O włamywaczach komputerowych było już wiele filmów. Jednym z pierwszych były „Gry Wojenne”, w których uczeń szkoły średniej włamał się do komputerów wojskowych i omal nie wywołał konfliktu nuklearnego. Niestety kolejne filmy utrzymały przekonanie o tym, że hakerzy potrafią dosłownie wszystko, a nawet je pogłębiły. Czy Battle Programmer Shirase jest inny pod tym względem? Odpowiedź brzmi „nie”, ale ten serial do poważnych absolutnie nie należy i odnoszę wrażenie, że twórcy chcieli trochę zakpić z przekonań jakie panują na tematy włamań komputerowych.
Pierwsi hakerzy, zaczynali od zabawy w oszukiwanie firm telekomunikacyjnych przy pomocy gwizdków emitujących tony, które sterowały centralami telefonicznymi. Później ludzie pokroju Kapitana Cruncha, czy Steve'a Wozniaka zrobili sobie „blue boxy”, które pomagały im w tej dość niewinnej rozrywce. Po pojawieniu się pierwszych mikrokomputerów, hakerzy również dla zabawy łamali programy i zmuszali je do różnych przedziwnych zadań, W końcu zbudowali pierwsze komputerki domowe. To że komputer trafił pod strzechy to właśnie duża zasługa tych pasjonatów. Te czasy minęły jednak bezpowrotnie, słowo haker dziś kojarzy się z głupimi filmami sensacyjnymi, rzeczywistością wirtualną i wirusami, które potrafią dopiec każdemu użytkownikowi komputera.
Wróćmy jednak do tematu recenzji. Akira Shirase to geniusz komputerowy, prowadzący leniwy tryb życia, którego trudno zainteresować czymkolwiek poza komputerowymi antykami. Wiecznie zaspany po całonocnych zabawach ze swoim komputerem, ożywia się tylko wtedy, kiedy jego dalsza kuzynka Misao, uczęszczająca do szkoły podstawowej, pojawia się w jego mieszkanku. Nie da się ukryć, że Akira ma niewielki kompleks lolity, uwielbia też tak zwane „cat girls”. Misao to cicha i nieśmiała dziewczynka, która podkochuje się w swym – jak go nazywa – starszym bracie i jest świadoma jego drobnych odchyleń, ale wie, że jego zboczenie jest zupełnie nieszkodliwe.
Do BPS (Bitewny Programista Shirase) zgłaszają się przedstawiciele różnych firm oraz organów wojskowych, prosząc go o przysługi związane z bezpieczeństwem informatycznym. BPS nie pracuje dla pieniędzy, ale jego klienci dobrze wiedzą czym go przekonać i oferują mu zwykle jakiś nieosiągalny antyk komputerowy za jego niesamowite usługi. Sytuacja staje się poważna kiedy na horyzoncie pojawia się niebezpieczne indywiduum, nazywające siebie Królem Ameryki, którego działania mogą doprowadzić do kilku mniejszych lub większych katastrof. W tym celu wykrada superkomputer najnowszej generacji, który umożliwia mu dostęp do sieci komputerowych na całym świecie. Przy jego pomocy terroryzuje różne firmy i instytucje, chcąc osiągnąć różne, czasami bardzo dziwne, cele.
BPS będzie z nim walczył na swój oryginalny sposób, czasami do odparcia ataku wystarczy mu telefon komórkowy, innym razem pomoże mu, będąca w wieku Misao, komandor Yuriko Yunoki, zabezpieczająca sieci US Navy przed niepowołanymi osobami. Ale prawdziwe możliwości BPS poznamy dopiero kiedy Misao grozić będzie niebezpieczeństwo. W serialu pojawi się też kilka innych ciekawych postaci, np. Motoki Sae – stuknięta wychowawczyni Misao, czy pan Akizuki, który w każdym odcinku jest przedstawicielem innej instytucji i zawsze zastaje BPS, w przypadkowej dwuznacznej sytuacji z Misao.
Do tej serii należy podchodzić tak jak do filmów z agentem 007. Dzieją się tam niedorzeczne rzeczy, ale wszyscy wiedzą, że taki właśnie jest urok tych filmów. Tutaj BPS i Król Ameryki robią niesamowite rzeczy ze swoimi komputerami. Potrafią wysadzać budynki, zrzucać sztuczne satelity z orbit, czy wysadzać komputery przeciwników. Jeśli ktoś wątpi, że ten serial to parodia, zapewne przekona go scena, w której BPS leżąc na ławce, trzymając w jednej ręce bułkę, włamuje się do komputera przeciwnika przy pomocy pożyczonej komórki, obsługiwanej od niechcenia drugą ręką z prędkością przekraczającą działanie komputera Króla Ameryki. Śmieszne prawda? Przypominam sobie jednak, że kiedy władze amerykańskie uwięziły słynnego hakera Dave'a Mytnicka obawiały się dopuścić go do telefonu, myśląc że wywoła trzecią wojnę światową... Wracając do BPS, to nie jest jeszcze szczyt jego możliwości, o czym przekonamy się w kolejnych odcinkach.
Battle Programmer Shirase do wyjątkowych anime nie należy. Scenariusz jest nieskomplikowany. Nie ma tu szczególnego pomysłu, nie dostrzeżemy także rozwoju osobowości u żadnej z postaci. Nie doczekamy się też żadnego spektakularnego finału. Seria składa się w zasadzie z pięciu historyjek. Każda jest pocięta na trzy dziesięciominutowe odcinki, co strasznie denerwuje, kiedy musimy przebrnąć przez przypomnienie ostatniego odcinka, czołówkę z bardzo nieoryginalną muzyką (jeśli ktoś pamięta taką gwiazdę pop z lat 80-tych jak Rick Astley, będzie wiedział o co mi chodzi) i napisy końcowe 3 razy w ciągu 30 minut. Animacja jest średnia, a scenografie dosyć ubogie. Nawet humor jest tu niespecjalnie inteligentny, ale są oczywiście momenty przy których uśmiechną się i ci wybredniejsi widzowie. Twórcy chyba zdawali sobie sprawę z tego, że serial może nudzić, pewnie dlatego dodali odrobinę fan service i humoru z nim związanego. Na szczęście seria jest bardzo krótka, więc raczej nikogo nie zdąży zanudzić, ale czy warto w ogóle po nią sięgać? To już musicie ocenić sami.