Shōnen utożsamiany zwykle bywa z niezbyt ambitnymi tytułami anime, przeznaczonymi dla chłopców w wieku do kilkunastu lat. Tymczasem dla tej kategorii wiekowej powstają również rzeczy opowiadające solidne historie, zupełnie przy tym pozbawione schematyczności, które zaskoczyć i zafascynować mogą niejednego widza w średnim wieku, czego jestem żywym przykładem. „Beck” z pewnością nie przypomina typowego shōnena, ale o jego wartości stanowi coś jeszcze. Zapraszam do lektury.
Yukio „Koyuki” Tanaka jest czternastolatkiem, który uświadamia sobie, że nie ma pomysłu na spędzanie wolnego czasu. Nie bawią go typowe zajęcia rówieśników i poza nieśmiałym kibicowaniem ładnej gwiazdce pop, śpiewającej tanie teksty o szkolnej miłości, nie ma żadnych zainteresowań.
Jego sytuacja ulega jednak zmianie za sprawą kilku przypadkowych spotkań, dzięki którym poznaje szesnastoletniego Ryūsukego, będącego jednym z liderów amatorskiego zespołu rockowego. Spędził on kilka lat w Ameryce, gdzie nauczył się języka, przyswoił tamten sposób bycia i już w tak młodym wieku zyskał renomę niezłego gitarzysty. Okupił to lukami w wykształceniu, jego manierom daleko do japońskiego ideału, ale dla niego liczy się tylko muzyka i nie przejmuje się tym, jak widzą go inni.
Dla Koyukiego świat rockowych klubów muzycznych był zupełnie nowym uniwersum. Zaczarowała go atmosfera występów nieznanych muzyków, którzy tak po prostu grali dla własnej przyjemności. Mieli świetny kontakt z publicznością, a ich muzyka naprawdę miała energię. Koyuki nigdy wcześniej nie słyszał nazw tych zespołów, media o nich milczały. Czyżby w radiu nie puszczano całej dobrej muzyki świata? Ta rozbrzmiewa także w małych klubach, gdzie gra się szczerze i dla publiczności, która wie, czego słucha. Koyuki, któremu zaimponował na scenie jego nowy kolega, postanawia spróbować swych sił w muzyce. Pożycza gitarę i zaczyna uczyć się na niej grać. Może stanie kiedyś przed mikrofonem i zaśpiewa o tym, co leży mu na sercu?
Wbrew pozorom, „Beck” nie należy do seriali typu „zostań gwiazdą”, które tworzone są dla dziewczynek marzących o złudnej karierze gwiazdki pop. Bardziej jest to serial obyczajowy osadzony w środowisku muzyków rockowych. Jednakowoż pokazuje bardzo realistyczny obraz świata klubów rockowych, młodych zespołów i całej otoczki, która temu towarzyszy (myślę, że wiem, o czym mówię, ponieważ znam bardzo dobrze historię pewnego zespołu rockowego). Ze zdziwieniem co i raz stwierdzałem, że autor mangi nie fantazjował, pisząc o rockowych realiach, on doskonale się w nich orientował. Pokazał historię chłopca, który, jak ja przed wielu laty, zrozumiał, że muzyka nie służy tylko rozrywce, że może wzbudzać emocje i być grana przez ludzi całym sercem kochających to, co robią. Koyuki uświadamia to sobie, kiedy jego stara znajoma prezentuje mu muzykę fikcyjnej grupy The Dying Breed i później, kiedy po raz pierwszy uczestniczy w klubowym koncercie. W porównaniu z jego dotychczasową idolką, inność i intensywność doznań z koncertu wyraźnie zmienia nastawienie chłopaka do muzyki. Powoli przestanie być konsumentem tego, co mu wcisną media, a zaczynie być świadomym entuzjastą muzyki.
Jak wiemy, w shōnenach ważne jest pokazanie widzowi celu, do którego dążenie jest przez resztę anime realizowane. W niektórych produkcjach dzieje się to bez zachowania realizmu. Przykładowo, kiedy w anime mecha protagonista wsiada po raz pierwszy do swej maszyny, nierzadko potrafi pokonać doświadczonego przeciwnika. W „Becku” nauka gry na gitarze trwa naprawdę długo, a kiedy Koyuki zostaje przyjęty do zespołu, nadal nie do końca sobie z tym radzi. Pisząc swą pierwszą piosenkę męczy się, a efekty tego są mizerne, nie potrafi napisać sensownego tekstu. Autor mangi wyraźnie chce pokazać, że droga do kariery muzycznej jest niezwykle trudna. Stawia w lekko niekorzystnym świetle przemysł muzyczny, który de facto przeszkadza młodym ambitnym muzykom, nachalnie promując artystów, na których można więcej zarobić. I to jest święta prawda. Znane są historie uznanych muzyków, którym wytwórnie odmawiały wydania płyty, ponieważ nie było na niej materiału na przebój! To samo przechodzi każdy artysta, który chce zarabiać grając muzykę trudniejszą w odbiorze. Ileż to ciekawych zespołów przepadło tylko dlatego, że ich pierwsza płyta się nie sprzedała i kontynuowanie kariery muzycznej oznaczałoby dla artystów brak środków do życia. To wszystko widać w „Becku” i za to jego autor ma u mnie wielkie uznanie.
Ale „Beck” to nie tylko historia zespołu i przybliżanie rockowych realiów. To pełnokrwisty shōnen, ze wszystkim, co powinno w nim być. Mamy nastolatka, który wyznacza sobie cel i do niego dąży. Pokonuje kolejne przeszkody, stając się silniejszy i pewniejszy siebie. Jest tu wyraźny wątek romantyczny, który nie rozwija się bez przeszkód. Koyuki ma problemy w szkole z dokuczającymi mu starszymi uczniami. Pod koniec serialu pojawi się nawet mały wątek sensacyjny, choć nie będzie bezpośrednio dotyczyć protagonisty. Inaczej niż w większości shōnenów, mamy tu dojrzałe podejście do widza. Zero patosu – główny bohater jest skromny, małomówny i zachowuje się bardzo naturalnie. Nie ma tej charakterystycznej „nadcharyzmy”, która każe młodym widzom go podziwiać i stawiać za przykład bohatera, który kiedyś tam będzie naj i wszystkim swym wrogom dokopie. Koyuki nie ma wygórowanych ambicji, nikomu nic nie chce udowodnić. Granie sprawia mu przyjemność, a to, czy Beck osiągnie jakiś sukces, wydaje się nie być dla niego najważniejsze.
„Beck” to serial o bardzo solidnym scenariuszu i nieschematycznej, spójnej fabule, co w shōnenie jest dziś rzadkością. Znajduje się tu sporo wątków pobocznych. Wątek główny niestety nie zostaje w pełni rozwiązany, ponieważ serial powstał na podstawie niedokończonej mangi, ale ważniejsza jego część zostanie w anime przedstawiona.
Nie ma tu za wiele dziecinnego humoru. Oczywiście nie pozbyto się go całkowicie i takie elementy jak cudaczny pies czy papuga, powtarzająca bez przerwy ahō!, pozostały. Na szczęście ich udział w serialu jest minimalny.
Występuje tu wiele postaci, i choć nie znajdziemy niezwykle ciekawych osobowości, to ich bezsporną zaletą jest naturalne zachowanie. O żadnym z głównych bohaterów nie można powiedzieć, żeby był sztampowy. Drugoplanowe postacie są w większości dobrze przemyślane i zachowują się realistycznie. Podobnie rzecz się ma ze związkami między bohaterami. Koyuki będzie się borykał z trudnymi relacjami z Maho, siostrą Ryūsukego, która czasem będzie mu przychylna, czasem będzie go od siebie odsuwać. Wytworzy się zresztą sytuacja trójkąta miłosnego, która jeszcze bardziej utrudni mu sytuację. Chłopak będzie miał problemy z dokuczającymi mu starszymi uczniami, którzy kosztować go będą wiele nerwów. Co jednak ciekawe, autor nawet z chuliganów szkolnych zrobił ludzi z wytłumaczalnym postępowaniem. Koyuki nie będzie także niańczony w zespole. Ryūsuke jako lider będzie wymagającym szefem i nie wszyscy członkowie od razu zaakceptują protagonistę. Koyuki znajdzie się więc w wielu ciekawych sytuacjach, które wyraźnie wpłyną na rozwój jego osobowości.
Solidnemu scenariuszowi towarzyszy nie mniej dopracowana forma, stylem przypominająca późniejszą produkcję Madhouse, „Paradise Kiss” (ten sam reżyser). Nie jest to tak stylowe wykonanie, ale to wyraźnie ten sam kierunek. Nie ma tu jaskrawej kolorystyki, wszystko utrzymane jest w naturalnych barwach. Scenografowie korzystają również z digitalizowanych zdjęć, choć na mniejszą skalę niż w „Paradise Kiss”. Anime to cechuje solidność rysunku i szczegółowość (zwłaszcza świetnie wpasowane w obraz digitalizowane gitary), a poziom wykonania nie spada ani trochę do końca serialu. Sam opening pokazuje, jak niezwykle poważnie artyści z Madhouse podchodzili do realizacji „Becka”. Sporą wadą jest natomiast niekonsekwencja w rysunku twarzy, szczególnie w przypadku głównego bohatera.
Czas na najważniejszy element, jakim jest tu oczywiście muzyka. Muszę powiedzieć, że zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony. Spodziewałem się bowiem taniego poprocka, który rujnowałby ideę promowania muzyki alternatywnej, granej w rockowych klubach. Beck gra muzykę, którą z pewnością można uznać za interesujący początek kariery i odcinającą się zdecydowanie od komercji. Skomponował ją i wykonał w większości zespół Beat Crusaders, który świetnie trafił z podobną do punkowej stylistyką. Wykonawcy ci oraz inni, jak Meister, The Pillows, Husking Bee czy Typhoon 24, dostarczyli także mnóstwo różnorodnej muzyki rockowej (poza Beckiem „wystąpi” w serialu wiele innych fikcyjnych zespołów).
Podsumowując, „Beck” to pod kilkoma względami anime wyjątkowe. W kategorii shōnen nie ma sobie, moim zdaniem, równych, ale i poza kategoriami jest również godny uwagi. Najbardziej polecałbym go gimnazjalistom, mając nadzieję, że brak atrakcyjnych dodatków, takich jak akcja, pojedynki i komedia, nie zniechęci do sięgnięcia po ten tytuł. Uważam, że jest to jeden z niewielu shōnenów, który poziomem nie odbiega od poważnych seinenów. Jest to historia, która może naprawdę się wydarzyć, oczywiście nawet w Polsce, gdzie także istnieją kluby i ciekawe zespoły rockowe, których muzykę radio prezentuje tylko w środku nocy...