Nekomimi są ostatnio w niełasce u producentów anime. Być może również widzom kocie uszy zaczęły wychodzić bokiem, bo teraz są na topie wilcze i lisie atrybuty moé. W „Spice and Wolf” mamy przypadek pierwszy, czyli zgrabną piętnastolatkę z uszami i okazałym ogonem wilka. Dam sobie rękę uciąć, że większość czytelników nie znających tego anime pomyślała właśnie, iż opisywany tytuł jest kolejną komedyjką ecchi. Tak jednak nie jest, wręcz przeciwnie, znudzeni wyjadacze powinni raczej ucieszyć się z miłej odmiany, jaką przynosi „Spice and Wolf”.
Akcja serialu rozgrywa się w świecie przypominającym średniowieczną Europę. Władza jest w rękach królów, kościół tępi tak zwane zło, chłopi wierzą w gusła, a kupcy zbijają fortuny na niekoniecznie uczciwych interesach.
Jednym z parających się tym zawodem jest dwudziestopięcioletni Lawrence Craft, który od kilku lat jeździ po kraju, handlując różnymi towarami. Jako transport służy mu otwarty wóz konny. Lawrence nie zamierza jednak całe życie spać pod gołym niebem i moknąć na deszczu. Chce uzbierać okrągłą sumkę, aby wystarczyło mu na otwarcie własnego sklepu.
Jego samotna podróż dobiega jednak końca, kiedy pewnego razu zatrzymuje się w wiosce, z którą regularnie handluje. Jej mieszkańcy do niedawna wierzyli, że o ich plony dba wilcza bogini imieniem Horo. Z biegiem czasu poznali jednak tajniki uprawy ziemi i przestali pamiętać, że ktoś kiedyś rzeczywiście zawarł z boginią taką umowę. Tymczasem Horo, licząca sobie ponad sześć wieków, ma się świetnie, choć pomagać chłopom już faktycznie nie musi. Chciałaby opuścić wioskę i udać się na północ, gdzie nie była od wieków. Wolałaby jednak zrobić to w miłym towarzystwie i nie na piechotę, do czego nasz kupiec nadaje się w sam raz. Przekrada się więc do jego wozu i przekonuje go, aby jej towarzyszył, aż dotrą do celu jej podróży.
Nie siedzę w fantasy, ale jeśli ktoś wynalazł gatunek o nazwie „kupieckie fantasy”, to „Spice and Wolf” można by spokojnie tam umieścić, bowiem serial ten za podstawę ma kupieckie wątki sensacyjne. Jest to jednak fantasy bardzo nietypowe, ponieważ i samo kupiectwo i miejsce rozgrywania się wydarzeń przedstawione są na modłę wybitnie zachodnią, natomiast rzeczy nie z tego świata, czyli bożki leśne w formie wielkich zwierząt, wyraźnie wskazują na pochodzenie japońskie. Żeby nie szukać daleko, sięgniemy po „Księżniczkę mononoke”, w której bożki leśne zostały przedstawione w pełniejszej krasie. Mamy tam przecież nawet boginię wilków imieniem Moro...
Jest to więc fantasy o dość niespotykanej, jak sądzę, konfiguracji. Wielu zada sobie pytanie, czy takie połączenie nie jest skazane na niepowodzenie, tym bardziej, kiedy tematem głównym serialu jest kupiectwo? Nic z tych rzeczy. Wątki handlowe, mało tego że są ciekawe i mówią nam wiele o tym, jak wyglądać mogło kupiectwo w średniowieczu, to jeszcze trzymają w napięciu i dostarczają zwrotów akcji i zaskakujących rozwiązań. Serial nie należy do grupy anime z lekkimi przygodami epizodycznymi, z których bohaterowie łatwo się wyplątują. Lawrence i Horo stają tu często w sytuacji niemal bez wyjścia i tylko sprytem oraz bardzo ryzykownymi posunięciami mogą się z nich wykaraskać. Widzowi cały czas towarzyszy niepewność – nigdy nie wiadomo, czy bohaterowie wyjdą cało z kolejnej przygody. Twórcy starają się nie sięgać zbyt często do nadzwyczajnych zdolności Horo, aczkolwiek jej zwierzęca forma gwarantuje niejako wyjście nawet z najbardziej beznadziejnej sytuacji. Niestety dwa razy wykorzystają to wygodne rozwiązanie i to właśnie w momentach najtrudniejszych.
Wracając do specyfiki tego tytułu, autor oryginalnej serii light novels chyba niedowierzał, że handlowa sensacja będzie wystarczającym magnesem zachęcającym do czytania jego dzieła, dlatego sięgnął po typowy chwyt twórców light novels, czyli załatwił naszemu bohaterowi partnerkę o silnej osobowości, z którą mógłby prowadzić dłuższe rozmowy (light novels opierają się w dużej mierze na dialogach), wprowadzającą humor i delikatnie zarysowany wątek romantyczny. Trzeba przyznać, że Horo jest postacią dość udaną. Ma wszystkie cechy, jakich oczekuje się od tego typu bohaterek, choć nie jest tak do końca wiarygodną postacią.
Autorzy popełnili mały błąd, próbując mieszać boginię do spraw kupieckich (chcieli zapewne żeby była bardziej integralną postacią, a nie tylko miłym dodatkiem), onieśmielając momentami głównego bohatera znajomością handlowych tricków i sposobów na podniesienie zysków. I tu następuje zgrzyt. Jak to możliwe, że bogini narzekająca na wieloletnią samotność w lesie tak dobrze zna naturę człowieka i jego zwyczaje, a nawet potrafi zawstydzić niezłego kupca i rzucać mądrościami na prawo i lewo? A kiedy przychodzi pora na odrobinę romansu, zachowuje się jak rozkapryszona piętnastolatka, która lgnie do Lawrence’a jak niebożątko?
Ta lightnovelowa konwencja wymaga niejako, aby znalazł się tu lekko zarysowany wątek romansowy – tego oczekują czytelnicy, ale tym razem nie całkiem się to chyba udało. Jednak to, że Horo wtrąca się do interesów, nie oznacza, że był to pomysł bez zalet. Z pewnością uatrakcyjnił serial, choć prawdę mówiąc Horo nie musiała być boginią, żeby swą rolę spełnić. Wolałbym żeby para głównych bohaterów dawała sobie radę bez korzystania z mocy boskich.
Handel to niebezpieczny zawód, czasami śmiertelna rozgrywka i walka o przetrwanie. Serial dowodzi, że temat ten może być pasjonujący i może trzymać w napięciu. Kupiectwo pokazane jest tu jako brudny świat ludzi bez skrupułów, szukających okazji, żeby kogoś wykorzystać. Zarówno Lawrence, jak i jego przeciwnicy używają różnego rodzaju kupieckich podstępów, z tą jednak różnicą, że nasz bohater działa w przyzwoitych granicach. Jeśli jednak musi, nie zawaha się złamać prawa. To dobrze, że nie próbuje się nam wmówić, że istnieją na wskroś uczciwi ludzie interesu.
Jak zwykle oberwało się również kościołowi, który w wykreowanym tu świecie bardzo chętnie pomógłby Horo jakimiś egzorcyzmami lub ewentualną pełną kuracją, ze spaleniem na stosie włącznie. Mówiąc krótko, kościół nie został pozytywnie ukazany w żadnym momencie serialu, aczkolwiek motyw ten pojawiał się rzadko.
Mimo ciekawych wątków kupieckich, trwających nieraz po kilka odcinków, ja wyczekiwałem na rozmówki między Horo i Lawrence’em. Dialogi są na poziomie, humor nie jest nachalny ani głupawo-infantylny. To naprawdę miła rozrywka nawet dla inteligentnego odbiorcy, tym bardziej, że Horo jest postacią dość oryginalną, posługuje się ciekawym językiem i mówi niezmiernie melodyjnym głosem Ami Koshimizu, która wyrasta nam na wielką seiyū, po raz kolejny udowadniając swą klasę.
Ciekawym posunięciem jest próba stworzenia soundtracku pasującego stylem do epoki przedstawianej w serialu. Wykorzystano kilka instrumentów muzyki dawnej i fragmentami rzeczywiście czuć ducha tamtego okresu. Twórcy starali się dość wiernie przedstawić architekturę i stylistykę wnętrz. Wydaje się, że całkiem nieźle im to wyszło, choć jeśli chodzi o stroje, to chyba trochę za bardzo improwizowali. „Spice and Wolf” ogólnie odznacza się starannym wykonaniem. Widać to głównie w tłach. Średnio natomiast prezentuje się animacja, co nieznacznie ujmuje całokształtowi realizacji serialu.
Powyższe akapity chyba przekonują o tym, że warto ten serial obejrzeć. Powinien on ucieszyć starych wyjadaczy, którym mainstream anime poważnie zaczął się nudzić. Tematyka jest nietypowa, postać Horo wyróżnia się wśród serwowanych dziś nam bohaterek anime, fabuła ma ręce i nogi, poparta jest niezłymi dialogami. Nie można co prawda powiedzieć, żeby był to serial, który stanie się klasykiem, ale z braku wielkich anime na horyzoncie wyjątkowo dobrze wypełnia czas w oczekiwaniu na coś większego.