Menu

 
 

Zaprzyjaźnione strony

 
Tanuki
Aleja Komiksu
Anime Heaven
Vegepic Anime
Dragon Ball Nao
Kage
VWORLD
GTW
Anime Dream
Rei Official Website
Japonia Dream
bleachHEART
Ghibli
Banzai!
Okaeri
 
 

Reklama

 
 

Komentowany artykuł

W 1987 roku „Wings of Honneamise” odniosło w japońskim box-offisie spektakularną klęskę. Gdy szefom Bandai przyszło skonstatować ten nieprzyjemny fakt, musieli być oni w dużym szoku, tym bardziej, że w projekcie utopili morze jenów. Zdziwienie w dużym stopniu zrozumiałe, biorąc poprawkę na to, jak wielkie wrażenie zrobiły w światku anime dwa poprzedzające „Wings of Honneamise” prace studia Gainax, a mianowicie „Daicon III” i „Daicon IV”. Nie było podstaw, by nie wierzyć w twórczy potencjał Gainaksu, jeśli ktoś pamięta owe klasyczne animacje, kojarząc ich wizjonerski rozmach i kunszt realizatorski. Niespełna dziesięć minut animacji, które wykupiły młodemu studiu trwałe miejsce w historii gatunku.

A jednak „Wings of Honneamise” nie odniósł sukcesu, mimo skupienia wokół projektu twórców nietuzinkowych, np. Ōnishiego Nobuyuki, artysty parającego się klasycznym malarstwem, czy Ryuichiego Sakamota, zdobywcy Oscara za muzykę do filmu „Ostatni cesarz”. Dlaczego się nie udało?

Najprostszym wyjaśnieniem było zapewne klasyczne rozminięcie się wizji reżyserskiej z wyobrażeniami potencjalnych odbiorców filmu, jakie pojawiły się w kontekście tytułu. Po „Wings of Honneamise” spodziewano się prostego rozwinięcia idei i formuły zaproponowanej w „Daiconach”. Hiroyuki Yamada miał zaledwie 24 lata, gdy przystępował do prac nad filmem, można więc było zaryzykować twierdzenie, że obraz okaże się dziełem emanującym młodzieńczą energią i bezkompromisowością. Zresztą, czegóż innego można było oczekiwać, gdy jeden ze współtwórców „Wings of Honneamise”, odpowiedzialny za projekty postaci Yoshiyuki Sadamoto, wsławił się znaną sentencją o tym, że ma w planach zawładnąć rynkiem anime w Japonii, a potem go zniszczyć? Jak na ironię, ekipa Yamady spełniła w „Wings of Honneamise” owe nadzieje, ale w zgoła odmienny sposób. Młody reżyser stworzył dzieło wielkie, ale zarazem kompletnie stojące w opozycji do „Daiconów”. I choć doraźne skutki tej decyzji okazały się bardzo kłopotliwe (szczególnie dla partnerów finansujących projekt), to właśnie wizji Yamady po latach oddano należyty hołd, niejednokrotnie nazywając „Wings of Honneamise” animowaną wersją „2001: Odysei kosmicznej” Stanleya Kubricka.

Rzecz dzieje się w królestwie Honneamise, na planecie do złudzenia przypominającej Ziemię. Ale to nie jest Ziemia. Główny bohater filmu, Shirō Lhadatt, służy w Królewskich Siłach Kosmicznych (Royal Space Force aka Wings of Honneamise), ale co to za formacja, która nigdy jeszcze nie oderwała się od powierzchni planety nawet o milimetr, by uwierzytelnić słowo „kosmos” w swojej nazwie? W królestwie Honneamise panuje pokój, ale jest on tylko chwilowym stanem zawieszenia broni w niekończącej się wojnie z sąsiadującym mocarstwem. W istocie nadal trwa wojna, a pokój to tylko pusty slogan lansowany przez rządową propagandę.

Ułuda, kłamstwo i groteskowa wręcz nieistotność świata Honneamise są dojmujące. To pierwszy szok, jakiego doświadcza widz w kontakcie z „Wings of Honneamise”. Nie tak to miało wyglądać, prawda? Już sam tytuł filmu zawiera w sobie zaskakujący paradoks. Naprowadza on bowiem na jakieś spaceoperowe tropy, obiecując, poprzez nieuniknione skojarzenia, przygodę w konwencji skądinąd bliskiego sercu ludzi z Gainaksu „Macross: Do You Remember Love?”. Ale to tylko pobożne życzenia. Żadnego awanturnictwa, żadnego kosmosu, żadnych spektakularnych zwrotów akcji. Chyba że za taki uznamy otwierającą „Wings of Honneamise” scenę pogrzebu jednego z członków RSF, w którym bierze udział, dość obojętny względem tej smutnej ceremonii, Shirō Lhadatt. Ale cóż to za tragedia i bohaterstwo? Niedoszły astronauta zginął we wnętrzu eksperymentalnego kosmicznego skafandra, najprawdopodobniej wskutek zwarcia elektrycznego w zbiorniku na... mocz. A trzeba sobie powiedzieć jasno, że członkowie RSF za kołnierz nie wylewają, z „wartowania” po różnych spelunkach czyniąc swoją prawowitą służbę.
Krótko mówiąc, od pierwszych scen bierzemy udział w ponurej farsie, na okoliczność której Shirō zapomniał przywdziać galowy mundur, w którym wygląda jak pstrokata papuga. W tym momencie nawet najbardziej nieostrożny widz musi już sobie zdawać sprawę, że „Wings of Honneamise” jest bardzo specyficznym tytułem, daleko bardziej wykraczającym poza ramy tego, do czego przyzwyczaiła nas konwencja filmu animowanego. W debiutanckim dziele studia Gainax nie ma bowiem pozytywnych bohaterów, z którymi można by się utożsamiać. Przepych wizualny obrazu służy jakimś niejasnym celom, miast być nośnikiem zapierającej dech w piersiach rozrywki. Wspomniany Shirō jest bezbarwny, momentami wręcz antypatyczny, zgodnie zresztą z zamierzeniem reżysera, który właśnie w taki sposób kazał zaprojektować postaci panu Sadamotowi. Idźmy dalej.

Fabuła nabiera właściwego wyrazu w chwili, gdy Shirō podczas jednej z nocnych eskapad poznaje uliczną kaznodziejkę Riquinni, od której bezwiednie bierze wieszczącą (który to już raz?) zagładę ludzkości ulotkę. Wiedziony niejasnym impulsem następnego dnia odwiedza dziewczynę w jej domu, opowiada o „służbie” w RSF. Zachwycona Riquinni zwierzenia Shira interpretuje na własną modłę. Wyobraża sobie, że chłopak leci w kosmos po to, by dać ludzkości szansę na nowy, bezgrzeszny początek. Zdumiony głęboką religijnością dziewczyny Shirō zaczyna mimowolnie skłaniać się ku jej wizji. Zgłasza się na ochotnika na pierwszy eksperymentalny lot w kosmos.

W scenie spotkania Shira i Riquinni mamy, w moim przekonaniu, wyłożoną zasadniczą ideę „Wings of Honneamise”, zbieżną z tą, która przyświecała Kubrickowi podczas pracy nad „Odyseją kosmiczną”. Chłopak, zafascynowany Riquinni w wymiarze czysto fizycznym, hamuje swoje popędy, neutralizując je w podniecającej wizji siebie jako astronauty. Jest to bardzo zbieżne ze słynną sceną z „Odysei”, w której instynkt mordu człowieka pierwotnego jednym cięciem montażowym z kości zabitego zwierzęcia przeobraża się w technologiczny cud statku kosmicznego. Zarówno Kubrick jak i Yamada zdają się więc mówić to samo. Za rozwojem i postępem ludzkości kryją się pierwotne popędy, obudowane szczytnymi hasłami, mającymi tuszować przygnębiającą prawdę o naturze człowieka. To przytłaczająca wizja, a przypominam, że mówimy o produkcji, która miała odnieść komercyjny sukces.

Cała historia dzięki postaci Riquinni zatopiona jest, podobnie jak dzieło Kubricka, w metafizycznym sosie, co nadaje „Wings of Honneamise” wymiaru biblijnej przypowieści. Porządek metafizyczny nakłada się na porządek toczącej się w czasie rzeczywistym opowieści. Święta Księga, którą Riquinni studiuje wraz z Shirem, jest konstrukcją opartą o dobrze nam znane kulturowe tropy: starotestamentową przypowieść o wypędzeniu z raju oraz prometejski mit opisujący kradzież świętego ognia. Tego samego ognia, dzięki któremu Shirō ma się wzbić w przestrzeń kosmiczną. W domyśle twórcy forsują więc całkiem czytelną tezę, która zdaje się sugerować, że nauka i technika skażona jest grzechem i wcześniej czy później zostanie poddana boskiemu osądowi. Jeśli ktoś pamięta znak NERV-u z późniejszego dzieła Gainaksu, słynnego „Neon Genesis Evangelion”, nie będzie zdziwiony: pokaźną jego część zajmuje liść figowy – symbol grzechu pierworodnego. Jak widać, wizja historiozofii w ujęciu ludzi z Gainaksu już we wczesnych projektach była bardzo klarowna.

Grubym niedopatrzeniem byłoby pominięcie w omówieniu „Wings of Honneamise” jeszcze jednego wymiaru tej przebogatej w treści fabuły. Mam tu na myśli wątki społeczno-polityczne, które w zasadniczy sposób generują wydarzenie w filmie. Jak się dowiadujemy, za projektem rakiety dla RSF stoi rodzina królewska, robiąca przy tej okazji podejrzane interesy oraz dość nachalne publicity. Tak jak i Ministerstwo Obrony, które projekt RSF ma zamiar wprowadzić do zimnowojennej partii szachów, rozgrywanej z sąsiadującym z Honneamise mocarstwem. Trwa recesja, panuje bezrobocie. Projekt budowy rakiety generuje potężne niezadowolenie społeczne, podgrzewane ostentacyjnym przepychem i wystawnym życiem dworskich sfer. Ruchy antywojenne i religijni fanatycy zwierają szyki, a korporacje i wielkie firmy brutalnie egzekwują swoje prawa i należności. W tych ponurych dekoracjach, Shirō Lhadatt próbuje forsować – nie do końca swoje – marzenia i ambicje.

Spostrzegawczy czytelnik zapewne bez problemu odnajdzie w powyżej zarysowanej fabule kluczowe dla wszystkich późniejszych filmów Gainaksu tropy. Jest więc samotny bohater, który z pozycji kompletnego outsidera rusza ku przygodzie („Gunbaster”, „Tengen Toppa Gurren Lagann”, „FLCL”, „Neon Genesis Evangelion”), są potężne siły niezależne od bohatera, tj. obcy, wrogie państwa, które nasycają większość dzieł Gainaksu atmosferą permanentnego zagrożenia i beznadziei („Evangelion”). Mamy w końcu silnie akcentowaną duchowość. Oczywiście jest ona dość specyficzna, zmierza w kierunku synergii różnych tradycji duchowości, ale w wykonaniu Gainaksu zawsze ma wyraźny posmak pastiszu i należy traktować ją z przymrużeniem oka. Z wyjątkiem „Wings of Honneamise”, bo jeśli w jakimś tytule Gainaksu udało się osiągnąć jakiś stopień wiarygodności w tym aspekcie, to na pewno w omawianym tu tytule. Nie ma w „Wings of Honneamise”, jak w „Evangelionie”, marginesu umowności w postaci wspomnianych powyżej najeźdźców z kosmosu, uduchowionych maszyn czy zanurzenia fabuły w świecie dziecięcej wrażliwości. Wymiar religijno-duchowy ma w „Wings of Honneamise” solidne zakorzenienie w kulturowym konkrecie i film konsekwentnie trzyma się dwóch czytelnych analogii, przez co wydaje się spójny i wiarygodny.

Odchodząc jednak od kwestii fabularnych, o których w przypadku „Wings of Honneamise” można by pisać jeszcze długo, czas przyjrzeć się wizualnej stronie projektu. Wielkie wrażenie robi olśniewająca szczegółowość rysunku. Mało które dzieło anime może pod tym względem stawać z „Wings of Honneamise” w szranki, czuć w niej echa wielkości tytułów pokroju „Macross: Do You Remember Love?”, który w omawianym tytule Gainax obrał sobie za chlubny wzorzec. Owa ponadprzeciętna szczegółowość bierze się też z faktu, iż „Wings of Honneamise” został pomyślany i zrealizowany na wzór normalnego live action, czyli ze zwyczajowym dla obrazów aktorskich kadrowaniem, długimi ujęciami, podziałem na sceny, najazdami kamery na wybrane elementy scenograficzne. Stąd pieczołowicie oddane tła, z benedyktyńską cierpliwością cyzelowane szczegóły, które nieraz grają w filmie pierwszoplanową rolę. Wiadomo, dziś, w dobie wszędobylskiej animacji komputerowej i renderingu, przepych świata „Wings of Honneamise” wydaje się oczywistością, ale w czasie, w którym film powstał, był nie lada sensacją. Poza tym nadal uważam, że nie ma bardziej zapierającej dech w piersiach miejskiej scenografii niż w tym obrazie, i może jeszcze tylko we wspomnianym „Macross: Do You Remember Love?” Odrębne słowa uznania należą się pięknym rysunkom w czołówce i tym towarzyszącym napisom końcowym. Ręcznie malowane przez Nobuyakiego plansze są inspirowane, wedle jego słów, XIX-wiecznym malarstwem Anda Hiroshigego. Nadają one filmowi posmaku autentycznego dzieła sztuki i choćby dla nich samych warto poświęcić „Wings of Honneamise” baczną uwagę. Podejrzewam, że zamierzeniem twórców było wpisanie swojego dzieła w szerszy kontekst sztuk wizualnych, niekoniecznie sprowadzających się do wąskiej przegródki z nazwą „anime”.

Odrębny tekst można natomiast poświęcić słynnej symbolicznej sekwencji kończącej „Wings of Honneamise”, stanowiącej pewnego rodzaju wizualną refleksję na temat ludzkości. Dochodzi ponadto w warstwie wizualnej filmu do arcyciekawej próby synergii kultur, stworzenia nowego stylu kulturowego kodu. Stroje bohaterów są wypadową m.in. stylu ubioru Majów oraz tradycji wschodnich i europejskich. W projektach maszyn mamy nawiązania do technologii zachodniej cywilizacji z okresu międzywojennego. Świat przedstawiony jest więc z jednej strony jedyny w swoim rodzaju, z drugiej natomiast – znajomy i bliski.

Podobnie rzecz ma się z oprawą dźwiękową „Wings of Honneamise”. Podpisał się pod nią słynny Ryuichi Sakamoto i zadanie miał analogiczne z tym, jakie postawiono przed twórcami strony wizualnej filmu: stworzyć muzykę mającą stanowić syntezę wielokulturowości. Sakamoto posłużył się syntezatorami, które nadały licznym motywom spójności brzmieniowej. Efekt końcowy jest zadowalający, choć akurat w tym aspekcie „Wings of Honneamise” wypada zaledwie dobrze.

Reasumując, „Wings of Honneamise” to dzieło ze wszech miar wybitne. Otrzymaliśmy obraz o zapierającym dech w piersiach epickim sznycie, poważny, wieloznaczny i bardzo... gorzki w wymowie. Trudno się dziwić, że w swoim czasie nie został należycie doceniony, choć dzięki temu to właśnie „Wings of Honneamise” przypada zaszczytne miano pioniera pewnej postawy artystycznej, która zakłada, że film animowany niekoniecznie musi być wyłącznie rozrywką. Czasy tytułów pokroju „Jin-rō”, „Grobowiec świetlików”, „Monster” czy „Boogiepop Phantom” miały dopiero nadejść, a stało się to w dużej mierze właśnie dzięki „Wings of Honneamise”, który poniósł wszelkie tego konsekwencje. Na ironię zakrawa fakt, że „NGE”, późniejsze otoczone kultem dziecko Gainaksu, w zasadzie powtarza tonację i ideowe założenia „Wings of Honneamise”. Tyle, że jest bardziej zachowawcze i przystosowane do powszechnych upodobań przeciętnego otaku. „Wings of Honneamise” w 1987 roku okazało się, zgodnie z mottem Daiconu IV, zaczerpniętym z piosenki ELO Twilight przekazem z innego świata.

 

Napisz komentarz

 
Twój nick lub imię i nazwisko:



Temat komentarza:



Ziemia krąży wokół ......


Musisz odpowiedzieć na pytanie lub uzupełnić zdanie, pomożesz nam w ten sposób walczyć ze spamem.

:smile::kawaii::bgrin::polzart::cool::jezor::readman::ziew::sad::sceptyk::cry::bad::angry::zabije::cross::zmiesz::shock::niewzrusz::niepowiem::uhoh::azu:


 
 

Regulamin

 
Jeśli chcesz napisać komentarz, musisz przestrzegać pewnych zasad:
  • Komentarz musi dotyczyć opisywanego tytułu lub recenzji i musi być w miarę sensownie napisany (nic nie wnoszące jednolinijkowce lecą od razu do kosza).
  • Oceniamy tytuł lub recenzję, a nie recenzenta i komentujących.
  • Nie obrażamy użytkowników, recenzentów, ani twórców.
  • Nie używamy słów powszechnie uznanych za wulgarne lub obraźliwe.
  • Nie nadużywamy emoticon i piszemy czytelnie.
  • Zabronione jest zamieszczanie linków nie związanych z opisywanym tytułem lub recenzją.
  • Zabronione jest podawanie linków p2p umożliwiających ściąganie plików muzycznych, skanlacji lub fansubów.
  • Jeśli zdradzamy w komentarzu zdarzenia psujące oglądanie widzom nie znającym opisywanego tytułu (tzw. spoilery), należy ukryć je korzystając z przycisku "OZNACZ SPOILER".
  • Pamiętajmy, że komentarze mają służyć przede wszystkim jako pomoc w podjęciu decyzji przez ogół użytkowników, czy warto po opisywany tytuł sięgnąć. Dogłębne dyskusje i analizy powinny znaleźć się na forum dyskusyjnym.
  • Redakcja ma prawo poprawić komentarze, w których jedna z powyższych zasad została złamana.
  • Redakcja ma prawo usunąć komentarz, który nie dotyczy opisywanego tytułu, recenzji lub innego komentarza.
  • Moderacja bezdyskusyjnie będzie usuwać komentarze dotyczące kwestii odmiany japońskich nazw własnych.
Dodając komentarz akceptujesz automatycznie powyższe zasady.
Jeśli uznasz, że Twój tekst został potraktowany ostrzej, niż wynika to z wymienionych zasad, prosimy zgłosić ten fakt na forum.
 
Start
 »
Redakcja
,
FAQ
,
Zaprzyjaźnione strony
,
Wymiana bannerów

Anime
 »
Recenzje
,
Zajawki
,
Tytuły
,
Postacie
,
Seiyū
,
Twórcy
,
Studia
Słowniczek
 »
Katalog
,
Indeks

Artykuły
 •
Forum
 •
Galeria
Kino azjatyckie
 »
Recenzje
,
Tytuły
,
Aktorzy
,
Twórcy

Linkownia
 »
Katalog
,
Lista
,
Kategorie
,
Typy witryn