Jakiś czas temu, dane mi było podpisać się pod artykułem o „Ayakashi – Japanese Classic Horror”. I już wtedy, w trakcie pracy nad tekstem, żałowałem tylko jednego. A mianowicie, że nie ma sposobu, by w należyty sposób z tego zestawu trzech nowel, wyodrębnić i zwrócić szczególną uwagę na pracę Kenjiego Nakamury (reżyseria) i Takeshiego Hashimoto (animacja), twórców zamykającego „Ayakashi”, epizodu „Bakeneko”. Niestety, integralność całości nie pozwalała na tego typu posunięcie, a ja świadom, że obcuję z autentyczną perełką, mogłem tylko liczyć, że owoców tej elektryzującej współpracy, wcześniej czy później, dane mi będzie ponownie skosztować. Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że „Bakeneko” zostało dostrzeżone a autorzy obdarzeni kredytem zaufania, w postaci szansy rozwinięcia zaproponowanej w „Ayakashi” formuły w pełnowymiarową serię. Zaskoczenie tym większe, że przecież „Bakeneko”, pomimo swojego piękna, nie było animacją „lekką, łatwą i przyjemną”. Tym większe słowa uznania pod adresem studia Toei Animation, nobliwego weterana, które trafnie rozpoznało potencjał tkwiący w Nakamurze i Hashimoto, biorąc pod swoje skrzydła projekt o nazwie „Mononoke”.
Przypomnę o czym było „Bakeneko”, gdyż w omawianym tu tytule mamy wierne powtórzenie schematu fabularnego zaproponowanego w epizodzie z „Ayakashi”. Głównym bohaterem był tajemniczy, Wędrowny Znachor, parający się, poza sprzedażą medykamentów własnej roboty, również – a może przede wszystkim – egzorcyzmami. Przybywał on do miejsc i spotykał ludzi noszących w sobie mroczne tajemnice, przyczyny opętania przez demony. Walkę z tymi ostatnimi, Znachor zawsze podejmował wedle tego samego schematu, opartego na rytualnych egzorcyzmach, wywodzących się z odmiany buddyzmu mikkyō, noszących nazwę san himitsu (trzy tajemnice). Składają się na nie: katachi (forma demona, pod jaką się ukazuje), makoto (przyczyna, która spowodowała przywołanie demona) oraz kotowari (prawda ukryta w sercach opętanych). Trzymając się trójstopniowego podziału, każdy epizod, po kolei, odsłaniał przed widzem jedną z tajemnic.
Nie inaczej rzecz ma się z „Mononoke”. Tym razem, Znachorowi przychodzi mierzyć się z demonami aż pięciokrotnie, w epizodach „Zashiki Warashi”, „Umibōzu”, „Noppera-bō”, „Nue” oraz kolejnej wariacji tematu „Bakeneko”. Co ciekawe, Nakamura powtórzył w „Mononoke” pomysł, który świetnie sprawdził się w przypadku „Ayakashi”. Powierzył bowiem reżyserię poszczególnych epizodów, jeszcze kilku reżyserom, poza sobą. Nie zaburza to w żaden sposób wizji całego przedsięwzięcia, nad którego integralnością plastyczną nadal czuwa Pan Hashimoto, jednocześnie pozwala w jednolitym schemacie fabularnym dokonywać zaskakujących przesunięć estetycznych. A jest to bardzo istotne, gdyż właśnie w tym wymiarze „Mononoke” okazuje się być dziełem wybitnym.
Skąd to przeświadczenie? Jeśli uzasadnione w przypadku „Mononoke” są artystyczne powinowactwa ze sztuką Gustava Klimta, jak zdają się to sugerować różne źródła, to poza oczywistym na pierwszy rzut oka podobieństwem stylu, zasadzającym się na estetyce wypracowanej przez tegoż artystę czy Secesję w ogóle, bardziej kluczowe jest tutaj powinowactwo w obszarze idei. Idei, która za cel stawia sobie stworzenie dzieła absolutnego, nieograniczonego jakąkolwiek sztywną regułą. Tak się zabawnie składa, że obecnie w tak rozumianą teorię dzieła doskonale wpisuje się praktyka postmodernistyczna, pod której sztandarem godnie kroczy „Mononoke”, wyłamując się ze schematów wykreowanych przez anime pod każdym niemal względem. Twórcy tej serii oglądają gatunek z każdej strony, przemodelowują go na własną modłę, tworząc zupełnie nową jakość. Przenosimy się ponownie do feudalnej Japonii (ale nie tylko), zabierając ze sobą pokaźny bagaż doświadczeń i odwagę eksperymentowania z formą obrazu, jakiej dotąd trudno szukać w seryjnych dokonaniach anime.
Bazując na wspomnianej powyżej inspiracji Secesją, Klimtem (złoto, dużo złota oraz ornamentyki), Nakamura i Hashimoto zdają się wybornie bawić elementami tradycyjnej sztuki japońskiej (kaligrafia, drzeworyt, maski, elementy teatru no), przepuszczając je przez współczesną wrażliwość, techniki filmowe, narracyjne czy w końcu malarskie. I tak, chociażby w pierwszym epizodzie „Zashiki Warashi”, mamy scenę, gdzie w ujęciu z lotu ptaka, widzimy kałuże na ziemi oraz obracające się parasolki ukrytych pod nimi przechodniów, tworzące razem bardzo śmiałą, niemalże abstrakcyjną kompozycję, wariację na temat koła. Tak jest, zresztą, na przestrzeni całego pierwszego epizodu – motyw koła i jego wariantów kompozycyjnych zdaje się tutaj dominować, całkowicie podrzędną względem tego formalnego zabiegu, fabułę. Każda kolejna opowieść cyklu, mierzy się z kolejnym zadaniem formalny, np.: próbą stylizowania filmowego obrazu na grafikę (epizod „Nue”). Ale to dopiero początek licznych zaskoczeń.
Podobnie jak w „Ayakashi”, kształt plastyczny serii wydaje się być ściśle powiązany ze stanami emocjonalnymi bohaterów serii. Niepoślednią rolę odrywają w tym procesie seiyū, wspinający się w odgrywanych przez siebie rolach na wyżyny aktorskiego kunsztu. Tak – aktorskiego, gdyż inaczej tego, czego dokonują w „Mononoke” seiyū, nazwać się nie da. Ciągłe wędrowanie w górę i w dół po ogromnej skali ekspresji – poczynając od szeptu kończąc na regularnym krzyku, każe widzieć te kreacje jako pełnokrwiste aktorskie wyzwania. Ma to swoje logiczne przełożenie na strukturę obrazu oraz środku filmowe, jakimi twórcy „Mononoke” próbują owe stany psychiczne postaci oddać. W zasadzie niemożliwa do nakreślenia jest wyraźna granica pomiędzy tym, gdzie kończą się wyrażone przy pomocy środków plastycznych emocje, a gdzie zaczynają tła scenografii, kontury postaci. Percepcję dodatkowo utrudnia zabieg polegający na nałożeniu na obraz filtru, który pozbawia go głębi i perspektywy, czyniąc całkowicie płaskim, jednowymiarowym. Dokładnie tak, jak na obrazach Klimta czy japońskich drzeworytach, które stanowią naturalną dekorację większości epizodów. Akcję w „Mononoke” obserwujemy jakby rozgrywała się przed nami na kartce papieru. W rolach głównych występują postaci, jakby wycięte z papieru, o zgaszonych, pastelowych barwach.
Brak możliwości wejścia „głębiej” w obraz wzmaga dodatkowo efekt osaczenia i odizolowania oraz nadekspresja seiyū, stanowiąca barierę trudną do sforsowania. W końcu mamy do czynienia z wariacją na temat horroru, więc jak najbardziej się to tłumaczy gatunkowo. Bohaterowie „Mononoke” wydają się być zamknięci w potrzasku, a my, zrezygnowani, możemy się temu przyglądać z boku, z zewnątrz. Ale za to jak przyglądać! Zasadą pozwalającą zachować czytelność animacji, jest nieustanna praca kamery, zabawy z rytmem poszczególnych ujęć, nagłe najazdy na wybrane fragmenty scenografii, zbliżenia twarzy bohaterów, przyśpieszanie, opóźnianie ujęć, stopklatki, różne perspektywy i kadrowanie. Są tu także próby nawiązania do estetyki kina niemego, poprzez wprowadzenie czarnych plansz z dialogami (ostatnio bawią się w to także twórcy „Sayonara Zetsubō sensei”). I to wszystko przy poczuciu pełnej kontroli nad bogactwem serwowanych technik, podporządkowanych rytmowi toczącej się opowieści, który jest wyraźnie podzielony na małe całostki, akcentowane nagłym trzaskiem zasuwających się ozdobnych drzwi, zamkniętych przestrzeni w jakich rozgrywają się wszystkie epizody „Mononoke”. To jeszcze jeden charakterystyczny wyróżnik tej serii: rozgrywa się prawie wyłącznie w zamkniętych pomieszczeniach. Pociąga to za sobą daleko idące konsekwencje właśnie w praktyce filmowej i interpretacyjnej. Tradycyjna japońska przestrzeń mieszkalna nie jest raz na zawsze dana, można ją modyfikować do woli – twórcy robią to więc nieustannie przy pomocy wyżej wymienionych zabiegów filmowych. Konsekwencje tak przyjętej optyki mają również swoje przełożenie na warstwę fabularną "Mononoke". Zbudowana jest ona, jak pamiętamy, na zasadzie stopniowego odsłaniania kolejnych tajemnic, niezbędnych do przeprowadzenia rytualnego egzorcyzmu. Miejscem do tego idealnym wydaje się właśnie japoński dom, z jego ciągle zmieniającą się strukturą, długimi korytarzami, które prowadzą nas od jednej tajemnicy do drugiej. Może także w głąb ludzkiego umysłu? Bo przecież nie będzie chyba żadnym nadużyciem jeśli powiem, że fabułę spokojnie można rozpatrywać w wymiarze czysto symbolicznym. Poza tradycyjnym domostwem, egzorcyzmom Znachora będziemy przyglądać się w „Mononoke” również z perspektywy więziennej celi, wagonu kolejowego (sic!) i wewnętrznych pokładów morskiego statku.
Jak dotąd mało uwagi poświęciłem samej fabule „Mononoke”, gdyż jej treść w zasadzie wyczerpuje wstępny opis, który zamieściłem powyżej: obserwujemy egzorcyzmy. Oczywiście – istotne są tutaj przyczyny, jakie sprowokowały opętanie konkretnych bohaterów przez mononoke, i to właśnie im poświęcona jest lwia część opowieści, ale tego – rzecz jasna – zdradzić nie mogę. Warto jednak wspomnieć, że fabuła jest, tak jak to było w przypadku „Bakeneko”, stylizowana na klasyczne opowieści kabuki. Cechą która odróżnia ją od tych klasycznych tekstów, są całkiem współczesne uwarunkowania bohaterów oraz postfreudowska szczerość w psychologicznym samoudręczeniu. Bohaterowie wydają się nam przez to czasowo bliżsi, choć nadal są głęboko zanurzeni w klasycznych dekoracjach.
Wyjątkowość „Mononoke” polega też na tym, że jest to jeden z niewielu przypadków w historii gatunku, który raczej nie doczeka się swoich naśladowców. Po prostu styl tej opowieści jest tak osobny, że nie sposób nawiązywać do niego, bez wyraźnego odium epigoństwa, jakie niechybnie uniesie się nad każdą taką próbą.
„Mononoke” to tak jak „Bakeneko” z założenia horror, ale nie ma sensu trzymać się ściśle tego wyznacznika gatunkowego. „Mononoke” nie przeraża, tak samo jak nie przerażała Secesja, skupiająca się przede wszystkim na pięknie tworu artystycznego. Jeśli już gdzieś w tle pojawiał się strach, niepokój, to był zawsze estetycznie obłaskawiony. Śmierć, strach i demony są w „Mononoke” inkrustowane diamentami i malowane złotem.
Obok „Mind Game”, w moim prywatnym rankingu, Mononoke to na dzień dzisiejszy najbardziej frapujące dzieło anime, z jakim dane mi było ostatnio się zetknąć.