas czegoś nauczyć, ale mamy też okazję dobrze się przy niej bawić. No, chyba że mamy do czynienia z twórczością chociażby Miikego, gdzie ciężka opowieść łączy się z elementami komediowymi („Visitor Q”) oraz czymś w rodzaju moralitetu, ale to już temat na osobną dyskusję.
Omawiane anime powstało na podstawie yonkomy „Tonari no Yamada-kun”, której bohaterami była tytułowa rodzina Yamadów. Krótkie skecze z życia familii bawiły Japończyków od 1991 roku. W ciągu sześciu lat największą sympatię czytelników zaskarbiła sobie Nonoko Yamada, więc w roku 1997 komiks przemianowano na „Nono-chan”; tym samym najmłodszy członek rodziny stał się centralną postacią. Na podstawie tej wersji komiksu powstało sześćdziesięciojednoodcinkowe anime, które w latach 2001-2002 wyemitowała TV Asahi. Ale, jak już wspomniałem, pierwowzorem dla filmu Takahaty było „Tonari no Yamada-kun”, tak więc nas bawić będzie cała rodzinka.
Mieszkająca w Tokio rodzina Yamadów to typowy obrazek – ojciec (Takashi), matka (Matsuko), syn (Noboru), córka (Nonoko), babcia (Shige) oraz pies (Pochi). W filmie pokazane zostaną nam różne scenki z życia tej rodziny. Fabuła nie jest ciągła, bowiem każda scenka trwa kilka minut, a jej bohaterami jest albo cała rodzina, bądź poszczególni członkowie. Oglądać będziemy m.in. wyprawę do centrum handlowego, gdzie Yamadowie pakują się do samochodu i wracają do domu, w ogólnym rozgardiaszu zapominając o śpiącej gdzieś na ławce w centrum Nonoko. Przyjrzymy się również temu, jaką gospodynią domu jest Matsuko, jak babcia i matka Noboru będą podsłuchiwały jego pierwszą rozmowę telefoniczną z dziewczyną, czy jak rodzinka radzi sobie z gangiem uciążliwych motocyklistów.
Kilkuminutowe scenki, jak i ogólna atmosfera towarzysząca temu filmowi, przywodzą mi na myśl pewien serial, a mianowicie „Shin-chana”. Co prawda „Rodzinka Yamadów” jest zdecydowanie bardziej stonowana, tzn. nie mówi się tu o seksie, kobietach itd., jednakowoż poziom humoru stoi na zbliżonym poziomie. Ciepłe, lekko szalone dowcipy i gagi to zdecydowanie jedne z największych zalet tego anime. Niektóre sceny są po prostu zabójcze, chociaż nie w tak absurdalnym sensie, jak miało to miejsce we wspomnianym „Shin-chanie”.
Następnym plusem są sympatyczni bohaterowie, będący przedstawicielami typowej japońskiej klasy średniej. Takashi jest pracownikiem biurowym, Matsuko gospodynią domową, dzieci chodzą do szkoły, a babcia pomaga zajmować się domem, przynajmniej teoretycznie. Jest więc to tak typowy obraz japońskiej rodziny, jak to tylko możliwe. Albo tak się raczej wydaje, ponieważ film ma dość karykaturalny charakter, więc postaci trochę odbiegają od tego standardu. Nie jest to jednak minusem, a raczej zaletą, ponieważ właśnie dzięki temu bohaterom tak łatwo jest zaskarbić sobie sympatię widza. „Rodzinka Yamadów” jest trochę jak zwierciadło, w którym, mimo różnic kulturowych, możemy zobaczyć i swoją familię. Te momenty, w których mogłem zidentyfikować moją rodzinę z Yamadami podobały mi się najbardziej – wtedy na mych ustach gościł szczery uśmiech, ponieważ wyobrażałem sobie kogoś z mojej rodziny w tak komicznej sytuacji.
Po zamieszczonych poniżej raczej może tego nie widać, ale „Rodzinka Yamadów” jest pierwszym filmem Studia Ghibli stworzonym w całości w technice komputerowej, co było pomysłem Takahaty. Chociaż wszystko wygląda jakby rysowane było akwarelami, a później wprawione w ruch, tak naprawdę ani jedna klatka nie została zanimowana w tradycyjny sposób – wszystko narysowano i „ożywiono” w pamięci komputerów. Trudno uznać to za wadę, skoro maszyny wykorzystano bardzo umiejętnie. Oprawa wizualna „Rodzinki Yamadów” ma swój urok i styl, ale w pełni docenić możemy go dopiero oglądając film. Jest to przy okazji jakaś odmiana od innych filmów studia, które zazwyczaj charakteryzują się przepiękną, szczegółowo dopracowaną grafiką grafiką.
Nie zawiodłem się również na udźwiękowieniu. Najbardziej zadowolony jestem przede wszystkim ze świetnie dobranych i podłożonych głosów, bez których postaci zapewne straciły by trochę uroku. Warto przy okazji nadmienić, że w angielskiej wersji językowej głosu Takashiemu udzielał popularny aktor i muzyk James Belushi. Jeśli chodzi o muzykę, to w tle usłyszymy przeważnie radosne melodyjki, z lekko zwariowanym motywem przewidnim na czele. Pod koniec filmu, trochę jakby hymn i podsumowanie całości, rozbrzmiewa japońskojęzyczna wersja piosenki „Que sera sera” (‘co ma być, to będzie’). W niektórych scenach usłyszymy również trochę klasyki, m.in. Mahlera, przy którym uwielbia spać Matsuko, czy „Marsz weselny” Mendelssohna, a także tango.
W filmie pojawia się trochę odniesień do kultury japońskiej, jednak większość z nich jest raczej niezauważalna bądź po prostu niezrozumiała dla polskiego widza. Na przykład gdy Matsuko i Takashi znajdują swoje dzieci, Japończycy dopatrzyć mogą się w tych scenach nawiązań do swoich ludowych opowiadań o Momotarze i Kaguyi, a Moonlight Rider, jak nazywa siebie Takashi w jednej ze scen, to popularny w latach 50. japoński telewizyjny superbohater. Dodatkowo każda scenka kończy się jakimś haiku z dorobku Matsua Bashō, Busha, Tanedy Santōki bądź Yosy Busona.
„Rodzinka Yamadów” to naprawdę przyjemna, lekko zakręcona komedia dla całej rodziny. Mnóstwo świetnego, czasem ciętego humoru, sympatyczni bohaterowie oraz przyzwoita oprawa audiowizualna sprawiają, że trudno przy tym filmie się nudzić. Polecam każdemu miłośnikowi Ghibli, a także tym, którzy szukają filmu dla całej rodziny – oglądając perypetie Yamadów nie powinni się nudzić, a być może w filmowych bohaterach zobaczą samych siebie?