Ha, ha, ha – tak powinna brzmieć najkrótsza z możliwych recenzja „Biohuntera”. Następnie należałoby zamówić kolejne piwo i zmienić temat rozmowy. W końcu nic takiego się nie stało. Wszyscy na tym przecież jakoś skorzystali: twórcy „Biohuntera”, bo zapewne mieli możliwość przednio się bawić podczas realizacji tego anime, i my, którzy dzięki łasce Internetu nie musimy (choć powinniśmy) za efekty owej zabawy ponosić zbyt wygórowanych kosztów.
Wyobrażam to sobie tak: spotyka się aspirujący do roli reżysera kandydat z wielkimi ambicjami, ale bez istotnych dokonań ze scenarzystą, opromienionym sławą takich produkcji jak „Ninja Scroll” czy „Cyber City Oedo 808”. Być może dobrze się znają, chodzili w przeszłości do tej samej szkoły, być może jest to zależność z gatunku mistrz-zafascynowany mistrzem uczeń. Scenarzysta „ma dojścia”, zna ludzi, ludzie mu ufają, ceniąc wcześniejsze produkcje, przy których służył swoim talentem, więc zebranie odpowiednich środków na potrzeby kolejnego projektu wydaje się formalnością. Aspirujący do roli reżysera kandydat nie ma nic do stracenia. Ma natomiast pasję, gotowość do wytężonej pracy i wielką potrzebę zaistnienia w światku japońskiej animacji. Być może to nawet on ma odpowiednią ilość gotówki, ale to chyba nie ta bajka.
W każdym razie coś pomiędzy Yoshiakim Kawajiri (scenarzysta) a Yuzem Satō (reżyser) musiało naprawdę „zaiskrzyć”, skoro zdobyli się na odwagę i postanowili dać światu „Biohuntera”. Był tylko jeden mały problem – nie mieli prócz owych chęci nic, chociażby wstępnej koncepcji scenariusza, a co gorsza nawet najmniejszego pomysłu, który miałby posłużyć za jego podstawę. Ale co to za problem dla uznanego scenarzysty? Każdy z szanujących się twórców ma przecież jakąś „awaryjną” szufladę po brzegi wypchaną wstępnymi szkicami, pomysłami do zrealizowania „na przyszłość”, albo przynajmniej widział odpowiednio dużo filmów, by móc coś naprędce zaimprowizować. Po czym wystarczy już tylko wziąć się do roboty.
Fabuła „Biohuntera” jest tak samo elektryzująca, jak tytuł tego anime. Od razu na myśl przychodzą skojarzenia z nie tak dawnej przeszłości, gdy wyobraźnię fanów X Muzy przemierzały wszelkiej maści mutacje agenta Muldera, którzy w imię nieświadomej zagrożeń ludzkości co rusz zapobiegali kataklizmom mogącym ostatecznie zakończyć egzystencję człowieka na tym najpiękniejszym ze światów. Zresztą trop wskazujący akurat na serię „Z Archiwum X” jest w przypadku „Biohuntera” równie dobry, jak każdy inny. Produkcja ta bowiem składa się wyłącznie z samych schematów, a ludzie lubujący się w śledzeniu tego typu zależności powinni czuć się tu jak ryba w wodzie. Przychodzą na myśl, święcące w drugiej połowie lat 90., filmy określane mianem „kina nowej przygody”, gdzie sama możliwość zachłyśnięcia się galopującą akcją, niekoniecznie zawsze logiczną i dorzeczną fabułą, była motorem napędzającym amerykański przemysł filmowy. Widać, że twórcy „Biohuntera” dali się unieść fali tamtego entuzjazmu. Krótko mówiąc, dla każdego coś dobrego.
Paradoksalnie ta wszechobecna wtórność stanowi o nieodpartym uroku „Biohuntera”, dostarczając jedynego usprawiedliwienia mogącego w minimalnym stopniu tłumaczyć fakt obcowania z tą produkcją. Czego tu nie ma! Mamy parę głównych bohaterów: naukowców-detektywów tropiących występowanie tajemniczego wirusa demona (sic!) powodującego mutację ludzkich genów tak, że pod jego wpływem przeobrażają się w żądne krwi bestie. Mamy siły zła, na czele których stoi – a jakże – mutant, w dodatku o niebezpiecznych aspiracjach politycznych. Mamy piękną kobietę zaplątaną w ponury świat mutujących nieszczęśników poprzez miłość do jednego z naukowców, również poddanego skutkom demonicznej ewolucji, a tak w ogóle to do rany przyłóż potencjalnego kandydata na męża. Mamy w końcu dziadka dziewczyny, stylizowanego na mistrza Yodę starca – wróżbitę, wiedzącego, jak to się wszystko mniej więcej skończy. A poza tym, jakbyśmy nadal czuli niedosyt atrakcji, „Biohunter” dostarcza nam solidną dawkę pościgów, wiadra wystrzelonych naboi, krwawe rozwiązania najbardziej palących kwestii, garść rozważań z zakresu problemów „etycznych” dla średnio rozgarniętych (być człowiekiem czy demonem?), szczyptę sadystycznego seksu i przemocy. Tak, w temacie oferowania widzom nieustających atrakcji, twórcy „Biohuntera” wydają się być wyjątkowo szczodrzy, o czym świadczy chociażby pierwsza scena filmu, w której zaproszeni zostajemy na całkiem konkretną orgietkę seksualną, zakończoną w stylu preferowanym przez modliszki – w końcu przedrostek „bio-” w tytule do czegoś zobowiązuje. Inną godną pochwały zaletą twórców „Biohuntera” jest szanowanie drogocennego czasu widza. Nie dość, że byli w stanie swoją opowieść zamknąć w niespełna sześćdziesięciu minutach, to jeszcze w ramach oszczędności podarowali nam, cytując obszernie, zarówno poprzez obraną stylistykę, jak i wybrane patenty scenariuszowe, „Vampire Hunter D”, którym Kawajiri wyraźnie był zafascynowany (na tyle zresztą mocno, że później dał światu „Vampire Hunter D: Żądzę krwi”). Ot, takie, nie przykładając, jajko z niespodzianką.
Ja tu sobie żartuję, trochę się podśmiewając z wizji siebie jako widza „Biohuntera”, trochę podziwiając twórców tego dzieła za nadanie filmowi ducha autentycznej anarchii, który w parlamentarnych słowach wyraża się w zasadzie każącej łamać wszelkie przyjęte normy i przyzwyczajenia, w imię bezkompromisowego realizowania hasła do it yourself. Ale morał tej opowieści bynajmniej wcale nie jest różowy, a zniecierpliwiony czytelnik w końcu ma prawo doczekać się z mojej strony przynajmniej pośredniej odpowiedzi na pytanie, czy warto „Biohuntera” odhaczyć w rubryczce „zaliczone”.
Powiem tak: kto umie wyciągać wnioski z prostych faktów, ten sam sobie takiej odpowiedzi udzieli. Scenarzysta „Biohuntera”, pan Kawaijri, nadal („Biohunter” powstał w 1995 roku) świetnie poczyna sobie w światku anime. Ostatnio para się nawet reżyserką, stając za sterami prestiżowego, robionego za amerykańskie pieniądze „Highlander: The Search for Vengeance”. A teraz proszę bardzo, wymieńcie chociaż jedno dzieło Yuza Satō powstałe po „Biohunterze”, posiłkując się przy tym własną pamięcią, a nie internetowymi bazami filmów. Jeśli nie jesteście w stanie tego zrobić, nie wstydźcie się, to zadanie przerasta wielu, a najbardziej gorączkowo szuka jego rozwiązania chyba sam Satō.
Cóż, to, co dla jednych bywa kaprysem, niezobowiązującą zabawą, dla innych okazuje się być wprost zabójcze, co najmniej tak samo jak wirus demona gnębiący skądinąd sympatyczną parę biołowców.