Większość z nas utożsamia anime ze stricte japońską animacją, co jest oczywistym błędem, biorąc pod uwagę takie filmy jak recenzowany właśnie „Wonderful Days”. Część z was pomyśli może jak to? Koreańskie anime? Pewnie jakaś marna podróbka, imitacja oryginalnego stylu itd. Postaram się przybliżyć wam nieco moją myśl i spróbuję odpowiedzieć czy tak jest w istocie.
Jest to dzieło koreańskiego reżysera nazwiskiem Moon-Saeng Kim. Pracowano nad nim aż siedem lat i jest to najdroższy (kosztował 10 milionów dolarów) animowany film koreański nakręcony do tej pory. Jego amerykańskie wydanie nosi tytuł „Sky Blue” i jest rozprowadzane na tamtejszym rynku w wersji „poprawionej”, krótszej o kilkanaście minut...
Film opowiada historię mieszkańców naszej planety borykających się z problemem braku surowców energetycznych, na zniszczonym jakimś wielkim kataklizmem, może wojną, kawałku ziemi o dość postapokaliptycznym krajobrazie. Twórcy przedstawili ciekawą, choć niezbyt realną wizję przyszłości, w której energię czerpie się z zanieczyszczonego środowiska. Sam pomysł, nie jest może taki niedorzeczny, jednak celowe zatruwanie środowiska w celu podniesienia poziomu produkcji energii to już przesada. Amerykański tytuł bardzo ładnie nawiązuje tu do realiów świata, w którym ludzie sami odbierają sobie widok błękitnego nieba...
Fabuła „Wonderful Days” przedstawia się mniej więcej tak: Główny bohater, Shua, wygnaniec z miasta Ecoban – jedynej cywilizowanej ostoi ludzkości, zakrada się do jego rdzenia, by zdobyć ważne dla swojego przyjaciela – naukowca informacje. Straże miasta przyłapują go na gorącym uczynku, jednak Shui udaje się umknąć. Wśród strażników prowadzących pościg za przestępcą jest Jay, która rozpoznaje w naszym bohaterze przyjaciela z lat dziecinnych. Gdy pościg kończy się fiaskiem, dziewczyna postanawia go odnaleźć, czemu sprzeciwia się dawny konkurent wygnańca, Simon. Jednak ona nie posłuchawszy jego rady, wymyka się z miasta i próbując natrafić na ślad swojego przyjaciela zostaje wplątana w wir łatwych do przewidzenia wydarzeń.
Jak widać fabuła nie jest zbyt odkrywcza, powiedziałbym nawet, że jest nudna i tendencyjna, ale film broni się na swój sposób i trzeba powiedzieć, że borni się w wielkim stylu, bowiem jeżeli chodzi o wykonanie, kreskę, grafiki komputerowe, animacje postaci czy pojazdów, projekt miasta i jego otoczenia, film jest moim zdaniem arcydziełem. Wszystko co widzimy na ekranie jest przepiękne, wręcz zapiera dech w piersiach, do niczego nie można się przyczepić (chociaż projekt postaci momentami mnie trochę denerwował). Oglądanie tego filmu dla samego patrzenia to czysta przyjemność. Każda drobna scena, kadr ma w sobie coś niezwykłego, coś przykuwającego uwagę. W pamięć zapadła mi zwłaszcza scena, w której Shua uciekając przez strażnikami na początku filmu, podchodzi do wielkiego wentylatora. Sposób w jaki w tej scenie porusza się światło, cienie, faluje płaszcz bohatera, rozwiewane są jego włosy jest po prostu niesamowity. To wszystko sprawia, że człowiek błędnym okiem wchłania każdy szczegół filmu. Widać, że twórcy postarali się abyśmy tego filmu prędko nie zapomnieli, przytłaczając nas majestatycznym wykonaniem...
Tak, pod względem wykonania, bez wątpienia im się to udało. Jednak, czy to wystarczy, by można było powiedzieć, że film jest dobry? To prawda, film jest przepięknie wykonany, co powtarzam po raz wtóry, ale to niestety nie wystarcza to by załatać braki w fabule oraz akcji, która jest nieciekawa, banalna i prosta jak droga na Ostrołękę. Bohaterowie są strasznie nierealni, ciężko się z nimi utożsamić, po prostu płascy, trudno ich odnieść do czegokolwiek. Wyjątkowo denerwował mnie główny zły bohater. Miał budzić niechęć i obrzydzenie, a nie budzi nic, nie wywołuje żadnych emocji, bo prawie go nie ma.
Mimo wszystkich wytkniętych wad to całkiem niezły film, ale czegoś tutaj brakuje, czegoś co przykułoby mnie do ekranu. Wielka szkoda, że twórcy nie postarali się trochę bardziej, nie dopracowali filmu od strony fabularnej i nie postarali się o ciekawszą akcję... Mogło wyjść z tego coś cudownego, a to co otrzymaliśmy jest niestety produktem strasznie średnim.