Tak się składa, że jestem w wieku głównego bohatera serii „Speed Grapher”. Osobiste wyznanie na wstępie daję za dowód na to, że nawet w tak sympatycznych okolicznościach, nie byłem w stanie polubić Tatsumiego Saigi, jak i samej produkcji, o której tu mowa. W łeb biorą wszelkie niespodziewanie miłe zbiegi okoliczności, kiedy czujesz, że regularnie ktoś cię robi w konia, serwując nieświeżą potrawę z menu silącego się na bycie wykwintnym. Tak właśnie rzecz ma się ze „Speed Grapherem”, serią od której bije wręcz zasmucający brak koncepcji. Główny problem, jaki pojawia się w trakcie próby oceny tej serii, to odpowiedź na pytanie, jakiego rodzaju konwencję filmową reprezentuje sobą dzieło wytwórni Gonzo? Czy anime to jest sensacją, dramatem, horrorem, romansem, politycznym thrillerem, kinem obyczajowym? Ta długa lista wyliczeń, na której znajdują się tak odległe od siebie potencjalne ujęcia tematu, może robić wrażenie, ale wcale nie świadczy o przyprawiającej o zachwyt biegłości w żonglerce stylistycznej twórców, tylko raczej o ich zagubieniu i braku jasnej wizji, czym "Speed Grapher" miałby być. Nastręcza to więc spore kłopoty we wspomnianej próbie oceny. Gdy nie wiadomo w jakich zawodach ta dwudziestoczteroodcinkowa seria startuje, trudno znaleźć właściwe kryterium jej oceny.
Tatsumi Saiga to ceniony fotograf, który sławę zdobył przejmującymi cyklami zdjęć, dokumentującymi ofiary bliżej nieokreślonego konfliktu zbrojnego o światowym zasięgu. Po traumatycznych przeżyciach i wielu odniesionych ranach, Saiga wraca do Tokio, gdzie zajmuje się „chwytaniem na gorąco” nikczemności świata polityki i biznesu. Wszystko to jednak śmiertelnie go nudzi, popychając w marazm i zgorzknienie. Do czasu, gdy trafia na ślad sekretnego klubu dla VIP-ów, miejsca tajemniczych i lubieżnych praktyk, klubu należącego do najpotężniejszej korporacji Japonii – Tennōzu Group. Na jej czele stoi sławna niegdyś modelka – Shinsen Tennōzu oraz jej „prawa ręka”, dandysowaty w obejściu Chouji Suitengu. Saidze udaje się przemycić na jedną z imprez organizowanych przez klub, gdzie staje się świadkiem ceremonii inicjacyjnej, tzw. „rytuału bogini”. Pieczę nad przebiegiem ceremoniału sprawuje Suitengu, a dziewczyna o imieniu Kagura – córka Shinsen Tennōzu, obdarza wybranego uczestnika imprezy bliżej nieokreśloną formą rozkoszy, zwaną „Ekstazą”. W nagłym uniesieniu, pod wpływem oszałamiającego widoku spływającej z góry na linach Kagury, Saiga zaczyna robić nieopatrznie zdjęcia. Zdemaskowany, znajdując się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, Saiga porywa Kagurę jako zakładnika, nie zdając sobie sprawy, że w ten oto sposób na zawsze wiąże z dziewczyną swój los, w serii kolejnych perypetii, stopniowo poznając dramatyczne dzieje Kagury, jej matki, Suitengu, jak i… własnego aparatu.
Tak się zaczyna „Speed Grapher”, trzeba przyznać – dość obiecująco zawiązującą się fabułą. Brałem to za dobrą monetę, sądząc, że skoro od samego początku pobrzmiewają w „Speed Grapherze” tony serio, anime podryfuje w kierunku propozycji poważnej i przeznaczonej zdecydowanie dla starszego odbiorcy. W końcu, trudno było mi uwierzyć, że w serii, w której na przestrzeni tylko jednego odcinka mówi się o wojnie, meandrach brudnej polityki, wielkich pieniądzach i grzesznych uciechach, pojawią się jeszcze mutanci, eksperymenty medyczne, zawiedzione miłości i co tam jeszcze chcecie. Litości! Nie za dużo tego, jak na dwudziestoczteroodcinkową serię? Oczywiście, nie można z góry zakładać, że taki koktajl będzie pozbawiony jakiegokolwiek smaku. Nie pierwsza to tego typu hybryda w historii gatunku, by wymienić chociażby „Neon Genesis Evangelion”, stanowiący doskonały dowód na to, że poruszając się pomiędzy krańcowymi nastrojami i wielowymiarową tematyką, można stworzyć dzieło spójne i wartościowe. Tego, niestety, o "Speed Grapherze" powiedzieć się nie da. Wszystko w tej produkcji serwowane jest niejako „mechanicznie”, na zasadzie bezrefleksyjnego mnożenia atrakcji, co w moim odczuciu, ma jedynie tuszować dość wątłe przesłanki jakimi kierowali się twórcy serii, podejmując decyzję o jej realizacji. Serwowana historia sprowadza się do prostego ciągu zdarzeń: Saiga z Kagurą uciekają przed oprychami korporacji Tennōzu – fotograf, po raz kolejny, planuje odbicie dziewczyny. Z tak jałowego schematu niewiele da się wyciągnąć, co zresztą aż nazbyt boleśnie widać podczas obcowania z kolejnymi odcinkami serii. Być może ten stan rzeczy da się w niewielkim stopniu usprawiedliwić faktem, że nad poszczególnymi odcinkami „Speed Grapher” pracowało aż kilkunastu reżyserów (!), którzy nie byli w stanie wkomponować części własnego autorstwa w nadrzędną koncepcję serii. „Speed Grapher” przywodzi mi na myśl casus innego dzieła studia Gonzo, a mianowicie serii „Gantz”, w której wykorzystano podobny schemat „zaciemniania” faktu braku spoiwa, które by organizowało poszczególne wątki fabuły w sensowną całość. Ta banalna, w swym założeniu, opowieść o eksterminacji kolejnych serii przeciwników, także posiłkowała się bogatym zestawem „atrakcji” (krew, śmierć, seks i przemoc), mającym uwiarygodnić jałowość scenariusza i nadać tej produkcji znamion dzieła mówiącego o sprawach ważkich i ostatecznych.
Ale i to byłoby w sumie do przyjęcia, gdyby chociaż monotonnym perypetiom Tatsumiego Saigi towarzyszyła godna oprawa wizualna. Powinni ze wstydu spalić się członkowie zespołu Duran Duran, których piosenka „Girls on Film”, towarzyszy animacji otwierającej serię. Ci, niegdyś uznawani za arbitrów wyszukanej elegancji dżentelmeni, powinni za karę oglądać „Speed Graphera” co najmniej kilka razy z rzędu. W ten sposób poznaliby wymiar estetyki, którego istnienia doświadczali do tej pory prawdopodobnie jedynie podczas nocnych koszmarów. Wszystko się bowiem o stronie wizualnej serii da powiedzieć, oprócz tego, że jest ona dobra. Postaci narysowane są tak, jakby ktoś na ich podstawie miał się dopiero zabrać do pracy. Dawno nie widziałem tak niechlujnych rysunków, zahaczających o śmieszność łamaniem zasady mimesis. Animacja woła o pomstę do nieba, cały arsenał swoich środków zamykając w przedziale pomiędzy całkowitym bezruchem postaci czy pojazdów, przesuwanych wzdłuż bardzo pobieżnych, pozbawionych jakiejkolwiek szczegółowości teł a rachityczną animacją poszczególnych części ciała bohaterów, najczęściej ust. W scenach pojedynków oraz licznych pościgów, animacja wydaje się jakby nie nadążać za prezentowaną akcją, co pozbawia dane sceny napięcia i dramaturgii. W ogóle odczucie prowizoryczności strony wizualnej „Speed Graphera” jest wprost dojmujące, nie pozwala w żaden sposób skupić się na opowieści, sensowność całego projektu stawiając pod ogromnym znakiem zapytania. Jedynie muzyka, towarzysząca perypetiom dzielnego fotografa, stanowi pozytywny wyjątek w krytycznej ocenie całości. W dość zgrabny sposób powtarza nastrój piosenki Duran Duran, słusznie rozpoznając jedyną wartość, którą „Speed Grapher” ma do zaoferowania. Dla porządku odnotuję, że za muzykę w serii odpowiada Mitsumune Shinkichi, człowiek, który dał światu kapitalną ścieżkę dźwiękową do „FLCL”, więc nie ma się czemu w sumie dziwić.
Jest jedna rzecz, która mogłaby tę bardzo nieudaną serię chociaż w minimalny sposób zrehabilitować w oczach widza i wydźwignąć na poziom przyzwoitej rozrywki. Myślę tu o lżejszych tonach, dowcipie, wyraźnej sugestii mówiącej, że fabuła i to wszystko co ze sobą niesie, jest tylko wziętą w nawias grą z konwencją, parodią uznanych tytułów, dziełem przewrotnej ironii. Ale na tego typu rozwiązania nie ma co liczyć, bo przecież: pościgi, mutanci, perwersje, skorumpowani politycy, psychopaci, ofiary wojenne... gdzie tu miejsce i czas na jakąkolwiek chwilę namysłu i konstruktywnej analizy? Jedynie koncepcja, co poniektórych, mutantów wydaje się na tle bylejakości pozostałych dramatis personae dość oryginalna, ale co z tego, skoro ich wykonanie całkowicie pogrąża ten jedyny, w miarę interesujący, aspekt „Speed Grapher”.
Nie wiem komu mógłbym to anime polecić. Chyba tylko osobom cierpiącym na bezsenność, których przeraża wizja końca programu na ich ulubionym kanale telewizyjnym. Wszyscy pozostali, powinni serię studia Gonzo omijać szerokim łukiem. W głębokiej ciszy.