Oglądając pierwszy sezon „Arii” czułem klimat tego serialu, jednak nie porwał mnie on bez reszty. Skrzywionym okiem recenzenta obracałem go w tę i we wtę, szukałem dziury w całym. Na pierwszy rzut oka był to serial o rzeczach zupełnie nieistotnych, teoretycznie nudny, a nawet dziecinny, a to nie mogło przecież wystarczyć, żeby nazwać go świetnym.
Tymczasem, kiedy pozbawiłem się recenzenckich narzędzi analitycznych, odrzuciłem uprzedzenia do pewnego kota i dałem się temu anime poprowadzić bez żadnego „ale”, stało się jasne czym jest „Aria”. To marzycielska ucieczka od szarego, brudnego świata, który wchodzi do domu przez telewizor, radio, gazety, mówiące złowrogo: to twój świat, nie uwolnisz się! Ale ja nie chcę! Przecież dlatego głównie oglądam anime, żeby zapomnieć, żeby nie być częścią tej rzeczywistości.
Odkąd pojawiła się „Aria the Natural”, mam gdzie uciekać. Raz na tydzień mogę całkowicie zniknąć z tej czasoprzestrzeni, muszę tylko zażyć kolejną magiczną pigułkę, aby na 25 minut zatopić się w marzycielskim śnie – bez tego nie sposób przetrwać. To nic, że ten sen jest momentami dziecinny, że kot głupkowaty, że do znudzenia „ara ara”, i wreszcie co z tego, że to utopia? – właśnie dlatego „Aria” to najlepsza z pigułek na uspokojenie.
Daj się więc porwać światowi marzeń, nie patrz na szczegóły – one są nieważne. Jaki gatunek? Czy fabuła oryginalna? Czy postacie głębokie? Po co te pytania? Oglądaj! Daj się ponieść wyobraźni. Usiądź obok ulubionej gondolierki – na pewno taką znajdziesz. Pozwól, że zdradzi ci ona małe tajemnice Neo-Wenecji, opowie o mieście, w którym wszyscy są dobrzy, mili i oddają się małym przyjemnościom dnia codziennego. To nam przypomina, że owe przyjemności istnieją i w naszym świecie, ale on pędzi coraz szybciej, wszystko się tu zlewa na jednostajnej taśmie ciągu wydarzeń, na nic nie ma czasu... A w Neo-Wenecji nie ma telewizji, radia, nie ma skąd lać się medialny jad, niepotrzebnie zatruwający umysł. Żadnych sensacji, afer – błogi, prawdziwie święty spokój. Tak! To raj, w którym czas zdaje się stać w miejscu. Tu nikomu się nie śpieszy. Tu można godzinami gadać z przyjaciółmi, patrzeć na zachody słońca, obserwować spadające gwiazdy i zastanawiać się nad ludzkim istnieniem. Jesteśmy przecież tylko gwiezdnym pyłem. Gdzie nam się do cholery tak śpieszy!?
Czy takie „Aria” ma przesłanie? Myślę, że autorka mangi nie zaprzątała sobie nim głowy. Ona, tak jak widzowie serialu, chciała mieć takie miejsce do odpoczynku, wolne od wszelkich elementów negatywnych. Dlatego chyba właśnie wybrała inną planetę. Ziemia, ze swym bagażem brudu ludzkiej działalności, nie byłaby odpowiednio czystym miejscem dla nieskalanej Neo-Wenecji. Myślę, że autorka świadomie pomija w „Arii” wszystko co związane z Ziemią. Ani razu nie widzimy co się na niej dzieje, nie używa się nawet samej nazwy. Wszystko po to, żeby nie zakłócać błogostanu w jaki wprowadzany jest odbiorca. Przesłanie można by jednak ułożyć ze starych mądrości, o których świat już jakby zapominał, przemycanych co jakiś czas przez bohaterki.
„Aria” to pewien fenomen. Na dobrą sprawę nie ma tu treści, lub raczej wydaje się nieistotna. Postacie są, ale z faktu ich istnienia też niewiele wynika. Teoretycznie nikogo nie powinno to zainteresować. Jednak oglądanie „Arii” nie powoduje uczucia nudy, a raczej powoduje uczucie specyficznej, odprężającej nudy, która nakazuje rzucić wszystko i po prostu pochłaniać tę neo-wenecjańską atmosferę. Bo widzowi tak naprawdę wystarczyłoby tam być...
Serial nie obył by się oczywiście bez bohaterek. Mimo że nie są to postacie wyjątkowe pod żadnym względem, to widzowi, który z nimi trochę pobędzie, trudno będzie o nich zapomnieć. Czemu tak się dzieje? Może widz znudzony bohaterami niezwykłymi, których przemysł anime wypluwa z siebie w dużych ilościach, tęskni do zwyczajnych postaci, nieratujących świata, niewalczących z potworami. Takich z małymi przyzwyczajeniami, drobnymi zaletami i wadami. Takich do końca ludzkich...
„Aria the Natural” jest bezpośrednią kontynuacją „Aria the Animation”. W zasadzie niewiele się zmieniło. Akari, Aika i Alice nadal wspólnie ćwiczą. Aika strofuje Akari nieśmiertelnym „hazukashii serifu kinshi”, a Alice pod wpływem Akari i Atheny stara się bardziej otworzyć na świat. Dowiemy się więcej o naszych młodych praktykantkach, ale także o przeszłości ich opiekunek. Nawet Akatsuki Woody i Al nie zostaną w tym pominięci. Ten ostatni jest w zasadzie postacią nową, która pojawia w „Aria the Animation” zaledwie na chwilę. Jest on gnomem, lubującym się w wynajdywaniu kalamburów, który wyraźnie wpadł w oko Aice – co z tego wyniknie? Odkryjemy też kilka tajemnic Neo-Wenecji. Bliżej poznamy tajemniczego wielkiego kota, który zafascynuje Akari, oraz wiele innych atrakcji – więcej nie napiszę – zapraszam do osobistego odkrywania.
Niewiele zmieniło się w sferze formalnej. To ta sama jakość wykonania i niezmieniony styl. Podstawą stylu są oczywiście motywy klasycznej Wenecji, okraszone drobnymi elementami, charakterystycznymi dla japońskiego miksu fantasy i science-fiction. Znajdziemy tu unoszącą się w powietrzu wyspę, podobną do zamku w „Lapucie”, latające pojazdy mechaniczne, przypominające wyglądem stwory morskie. Obok elementów fantazyjnych zobaczyć można także typowe dla czasów obecnych wiatraki, produkujące energię elektryczną, czy niewyróżniający się niczym laptop Akari.
Dominuje tu kolorystyka letnia, dużo błękitów, zarówno jeśli chodzi o niebo, jak i wodę. Twórcy nie żałują ładnych marzycielskich widoków. Błękity często ustępują miejsca odcieniom pomarańczu i złota, towarzyszącym zachodom słońca. Kolorystyka oraz obecność świetnie wyrenderowanej, „żywej” wody sprawia, że „Aria” naprawdę orzeźwia.
Cieszy pozostawienie openingu, który za każdym razem rozgrywa się już jakby na tle samego odcinka. Wtóruje mu idealnie wpasowana klimatem piosenka, niezwykle delikatnie wyłaniająca się z tła. Nowe piosenki są świetne, muzyka podkładu zyskała kilka nowych tematów, ale większość to stare dobre utwory z „Aria the Animation”. Przyznam, że muzyki z serialu słucham często od niemal dwóch lat i wcale mi się nie znudziła – to spory ewenement. Tak adekwatnej do klimatu muzyki może pozazdrościć „Arii” niejedno anime.
„Aria” to jakby powrót do przeszłości, kiedy informacja nie była jeszcze tak wszędobylska. To jednocześnie nieśmiałe marzenie, że kiedyś, w innym świecie człowiek zwolni trochę, znormalnieje a japoński i nie tylko japoński otaku wyjdzie z domu i nie będzie mu potrzebny żaden świat zastępczy...
25 minut kolejnego odcinka szybko mija, tak to jest z magicznymi pigułkami. Można je zażyć raz na tydzień, zatrzymać czas, przenieść się tam i posłuchać o czym mówią bohaterowie. Oni mówią o rzeczach zupełnie zwyczajnych, ale ty chcesz właśnie tego słuchać! Wolisz to, niż dowiedzieć się o nowej wojnie, następnym ataku terrorystycznym, kolejnej aferze politycznej... Odliczając odcinki prosisz w duchu twórców: nakręćcie kolejny sezon! Nigdy nie przestawajcie! Ta pigułka pomaga wytrwać, daje upragnioną ułudę, ale też leczy, oczyszcza umysł. To lek na uspokojenie skołatanych nerwów. Na szczęście będzie ciąg dalszy. Będziemy czekać, jakoś to wytrzymamy...