Lata osiemdziesiąte obfitowały w objawienia na scenie twórców japońskiej animacji. Na palcach jednej ręki można jednak wyliczyć nazwiska tych, którzy uznanie uzyskali zarówno w rodzimym środowisku, jak i poza jego granicami. Na krótką listę „tytanów”, którzy swoją szansę wykorzystali w pełni, z pewnością wpisać można bohatera tego tekstu. Yoshiaki Kawajiri – bo to o nim mowa – w roku 1987 był raczej nieznanym szerokiej publiczności twórcą. Wśród ludzi z branży zaistniał jako autor jednej z części tryptyku „Meikyū monogatari” o podtytule „Hashiru otoko”. W związku z pozytywnym odbiorem tego właśnie przedsięwzięcia, powierzono mu realizację nowego projektu – „Wicked City”. W pierwotnym zamyśle miał być to nieco ponadpółgodzinny produkt, a właściwie materiał promocyjny dla mangi Hideyukiego Kikuchiego. Gdy jednak Kawajiri skończył swą zakontraktowaną pracę, okazało się, że producenci, zachwyceni efektem, postanowili zrealizować projekt pełnometrażowego filmu kinowego, a nieznanemu jeszcze wtedy twórcy pozostawić sporą swobodę twórczą. Film odniósł sukces, a nazwisko jego reżysera nagle stało się znane i poważane w środowisku. Co więc takiego oferuje nam Kawajiri w „Wicked City”? Czym zdobył serca zarówno ludzi z branży, jak i tysięcy widzów? Ta recenzja ma za zadanie przybliżyć istotny dla dorobku tego reżysera tytuł.
Bliżej nieokreślona przyszłość. W spowitym nocą mieście tysiąca wieżowców poznajemy głównego bohatera. To klasyczny bohater filmów Kawajirego – ironizujący typ, który zawsze ma paskudnego pecha do kobiet i działa jak magnes na kłopoty. Szczególnie nie ufa kobietom-demonom. Tak, tak, demonom. Jako bowiem obiecujący agent Black Guards, zdaje on sobie sprawę z istnienia innego, alternatywnego świata, gdzie siedzibę swą mają właśnie wspomniane demony. Historyczne relacje ludzi z tymi ostatnimi układały się dość zmiennie. Od blisko pięciuset lat obowiązuje jednak pokój, a na straży harmonijnej koegzystencji obu światów stoją właśnie czarni strażnicy. Niedługo umowa zawarta przed wiekami ma wygasnąć, a obie strony zaczęły już prowadzić negocjacje o jej przedłużeniu. Nie wszyscy jednak zgadzają się na taki stan rzeczy. Bliżej niezidentyfikowana grupa demonów próbuje zabić głównego mediatora obu stron, a do jego ochrony ma zostać wyznaczony właśnie nasz główny bohater. Dodatkowo do pomocy przydzielono mu partnerkę z „drugiej strony”. Co jednak mógł zrobić? Zapalenie papierosa, rzucenie cynicznej uwagi i przyjęcie zadania wydawało się jedyną opcją, gdy za „kamerą” stoi Yoshiaki Kawajiri.
Powiadają, że gdy rozum śpi, budzą się demony. Wychodząc z tego założenia, już na wstępie możemy więc przyjąć, że w demonicznym, mrocznym mieście „pędzla” japońskiego kreatora, nasz rozum należy za wszelką cenę uśpić. Jego miejsce zająć zaś powinien męski prymitywny instynkt, który z większą dozą otwartości przyjmie serwowaną wizję. W czasach, gdy anime zarzucana jest zbytnia feminizacja, wczesna twórczość Kawajirego staje się jej swoistą antytezą. Oto brutalny świat siły, w której głównym bohaterem jest stereotypowy „uczuciowy twardziel”, wycięty niczym z ośmiomilimetrowej taśmy filmowej. Zawsze jest beztroski, ale jednocześnie honorowy i szarmancki. Ma w końcu misję do wykonania. Taki (nomen omen) bohater powinien mieć u boku atrakcyjną kobietę, która pozornie silna fizycznie i nieczuła, w rzeczywistości okazać musi się bezbronną ofiarą, czekającą jedynie na to, aby paść łupem samczego obrońcy.
Dla dopełnienia wizji świata mężczyzn potrzebne jest już jedynie dobre tło. Musi ono być na tyle okrutne, ociekające przemocą i jej seksualnym przedłużeniem, aby stanowić środowisko próby dla protagonisty. Tylko w ten sposób może wykazać się siłą woli zdolną do pokonania przeciwności losu. Pytanie nigdy nie będzie brzmieć: „Czy tego dokona?”, a jedynie: „Jak wiele trudu, krwi i potu będzie musiał w tej walce oddać?”
Co jednak stanie się, gdy spróbujemy oprzeć się pokusie odrzucenia analitycznej, ludzkiej natury? Co prezentuje sobą „Wicked City” w tym właśnie wypadku? Szereg czynników świadczyć może, iż tytuł ten jest nie tylko ważnym punktem dla reżyserskiego procesu realizacyjnego, ale także kulminacją tego wszystkiego, co było charakterystyczne dla całego nurtu mrocznego science-fiction w anime i kinematografii lat osiemdziesiątych. Film noir w realiach science-fiction to w końcu „wynalazek” właśnie początków tej dekady. „Blade Runner” w reżyserii Ridleya Scotta, który tak bardzo zmienił oblicze filmowego sf, powstał zaledwie pięć lat wcześniej. Naturalnie największym elementem świadczącym o analogiach między tymi tytułami będzie opisany w poprzednim akapicie główny bohater. Kawajiri na demoniczny grunt przenosi także motyw wybranej, która tak samo jak Rachel z „Blade Runnera”, poprzez koleje własnej niepewności, stanie się początkiem nowej ery współżycia ludzi i demonów (tudzież androidów). Reżyser za pomocą właściwych swojemu stylowi środków buduje także podobną do wspomnianego klasyka gęstą atmosferę urbanistycznego osaczenia.
W odróżnieniu jednak od swego starszego krewnego, „Wicked City” śmiało przyprawione jest gotyckim horrorem z licznymi aktami erotycznymi. Ich charakter często nabiera kształtów symbolicznych bądź artystycznych. Dobrymi przykładami mogą tu być ukazane prymitywne męskie lęki przed zbliżeniem zarówno seksualnym, jak i emocjonalnym. Obecny w pierwszej, otwierającej film scenie, motyw oparty na freudowskim (mniejsza o spory nad jego osobą) vagina dentata, wywiera na widzu potężne mentalne wrażenie, pozostające z nim do końca seansu. Podobny motyw zauważamy w jednej ze scen walk, gdy demoniczna kobieta niczym syrena zwabia pogrążającego się w otchłani jej wołania bohatera wprost do swoich genitaliów, które jakoby miały go pożreć, a potem w powolnym akcie agonalnym pozbawiać sił witalnych. Czy można sobie wyobrazić bardziej dosadne ukazanie męskich lęków? Ukazanie scen seksualnych poprzez pryzmat właśnie demonów sugerować może także instynktowne lęki przed seksualnością i zbliżeniem z nią związaną. Twórca w tym samym czasie posługuje się w ich przestawieniu charakterystyczną stylistyką eroguro i przemocą, potęgując wrażenie aktu seksualnego jako elementu odrażającego i niechcianego. Co jednak w całym tym wywodzie najciekawsze – doskonale komponuje się to z wcześniejszą i późniejszą twórczością Kawajiriego, w większości przypadków epatującą właśnie gore’ową przemocą, erotyką i ciężką mroczną atmosferą.
„Wicked City” może być również kolejnym tytułem, który jak lustrzane odbicie pokazuje samych Japończyków tamtego okresu – przesiąkniętych atmosferą osaczenia i zbliżającego się kataklizmu, który przecież tak samo jak demony w „Wicked City”, przychodzi z zewnętrznego świata, który jedynie czeka, aby przerwać pasmo pokojowej współegzystencji. To cecha charakterystyczna dla wielu tytułów anime lat 80. (podobne motywy zauważamy m.in. w „Akirze” w reżyserii Ōtoma), a w omawianym tytule wyrażana w sposób niezwykle sugestywny. Kto bowiem chciałby zostać mieszkańcem targanego grozą niegodziwego miasta?
W całej wizji narzucanej przez „Wicked City” martwią tylko elementy humorystyczne, wydające się być ostoją „zwykłej” rozrywki. Nie w pełni świadom zawartości mangowego pierwowzoru, zakładam iż to właśnie on odpowiada za wprowadzenie tych elementów. Koniec końców tytuł ten w założeniu miał być właśnie animowaną wersją japońskiego komiksu, nie zaś tworem od początku niezależnym fabularnie.
Kawajiri po raz pierwszy dostał możliwość wykorzystania poważnych środków finansowych w kreacji swej wizji. Tytuł stanowi przy tym sztandarowy przykład jakości wykonania produkcji kinowych tego okresu. Animacja, dzięki zaangażowaniu sporej ilości rysowników, jest dokładna i płynna. Sam rysunek niestety często pozostaje brudny i nierówny. To naturalne w tytułach, które nie mogły pochwalić się astronomicznymi budżetami. W końcu pomoc ze strony komputerów była dla ówczesnych twórców taką samą fantastyką, jak tworzony przez nich tytuł. Tła prezentują się przyzwoicie, choć w scenach akcji często są upraszczane.
Odłóżmy jednak na bok techniczną kalkulację. W końcu to nie o nią w możliwościach sztucznego obrazu chodzi. Zamiast nich skupmy się na tym, co stanowi kwintesencję owego tytułu. A w tej materii spore wrażenie robią już pierwsze sceny filmu. Realistyczne i dalekie od trendów kojarzonych z anime projekty, rysowane wyraźnym, ostrym pociągnięciem, od samego początku przekonują nas, że żarty się skończyły. Tła, często zamazane, nabierają kształtów niczym przy dostrajaniu kamery. Na ekranie od samego początku dominują odcienie dwóch kolorów – niebieskiego i czerwonego. To właśnie te kolory dominują w całym wczesnym okresie twórczości Kawajirego. Niebieski, oddający chłód i potęgujący wrażenie półmroku, nadaje zresztą ton całemu obrazowi. W końcu mamy środek nocy, twarze spowija zimny gwiaździsty blask. Na tym tle nie lada kontrast wywołuje krwista (nieraz dosłownie) czerwień, co jakiś czas przewijająca się przez ekran. To „zabawa” tych dwóch kolorów tworzy nastrój „Wicked City”, jak i wielu późniejszych tytułów reżyserowanych przez Kawajirego, z efektownym „Cyber City Oedo” na czele.
Twórca w realizacji swojej wizji nie bał się wykorzystać ówczesnej przewagi anime nad tradycyjnym kinem. W czasach, gdy grafika komputerowa nie była w stanie zrekompensować braku wyobraźni widza, anime wykorzystywało pełną dowolność graficznej ekspresji w sposób bezlitosny. Początkowa scena, gdy kobieta-demon w trakcie aktu seksualnego przeradza się w półpająka, jest jedną z tych, które niełatwo toną w fali obrazów, jaką zalewany jest przeciętny fan anime. Niewątpliwie ta właśnie próba maksymalnego wykorzystania swobody twórczej jest cechą charakterystyczną dość obszernej epoki w historii japońskiej animacji (choć i dziś twórcy anime walczą o swą pozycję na tym polu). Naturalnie, mile świetlne dzielą grafikę „Wicked City” od wspaniale wykonanego, młodszego o rok superprzeboju Katsuhira Ōtomo. O ile jednak „Akira” zachwycał niedoścignionym wzorem techniki wykonania, o tyle dzieło Kawajirego jest znacznie bardziej wysublimowane w kwestii gry światłem i kolorem w obrazie.
Podsumowując, wykonanie pod względem technicznym zadowala. Rysownicy miewają tu lepsze, zapierające dech w piersiach widza momenty, jak i inne, które niespecjalnie wybijały się na tle ówczesnych produkcji. Tytuł ten jednak, dzięki wspaniałej oprawie artystycznej, staje się widowiskowy i, w mojej opinii, wpisuje się złotą kartą w długiej historii japońskiej animacji.
Muzyka w tle stanowi element poboczny. Nie postawiono tutaj na współcześnie częsty efekt „teledysku”. Wydarzenia zaopatrywane są sporadycznie w ton ambientu, oszczędnego i konsekwentnie marginalizowanego. Ujęcia między scenami ilustrowane są prostą muzyką elektroniczną, spokojną, o równie banalnej co ambientowe motywy strukturze. Twórcy postawili na efekt głuchej ciszy, którą przerywają jedynie słowa i dźwięki tła. Efekt? Jak najbardziej zadowalający. W końcu to budowanie klimatu osaczenia, a nie audiowizualny pokaz były ich zamierzeniem. Na pewno dużego popisu nie dali seiyū. Częściowo wynika to z faktu samej konwencji prowadzenia dialogów, które mniej przypominają rzeczywiste konwersacje, a bardziej wymianę krótkich zdań i wygłaszanie monologów. Ostatecznie ich gra jest całkowicie poprawna, jednak nie posiadali umiejętności, aby nadać obrazowi Kawajirego dodatkowego wymiaru.
Cóż można napisać, próbując streścić ten niewątpliwie interesujący tytuł? Wyliczanie olbrzymiej liczby polskich fanów anime, których tytuł ten nie zainteresuje, można sobie śmiało darować. Nie warto chyba również przytaczać cytatów znanych nazwisk dotyczących „Wicked City”. Na samym końcu bowiem tego recenzenckiego tekstu przyjdzie moment, w którym ty sam, drogi widzu, będziesz musiał zdecydować, czy zatopione w mroku awangardy demoniczne, niegodziwe miasto może zagościć i na twoim ekranie. Polecam zaznajomienie się z nim zwłaszcza tym, którzy są na drodze poznania anime jako całości, ze wszystkimi jej nurtami i chronologiami. Naturalnie, dla wielbicieli reżysera „Cyber City Oedo” i „Ninja Scroll” tytuł wydaje się aż nadto oczywistym poleceniem.