Z produkcjami takimi jak „Kyō no go no ni” spotykam się nieczęsto. Owszem, jest to kolejne typowe ecchi o uczniach, ale z pewnych względów dość niesmaczne, nawet dla mnie – osoby, którą niewiele rzeczy przedstawionych na ekranie potrafi oburzyć/wzruszyć/zniesmaczyć. Z drugiej jednak strony jest to dobra komedia, przy której można się odprężyć i gromko uśmiać.
Bohaterami „Kyō no go no ni”, jak sama nazwa wskazuje, są uczniowie piątej klasy japońskiej szkoły podstawowej. Mimo że chodzi do niej wielu intrygujących uczniów, najbardziej, powiedzmy, charyzmatycznym z nich jest Ryōta Satō, będący jednocześnie główną postacią omawianego anime. Wszystkie cztery odcinki podzielone zostały na pięć epizodów, z których każdy opowiada inną historię, najczęściej rozgrywającą się na przerwie między lekcjami. Fabuła jest całkowicie epizodyczna, ale poszczególne epizody związane są bezpośrednio z Satem. Jedynym dość wyraźnie zaakcentowanym motywem fabularnym jest wątek Ryōta-Chika – w każdym odcinku poświęcono mu jedną „przerwę”, a w ostatnim aż dwie.
W związku ze wspomnianą wcześniej epizodycznością omawianego anime, mam pewne trudności z wystawieniem oceny za scenariusz. Historyjki są zabawne, chociaż dość krótkie – każdej z nich poświęcono zaledwie kilka minut. Byłoby jednak niesprawiedliwe, gdybym z tego powodu zaniżył ocenę za fabułę, w końcu twórców ograniczał z góry narzucony czas trwania odcinka. Mnie osobiście to nie przeszkadza; takie rozwiązanie świetnie sprawdziło się chociażby w „Shin-chanie”, dobrze wykorzystano je także tutaj. Jeśli miałbym na coś narzekać, to na trochę po macoszemu potraktowany wątek główny, czyli relacje Ryōta-Chika. Poświęcono mu zaledwie pięć kilkuminutowych epizodów, w związku z czym nie jest on dość przekonujący, trochę nijaki. Zakończenie tego wątku niektórych oglądających może rozczarować, ponieważ właściwie niczego ono nie wyjaśnia, a jedynie coś sugeruje. Gdyby jednak poświęcić mu więcej czasu, np. cały jeden odcinek, anime mogłoby na tym jeszcze bardziej stracić, ponieważ należałoby zrezygnować z epizodów „pobocznych”, czyli tych najzabawniejszych, będących niejako siłą napędową tego OAV. To wszystko sprawia, że trudno jest wystawić „Kyō no go no ni” sprawiedliwą ocenę za fabułę.
O wiele łatwiej jest ocenić postaci. Jeśli ktoś spodziewałby się dobrze zarysowanych charakterów, to srodze się zawiedzie. Największym bowiem atutem bohaterów omawianego tytułu jest ich sympatyczność i młodzieńczy entuzjazm – tryskają energią, są weseli, trudno ich nie polubić. Mnie osobiście spodobali się oni jeszcze z innego względu – wszyscy oni chodzą do podstawówki, przez co podczas seansu przypomniałem sobie czasy, kiedy i ja byłem w tym wieku (trochę czasu już minęło), nawet pewne rzeczy, o których już dawno zdążyłem zapomnieć. Zapewne nie na każdego oglądającego „Kyō no go no ni” tak podziała, ale być może akurat ty przypomnisz sobie coś z czasów podstawówki? Wracając jednak do właściwego tematu – o postaciach wiemy naprawdę bardzo niewiele. Właściwie jedynymi osobami, które przedstawiono trochę obszerniej, są Ryōta i Chika – wiadomo, że dziewczyna czuje coś do chłopaka, a z czasem powoli i on zaczyna myśleć o niej w trochę innych kategoriach niż jako zwykłej znajomej z klasy. Wiemy też, że chodzili razem do przedszkola, z którego to okresu obejrzymy kilka krótkich retrospekcji. Mimo wszystko ocena za bohaterów dość wysoka, za wspomnianą wcześniej sympatyczność, wesołość.
Od razu na początku zaznaczyłem, że anime jest trochę niesmaczne. Być może lepiej pasowałoby tutaj określenie „niepokojące”, ale tę kwestię niech każdy osądzi sam. W „Kyō no go no ni” oglądać będziemy jedenastoletnie dzieci w wydaniu pasującym raczej do ich o kilka lat starszych kolegów z takich tytułów jak chociażby „Love Hina” czy „Green Green”. Twórcy nie mają oporu przed tym, aby pokazywać bieliznę dziewcząt, fragmenty piersi czy sceny, które w oczywisty sposób kojarzą się z czynnościami seksualnymi. Właśnie ze względu na wiek bohaterek niektóre z tych scen określam jako niepokojące/niesmaczne. Bez ogródek można powiedzieć, że „Kyō no go no ni” to lekki lolicon.
Grafika jest dość przyjemna, chociaż w dwóch ostatnich odcinkach jakby trochę zaczęła odstawać od całości. Całość utrzymana jest w jasnych i ciepłych kolorach, co dodatkowo podkreśla swego rodzaju radosną i luźną atmosferę tego anime. Postarano się przy projektach postaci, które są ładne i cieszą oko. Zastosowano też pewną sztuczkę – w chwilach, gdy Ryōta podchodzi do czegoś w miarę poważnie (np. wtedy, gdy się go znieważy), jego twarz zostaje postarzona, wygląda jak dwudziestolatek. Parę razy to samo rozwiązanie wykorzystano pokazując twarz Chiki. Miejscami trochę skromnie prezentują się tła, uproszczone i mało bogate w szczegóły. Akcja prawie cały czas rozgrywa się w szkolnych murach, jednak korytarze prawie zawsze są puste, przy pokazywaniu klasy często zwraca się uwagę na jedno konkretne miejsce, w którym znajduje się najważniejsza dla danej sceny osoba bądź kilka osób, a resztę klasy spycha się do innego kąta. W pewnym momencie trochę może zacząć martwić fakt, że ciągle oglądamy te same osoby, a pozostałe obserwujemy tylko jako tło. Warto przy okazji nadmienić, że odpowiedzialne za animacje studio Shinkūkan poza „Kyō no go no ni” ma na swoim koncie... tylko kilka hentajów.
Muzykę w tym anime również dość trudno jest mi ocenić. Z jednej strony jest przerażająca, z drugiej przyjemna. W openingu usłyszymy trochę zafałszowaną piosenkę, która mnie osobiście na myśl przywodzi jakąś mutację disco polo. Porównując ją jednak z serialem, prezentuje się ona w miarę przyzwoicie i trzeba przyznać, że znakomicie do niego pasuje. Muzyka w tle została stonowana – zauważa się ją, ale nie zwraca na nią większej uwagi, bardziej koncentrując się na tym, co akurat robią bohaterowie. Nie znaczy to jednak, że podkład jest słaby, po prostu nie odwraca on uwagi od akcji. W pierwszych dwóch odcinkach w endingu usłyszymy spokojną, miłą piosenkę, później zostaje jednak ona zastąpiona jakimś rzępoleniem. A szkoda, ponieważ piosenka była naprawdę ładna i miło się jej słuchało.
Serial operuje typowym dla ecchi humorem sytuacyjnym – tutaj jakaś spódniczka, tu majteczki, tam fragment piersi, a wokół tego wszystkiego chłopcy. W związku z tym dużo tutaj slapsticku, jak w większości ecchi zresztą. Rozśmieszać będą nas również powiedzonka i zachowania bohaterów, głównie Ryōty, a także chibi czy super deformed. Ogólnie nic nowego, ale jednak jest dość zabawnie i wesoło.
Jeśli mógłbym porównać „Kyō no go no ni” do jakiegoś innego anime, prawdopodobnie wskazałbym „Shin-chana”. Ryōta to taki starszy kolega Shinnosukego; może trochę mniej zboczony, bo w niedwuznaczne sytuacje przeważnie wpakowuje się przez przypadek, ale moim zdaniem obaj są trochę podobni. I chyba właśnie fanom młodego Nohary szczególnie mógłbym polecić to anime – moim zdaniem warto spróbować, prawdopodobieństwo, że się spodoba, jest dość wysokie. Polecam również typowym „zjadaczom” ecchi, im również powinno się spodobać. Proszę jednak pamiętać o wieku bohaterów tego serialu – jedenaście lat!