Nie oszukujmy się. Ktoś, kto decyduje się poważnie wywiązywać z recenzenckich powinności, zawsze staje przed nieuniknioną perspektywą obcowania z setkami godzin animowanej nudy i banału, skutecznie mogącymi zgasić najbardziej nawet niepoprawny entuzjazm. Ile to razy, w autentycznych mękach, dane mi było z zażenowaniem śledzić banalne w swym zamyśle ciągi zdarzeń, puentowane wątpliwej jakości plastyczną stroną obrazu – lepiej świadomie unikać tego typu podsumowań, z żalu za straconym czasem.
A jednak, są chwile w życiu recenzenta, gdy po serii licznych upokorzeń estetycznych i do niego w końcu uśmiecha się los. Jest to zdarzenie tym bardziej satysfakcjonujące, gdyż niezapowiedziane przez jakiekolwiek znaki na ziemi i niebie. Jak inaczej bowiem nazwać sytuację nieobecności serii na zaszczytnych miejscach w zestawieniach najwybitniejszych dokonań gatunku, czy idących w setki fanowskich stron w sieci? Tego typu tropy mogłyby przepowiadać istnienie dzieła wyjątkowego, jakim niewątpliwie jest seria Blue Gender. Tak na marginesie – zastanawiająca jest cisza panująca wokół dzieła Masashi Abe w sytuacji, gdy co drugi miłośnik anime narzeka na miałkość fabularną większości oglądanych przez siebie serii, tęskniąc za dziełami o solidnie skonstruowanej historii i wybijającymi się, ponad gatunkową sztampę, bohaterami. Więc proszę bardzo – oto remedium na tego typu bolączki – seria Blue Gender.
Yuji Kaidou wybudza się z hibernacyjnego snu w świecie, którego istnienia wolałby nie doczekać, bowiem rzeczywistość wokół rysuje pejzaże jak z najgorszych koszmarów sennych. Wszędzie pełno ciał, zaschniętej krwi, obezwładniającej ciszy, o którą trudno w wielkiej metropolii pokroju Seul. Otoczenie przypomina pole bitewne, porośnięte zadziwiającymi formami organicznymi. Na dodatek, zszokowanego zaistniałą sytuacją Yujiego atakuje ogromnych rozmiarów insektopodobne stworzenie. Chłopaka z opresji ratuje kobieta – żołnierz, przychodząca Yujiemu na odsiecz w bojowym mechu. W ten sposób Yuji poznaje Marlene Angel, od której dowie się, że świat jaki pamiętał sprzed czasów hibernacji, już nie istnieje. Ziemię opanowała rasa Niebieskich (Blue) – insektów niewiadomego pochodzenia, która doprowadziła ludzkość nad skraj zagłady. Niewielkiej ilości niedobitków udało się jednak zbiec w przestrzeń kosmiczną, gdzie na orbicie okołoziemskiej powstał zalążek Drugiej Ziemi, nowej ojczyzny ocalałej ludzkości. Marlene ma za zadanie przetransportować Yujiego na Drugą Ziemię, gdyż jak mu wyjaśnia, jest on tzw. „Próbką” - jednym ze „Śpiących”, ludzi wybudzonych z hibernacji już w czasach po zagładzie, jednym z pamiętających Ziemię sprzed inwazji Niebieskich. Z jakichś powodów, osoby pokroju Yujiego bardzo interesują członków Wielkiej Rady z Drugiej Ziemi. Zaczyna się długa podróż do rosyjskiego kosmodromu Bajkonur, w czasie której okaże się, że nie wszyscy ludzie opuścili Ziemię a większość spraw wygląda zupełnie inaczej niż w początkowej relacji Marlene.
Z tego bardzo skrótowego opisu fabuły wynika, że w przypadku Blue Gender mamy do czynienia z produkcją z gatunku science fiction. I tak faktycznie jest, ale tylko w ogólnych założeniach konstrukcyjnych świata, wykreowanego na potrzeby tej 26 odcinkowej serii. W rzeczywistości bowiem Blue Gender to dramat z gatunku określanego jako „psychologiczny”, z fantastycznie rozpisanymi rolami, wiarygodnych pod kątem różnorodnych postaw i odcieni charakterów kilku głównych bohaterów serii. Dawno, a szczerze mówiąc, od czasów pamiętnego „Monster”, nie spotkałem się z tak świetnie skonstruowanym scenariuszem. Już na pierwszy rzut oka, po zaledwie kilku odcinkach serii uderza spójność świata Blue Gender oraz godna podziwu cierpliwość twórców serii w budowaniu wiarygodnych portretów postaci. Okres adaptacji Yujiego do warunków nowej rzeczywistości przebiega powoli, boleśnie, w ciągłych nawrotach autentycznej rozpaczy i przerażenia tym, czego doświadcza. Takie myślenie o kreowaniu filmowego bohatera bliższe jest literaturze aniżeli skrótowej umowności, jaką z zasady posługują się filmowcy. Kolejnym, arcyudanym zabiegiem fabularnym jest zasada przenoszenia siły ciężkości uwagi z jednego bohatera na drugiego. Autorzy w ten sposób nie dają widzowi szansy znudzić się poszczególnymi bohaterami, jednocześnie pogłębiając i zagęszczając sieć relacji, do jakich pomiędzy nimi dochodzi w wyniku coraz bardziej komplikującej się rzeczywistości filmowej. Idąc dalej – sam sposób kreowania wspomnianych przed chwilą relacji międzyludzkich daleki jest od szablonowości. Weźmy pierwszy z brzegu przykład, wątek rozwijany w pierwszych epizodach Blue Gender, obrazujący rodzącą się nić porozumienia i sympatii pomiędzy Joeyem Healdem, jednym z żołnierzy eskortujących Yujima a uratowanym chłopakiem. Cała wiarygodność i głębia tej relacji zbudowana została na melodii, którą obaj bohaterowie doskonale pamiętają z czasów sprzed inwazji Niebieskich i nucą wspólnie w chwilach zwątpienia. Proste i genialne. Jeszcze inaczej rozegrano w serii zasadniczą z punktu widzenia założeń twórców, wielopoziomową relację pomiędzy Yujim a Marlene, ale o tym pisać nie będę, pozostawiając pełnię satysfakcji śledzenia tego kluczowego wątku, tym którzy zdecydują się poznać Blue Gender.
Pozostając jeszcze przez moment przy entuzjastycznej ocenie scenariusza Blue Gender nadmienić trzeba, że poszczególne wątki wchodzące w skład fabularnej całości serii współistnieją ze sobą w doskonale wyważonych proporcjach. Twórcy pozwalają im wybrzmieć do końca, jednocześnie pilnując, by główny puls historii Blue Gender stale był przez oglądającego łatwo odnajdywany. Raz jeszcze pozwolę sobie na analogię ze wzorcową pod tym względem serią „Monster”, gdzie prezentacja fabuły przeprowadzona została w analogiczny sposób.
Wspomniałem parę akapitów wyżej, że Blue Gender w swoich zewnętrznych dekoracjach opiera się na szablonach science fiction. I choć jest to atrakcyjna dekoracja, służąca twórcom serii, za szansę na zaprezentowanie szeregu postaw wobec zupełnie fantastycznych sytuacji granicznych (inwazja Obcych), sprawę tejże dekoracji – w wymiarze wizualnym potraktowano z dużym pietyzmem i pomysłowością. Jako, że mówimy tu o anime z roku 1999, gdy powszechny obecnie rendering był odległą pieśnią przyszłości, ogrom pracy jaki włożono w pieczołowitą rekonstrukcję futurystycznej wizji świata Blue Gender, musi robić wrażenie i wzbudza autentyczny podziw - tym większy, że trzeba zdać sobie sprawę z faktu, iż seria rozgrywa się na przemian w dwóch światach - sceneriach: Ziemi i kosmicznej bazie Drugiej Ziemi. Ogrom i skomplikowanie prezentacji tak odmiennych środowisk rozwiązano w najprostszy z możliwych sposobów: poprzez bardzo przemyślaną, oszczędną kreskę i skupianie się tylko na najbardziej niezbędnych elementach świata przedstawionego. Mamy więc pejzaże zrujnowanych metropolii czy przejmujące pustkowia, gdzie bardziej atakuje nas wizja całości eksplorowanego przez bohaterów otoczenia niż anatomiczny w swej szczegółowości rysunek poszczególnych elementów. Tła są bardzo malarskie, impresjonistyczne, ale jednocześnie nie przeładowane. Projekty postaci, pojazdów, mechów, statków kosmicznych czy Niebieskich pomyślano w tym samym duchu. Mają one idealnie wkomponować się w całościową wizję świata niż niepotrzebnie odwracać uwagę od aktualnie rozgrywających się wydarzeń. Dlatego np. w przypadku mechów mamy albo bardzo duże zbliżenia na twarze ich pilotów albo plany ogólne, na których podczas scen dynamicznej walki, dbałość o szczegół nie odgrywa istotnej roli. Ciekawym zabiegiem jest pomysł ujednolicenia projektu poszczególnych reprezentantów Niebieskich i wybranych modeli mechów. Szczególnie mam tu na myśli model mecha o nazwie Podwójne Ostrze, który poprzez swoją owadzią konstrukcję zaciera wyraźną granicę rozdzielającą strach na obszar zagospodarowany przez obcą rasę i niespodziewaną akcesję strachu względem morderczych wytworów człowieka.
Seria Blue Gender obciążona jest dość ciężkim, klaustrofobicznym klimatem, napięciem, wynikającym z poczucia nieustannego zagrożenia. Jeśli szukać w świecie anime produkcji o podobnym stopniu oddziaływania na widza, to poniekąd analogie z takimi produkcjami jak „Now and Then, Here and There” czy „Jin-Roh” będą na miejscu, oddają one bowiem w dużym stopniu duszną atmosferę beznadziei panującą również w Blue Gender. Nie radzę jednak zawczasu się zniechęcać. Jeśli wyżej wymienione tytuły, nie należą do waszych ulubionych, istnieje inny, bardziej atrakcyjny wymiar obcowania z Blue Gender. Pomijając jej ponadprzeciętny wymiar psychologiczny, seria równie dobrze sprawdza się jako mocne, realistyczne kino akcji, gdzie najważniejsza staje się kluczowa dla dalszych losów ludzkości konfrontacja z rasą Niebieskich. Ten sposób śledzenia fabuły Blue Gender jest równie satysfakcjonujący - tym bardziej, że przy okazji, po raz kolejny, daje się zauważyć błysk geniuszu, jakim podczas prac nad Blue Gender, obdarzeni byli twórcy serii. W większości odcinków punkt kulminacyjny kolejnego zdarzenia, rozwiązanie ważnego wątku, został przesunięty na początek następnego odcinka, przez co automatycznie serię chce się oglądać dalej, połykając odcinki jeden po drugim.
Blue Gender na pewno nie byłby serią aż tak wyjątkową, gdyby nie oprawa muzyczno – dźwiękowa serii, stanowiąca, w moim odczuciu, jedno z największych osiągnięć gatunku. Uczciwie przyznaję, że trudno mi wskazać inną serię anime, gdzie tak wiele zależało właśnie od tego aspektu poetyki dzieła. Słowem wstępu, wystarczy tylko nadmienić, że za muzykę do serii Blue Gender odpowiedzialny jest Kuniaki Haishima, mający na swoim koncie, tak znaczące dokonanie, jak oprawę dźwiękową wielokrotnie tu przywoływanej serii „Monster”, intrygującej serii „Requiem from the Darkness” czy najbliższej stylistycznie Blue Gender – serii „Macross Zero”. I jeśli mam być szczery, to właśnie kongenialnie rozegrane tło muzyczne trzymało mnie przy serii przez parę pierwszych odcinków, zanim czysto przygodowy charakter Blue Gender, poszybował w dużo bardziej intrygujące rejony psychologicznego dramatu. Pomijając, poprawne i niczym niewyróżniające się tematy otwierające i zamykające, mamy w serii bogate spektrum środków muzycznych: niepokojące dźwięki ambientowe, sugerujące atmosferę ciągłego zagrożenia, różnego rodzaju odgłosy imitujące otoczenie, utwory wokalne, kilkanaście tematów o iście filmowym zacięciu, zmiany tempa i dynamiki, idealnie podkreślające szczególny charakter danej sceny, itd. Jednym słowem – dawno nie widziałem anime w którym w tak fascynujący sposób prowadzono dialog między obrazem a dźwiękiem. Wielka rzecz i choćby dla tego jednego aspektu Blue Gender warto zapoznać się z serią.
Czy w związku z tym potokiem pochwał z mojej strony pod adresem Blue Gender seria ta ma jakieś wady? Trudno mi być obiektywnym, ja osobiście takowych nie widzę, ale podejrzewam, że dla sporego grona osób pewną przeszkodą w cieszeniu się tą produkcją, może być dość surowy rysunek postaci i obiektów ruchomych czy momentami tracąca na płynności animacja. Nie udało się, poza tym twórcom, w pełni utrzymać wysokiego poziomu intensywności fabularnej w poszczególnych odcinkach serii, zdarzają się drobne przestoje i mielizny, ale momentów takich jest naprawdę niewiele w tej 26 odcinkowej opowieści. Również do wyglądu Yujiego mam spore zastrzeżenia, nie byłem w stanie zaakceptować w pełni projektu tej kluczowej, bądź co bądź postaci, ale to w pozytywnym odbiorze całości serii, naprawdę mało istotny szczegół.
Słowem podsumowania: Blue Gender to kawał porządnego kina o epickim zacięciu, wspaniale zilustrowanego pierwszorzędną ścieżką dźwiękową. Pomimo tego, że serial mocno eksploatuje schematy wypracowane przez stylistykę science fiction, Blue Gender powinni obejrzeć ci (a może przede wszystkim ci), którzy cenią sobie opowieści opierające się na dobrze nakreślonych charakterach, konfliktach sprzecznych interesów, skrajnych emocjach. Gorąco polecam.
PS. W 2002 roku powstał, bazujący na wątkach z serialu, film Blue Gender. The Warrior, ale nie zachęcam do bliższego kontaktu z tym dziełem. Jest to po prostu skrócona wersja serialu, w której nacisk położono na wątki walki ludzi z Niebieskimi. Jak ktoś zna serial – niczego nowego się z tej produkcji o Blue Gender nie dowie. Ci, natomiast, którzy serialu nie widzieli, powinni film omijać szerokim łukiem, żeby przedwcześnie nie psuć sobie satysfakcji stopniowego odkrywania tajemnic fabuły tego wyjątkowego serialu.